Szara, uczniowska masa odziana w szaliki, czapki i rękawiczki z entuzjazmem wylała się na szkolny dziedziniec. Z obiadowej przerwy korzystali zarówno starsi jak i młodsi, a zimowe zabawy zatarły wszelki podział na wiek, czy przynależność do domów. Do wielkiej, śnieżnej bitwy dołączało się coraz więcej osób. Płatki śniegu wirowały nad głowami uczniów, dając pokaz niezwykle energicznego tańca. Wiatr ostro smagał młode policzki, barwiąc je wykwintnymi rumieńcami. Minerwa McGonagall stała na tarasie widokowym, opierając się o zimny marmur w kolorze stali. Jej pociętą przez zmarszczki twarz rozjaśniał teraz delikatny uśmiech. Mięśnie rozchyliły się, tworząc kolejną siateczkę drobnych kresek. Wzrok ukazywał niemal matczyną radość, gdy patrzyła na ciskających w siebie śnieżkami uczniów. Wspominała swoje młode czasy. Czasy, w których liczyła się wolność i zabawa, brak ograniczeń. Poczuła żal uświadamiając sobie, że to co najcenniejsze jest w obecnych czasach brutalnie odbierane hogwarckiej młodzieży. Była wręcz dumna widząc, jak wydzierają z pięści losu ostatnie porcje szczęścia i zapomnienia od tragedii dzisiejszego świata i chociaż ten złoty kwiat młodzieży często przyprawiał ją o ból głowy, skrycie ich kochała.
Grupa zimowych tancerek wirujących wokół nauczycielki zmieniła swój tor. Przeleciały wokół barwnych szalików i roześmianych głów aby wkrótce osiąść na szacie uchylającego się przed lecącym w jego stronę śnieżnym pociskiem młodzieńca. Stanowiły teraz ręcznie przez naturę rzeźbioną połyskującą broszkę, zdobiły szaro-zielony szalik. Ethan Sullivan wyprostował się, szukając źródła śnieżki, która rozbryzgła się za nim, dołączając do narastającej warstwy śnieżnego puchu. Widząc szczerzącego się Thomasa nabrał śniegu w ręce i celnym strzałem trafił kolegę z drużyny prosto w twarz. Wybuchł śmiech, a czerwony Ślizgon starł śnieg z policzków. Całemu zdarzeniu przypatrywała się Laurissa, jakby zastanawiając się czy dołączyć do bitwy. Wspominając dobrą zabawę z Ianem i Aurorą uśmiechnęła się lekko. Rozejrzała się, lecz nie widziała wśród walczących żadnych Krukonów wartych jej zainteresowania, a z obecnych Ślizgonów jedyną personą, którą tolerowała, a nawet lubiła był Ethan. Podeszła nieco bliżej, zgrabnie udając, że podąża w stronę zamku.
- Niezły strzał. Szkoda tylko, że nie potrafisz przenieść tego na boisko, Ethanie - odparła zaczepnie, uśmiechając się szeroko. Zdziwiony chłopak podniósł głowę i spojrzał swemu oprawcy w oczy, ale nie poczuł się urażony. Roześmiał się lekko, kiwając głową i przyznając Rissie rację. Ostatni mecz z Gryffindorem był dla niego kompletną porażką. Chociaż bardzo się starał, nie udało mu się zdobyć żadnego punktu. Bywał ostatnimi czasy zbyt rozkojarzony.
- Myślę, że i tak nic by nie przebiło waszej podmiany, Laurisso. - Dziewczyna uśmiechnęła się z zadowoleniem. Ta dwójka wiecznie prześcigała się w udowadnianiu drugiej stronie, kto jest lepszym kapitanem i która drużyna zwycięży. Taki komplement w jego ustach przyjemnie łechtał jej ego. Odgarnęła targane przez wiatr blond kosmyki. Wśród ogarniającej ich bieli, szkarłatne usta Earnshaw bardzo się wyróżniały i gdyby Ethan nie był zajęty zabawą, napewno rozpoznałby Krukonkę z odległości kilkuset metrów. Zaróżowione policzki dodawały jej jeszcze więcej uroku, ale chłopak nie dał omamić się jej urodzie. I tak, według siebie, był bardzo miły. Słowa uznania, które tak rzadko sobie mówili, Rissa mogłaby z niego wydobyć dopiero po wlaniu w Ślizgona litrów alkoholu. Ethan musiał podtrzymać ich tradycję.
- Zabawnie było patrzeć, jak nie jesteś w stanie złapać znicza. Kręciłaś się wokół niego jak mugolski bączek. - Tym razem to Laurissa się roześmiała.
- Na nic twoje próby, Sullivan. Nie widzisz, że jestem nieczuła na twoje zaczepki?
- Widzę, a jeszcze bardziej od tego boli mnie fakt, że dziś, po raz pierwszy od dłuższego czasu, to ty celnie trafiasz słowami w moje wrażliwe miejsca. - Krukonka przechyliła delikatnie głowę, gdy wyczuła coś na wzór smutnej nuty w jego głosie. Przyjrzała się mu dokładnie i gdyby nie łobuzerski uśmiech jakim ją po chwili uraczył pomyślałaby, że go uraziła. - Ale nie zapominaj, że jeszcze mamy przed sobą wspólny mecz, a ja jako prawdziwie dobry kapitan mam w zanadrzu kilka sztuczek.
- Och, to może przedyskutujesz je ze swoją siostrą? Mnie niestety się trochę śpieszy. - Laurissa pierwsza zauważyła schodzącą ze schodów za plecami chłopaka Liv. Nie miała najmniejszej ochoty na wspólną rozmowę, która w towarzystwie Ślizgonki zawsze kończyła się nieprzyjemną atmosferą i milczeniem. Wówczas to Ethan przejmował pałeczkę i prowadził monolog, popierany pomrukami jednej z dziewczyn. Irytowało go to niezmiernie, ale już dawno przestał próbować polepszyć ich relacje. Zmarszczył brwi.
- Risso, czekaj! - zawołał za burzą blond włosów, która skakała pod wpływem kolejnych stopni. Był pewien, że go usłyszała, tak też zresztą było, ale nie odwróciła się ani na chwilę. Westchnął zrezygnowany, niezbyt zadowolony z takiego obrotu wydarzeń, a tymczasem Evelyn zatrzymała się tuż przy nim.
- Co ciekawego u królowej lodu?
- Rozmawialiśmy o quidditchu i przestań wreszcie ją tak nazywać, Liv. - Spojrzał na siostrę, aby zganić ją spojrzeniem, jednak coś go zatrzymało. Coś mu nie pasowało, zmierzył dziewczynę wzrokiem. Może to była jej postawa, zazwyczaj dumna i wyprostowana, teraz lekko zgarbiona? Nie pamiętał, żeby Evelyn się garbiła, od dziecka zwracał jej uwagę na to, jak stoi. Kolejną rzeczą, jaka przykuła jego uwagę był jej mętny wzrok. Kilka dni wcześniej, w dormitorium, spotkał to spojrzenie równie żywe co spojrzenie zabitej ryby, wówczas odwróciła się zbyt szybko aby miał pewność. Ogarnął go niepokój, wszakże on sam źle zniósł nagłe zniknięcie ojca, a Liv zazwyczaj szybciej sobie z tym radziła i nie ukazywała uczuć tak jawnie. Gdy zagarnął do siebie dziewczynę szczupłą jak źdźbło, nawet nie zareagowała. Musnął w przypadkowym geście jej dłoń i przeszedł go dreszcz. Była przeraźliwie zimna, a rękawy szaty miała przemoczone. Teraz zmartwieniu towarzyszył gniew.
- Liv!
- Czemu się wydzierasz? - odparła. To była jej typowa odzywka z dzieciństwa i zazwyczaj jej groźny ton brzmiał tak niewinnie, że miał ochotę się roześmiać. Teraz nie było mu do śmiechu, ale przynajmniej sprowadził ją z powrotem na ziemię. Patrzyła na niego, wysunąwszy się wcześniej z jego objęcia. Trzymała ręce na biodrach, ciskając w brata złym spojrzeniem. Sine usta wygięły się w niezadowoloną kreskę, a humor Liv, jak przypuszczał, było spowodowane jego rozmową z Earnshaw. Dziewczyna była zazdrosna. Zazdrosna, ponieważ zamiast łączyć się z nią w bólu, ten szukał zapomnienia w rozmowach i czynach. Wszystkim, aby zająć umysł. Lecz czy nie mogła zrozumieć, że on się już z tym pogodził? Stała nadal na stopniu zwanym "Przeszłość", ponieważ próg "Teraźniejszości" był dla niej nadal zbyt wysoki. Balansując nieco wyżej, Ethan próbował wyciągnąć do niej dłoń i podciągnąć nieco, ale szybko zrozumiał, że z tym musi poradzić sobie sama. Chciał jej dać trochę czasu i miejsca, aby mogła odetchnąć. Karcił siebie w myślach, że nie zauważył do jakiego stanu się doprowadziła.
- Drżysz! Jesteś cała mokra, nie widzisz tego? - mówił głośno, przepełnionym emocjami głosem. Ignorował jej piorunujące spojrzenie. - To, co teraz robisz jest głupotą. Weź się w garść, do cholery.
Po chwili już żałował tych słów. Dlaczego musiał być taki gwałtowny? Zniósłby jej najgorszą reakcję. Zniósłby ciosy drobnych pięści, jadowite słowa, najgorsze spojrzenie. Ale nie mógł znieść tego bezbronnego milczenia. Evelyn odwróciła się gwałtownie i zaczęła odchodzić.
- Poczekaj! Słyszysz, czekaj. Przepraszam, dobra?
- Gdybyś chciał następnym razem powiedzieć mi, jak słaba jestem, nie wrzeszcz na szkolnym dziedzińcu. Mógłbyś mi zwrócić uwagę na osobności, a nie na oczach wszystkich. - Podziwiał ją za ten cichy, wprawdzie nieco sykliwy, ton. Za opanowanie, jakie w sobie miała. - Skutek byłby bardziej owocny, bo teraz czuję się jakbyś mnie spoliczkował. Właściwie to wolałabym żebyś naprawdę mnie uderzył, niż zrobił to, co zrobiłeś.
- Przecież wiesz, że nigdy nie podniósłbym na ciebie ręki, Liv. - Ujął ją za ramiona i zatrzymał. Czarne włosy powiewały jej na wietrze, do złudzenia przypominając Ethanowi skrzydła kruka. Zawsze kojarzyła mu się z jakimś zwierzęciem, jednak nigdy nie wiedział z jakim, a Evelyn od początku była małym, zlęknionym krukiem. Ptakiem, którego skrzydła nacierają naprzeciw najgorszym wiatrom losu, który pragnie wolności mimo klatek, które coraz ciaśniej go oplatają. - Posłuchaj, pójdziemy teraz do dormitorium, musisz się zagrzać. Na dworze jest coraz zimniej, więc na drugi raz załóż grubszą szatę. Jeżeli jeszcze raz zobaczę cię w letniej szacie na śniegu, naprawdę skopię ci tyłek, Liv. Martwisz mnie.
Nie mówiła nic, ale wiedział że zrozumiała. Machnięciem różdżki sprawił, że szata siostry była znów sucha i ciepła. Ujął ją za wyziębłą dłoń, chcąc ją zagrzać. Liv pomyślała, że Ethan zachowuje się jak mama, ale nie powiedziała tego na głos. Już zbyt wiele dała po sobie pokazać, chociaż nie mówiła wiele. Była zła na samą siebie, że zdjęła swoją maskę.
Szczerze nie rozumiała osób, które lubiły zimę. Zimno, szaro, ponuro. Liv nie należała do osób, które zauważały piękno zimy. Lód pokrywający gałęzie drzew nie sprawiał, że wzdychała z zachwytu. Biały puch jedynie raził w oczy, był zimny i utrudniał poruszanie się. Bywały dni, w których nie wychodziła z dormitorium, siedząc pod pierzyną, albo z pokoju wspólnego, gdzie grzała się przy kominku. Ponura pogoda za oknem przypominała o najgorszych skrywanych sekretach, o wszystkim co dobijało człowieka. Sprawiało, że serce stawało się ciężkie, obarczając swoim ciężarem resztę ciała. Źle znosiła zimy.
Powrót z ostatniej lekcji jaką dziś miała, znacznie się przedłużył. Niechętnie opuściła przyjemną cieplarnię, w której w zimie odbywały się zajęcia ONMS. Wiatr szalał, Liv nie nadążała z odgarnianiem włosów z twarzy. Oczy miała praktycznie zamknięte, szła na ślepo, ponieważ gdy uchylała je na moment, śnieg z deszczem oblepiał jej rzęsy i powieki. Szata plątała się pod nogami, tworząc zgraną kooperację z grubą warstwą śniegu, w utrudnianiu uczniom powrotu. Wreszcie wykończona, z mokrymi włosami i odmarzniętymi stopami weszła do zamku. Ciepło natychmiast uderzyło ją w twarz, była rada, że udało jej się uciec od wiatru, który teraz obijał się o mury i wył nieprzyjemnie.
Nie zastanawiając się ani chwili, skierowała się do łazienki prefektów, jednego z najlepszych przywilejów jakich mogą dostąpić w zamian za zachowywanie porządku. Szczerze wątpiła, żeby było coś lepszego od gorącej kąpieli w takie mrozy. Liv zdecydowanie była ciepłolubna. Niedługo potem przyjemny szum wody dobiegł jej uszu. Pojawiły się pierwsze pachnące bąbelki, piana unosiła się coraz wyżej, a zapach był wręcz nieziemski. Czymprędzej zdjęła zimne ubrania i zanurzyła się w wodzie. Przeszedł ją dreszcz, gdy ciepło ogarnęło jej ciało, włosy rozlały się miękko. Uśmiechnęła się delikatnie i zrelaksowała.
Wtem po upływie kilku minut, jej umysł ogarnęły złe myśli. Zazwyczaj kąpiel działała na prefekt oczyszczająco pod względem fizycznym i psychicznym, ale tego dnia wszystko było inaczej. Nie po jej myśli. Przypomniała sobie, że oddała kiepski esej, nie zdobyła żadnych punktów, a jej praca na lekcji była kompletną kpiną. To wszystko wina złej pogody, tłumaczyła sobie, ale w głowie pojawiał się prawdziwy powód tych wszystkich małych porażek.
A gdyby mogła cofnąć czas? A wraz z nim wszystkie decyzje, jakie podjęła w swoim życiu. Miała wrażenie, że wszystko o czym zadecydowała, mogło skończyć się lepiej. Gdyby tylko nie była taką egoistką! Być może zaczęłaby więcej rozmawiać z tatą i jakoś lepiej przetrwałaby tą zimę. Nie sądziła, że będzie za nim tak tęsknić, że będzie żałowała tych kilku słów, które mu powiedziała. Spojrzała na swoje ciało wręcz z obrzydzeniem. Myśląc o swojej wygodzie i swoich uczuciach niejednokrotnie krzywdziła innych i wstydziła się tego przyznać przed sobą - ale czuła się z tym dobrze. Była zadowolona wiedząc, że pomaga swojej sytuacji, że będzie jej lepiej kosztem innych. Nie potrafiła też wybaczyć sobie tego, że nie powiedziała bratu prawdy. "Zniknął, wstał i wyszedł" odpowiadała gdy pełen niedowierzania dopytywał się o tamten wieczór. Zasiała w nim ziarno nienawiści do ojca, który przecież chciał jak najlepiej. Trwała w okłamywaniu Ethana, bo wiedziałaby że cała ta nienawiść skierowałaby się ku niej, a gdyby i on się od niej odwrócił, nie poradziłaby sobie. Znów ten pieprzony egoizm, pomyślała uderzając zaciśniętą pięścią w pianę.
Śmierć Amy dotknęła wszystkich, jednych mocniej, drugich słabiej, lecz Sullivan nigdy nie zapomni tego widoku. Tych mdłości jakich poczuła, zapachu krwi, rozdzierającego spokojną noc krzyku Laurissy. Nie była na to gotowa. Zaczęła się zastanawiać, jakie brzemię dźwigała Griffin, że postanowiła targnąć się na swoje życie. Czy miała ku temu większe powody niż Liv? Obecna sytuacja była dla niej trudna, a najgorszym niemym krzykiem był fakt, że nie miała się z kim podzielić swoim ciężarem. Od tego są przyjaciele, zaświtało jej w głowie, jednak czy potrafiłaby zwierzyć się Blaze'owi lub Ian'owi? Kompletnie sobie tego nie wyobrażała, wydawało jej się że jest sama ze swoim problemem w tej cholernej łazience.
Ciekawe, jakie to było uczucie. Czy Gryfonka odbywając swój ostatni lot wreszcie poczuła się wyzwolona od swoich problemów? Evelyn wzięła płytki oddech i zanurzyła się. Właściwie, to byłoby takie proste. Ciepła woda otaczała jej ciało, jakby zachęcając do tego, by nabrała ją w płuca. To przecież wyglądałoby jak mały wypadek, wypuszczała stopniowo powietrze z ust. Wodę w miejscu, gdzie się zanurzyła pokryła piana. Światło przebijało jedynie przez miejsca wolne od bąbelków, skulona dziewczyna poczuła, że zaczyna brakować jej powietrza. Czy to możliwe, aby woda nagle stała się taka mętna? Ciśnienie rozsadzało jej czaszkę, palce z uporem zaciskały nos. A może faktycznie byłaby najlepsza decyzja w jej życiu, wyzwolić najbliższych od źródła cierpienia.
Nagle przed oczyma stanęła jej wystrojona na czarno Wielka Sala, uczniowie ubrani w żałobne szaty, przemowa dyrektora. Kto by ją znalazł? Wyobraziła sobie rozpacz Ethana, zaszokowane i ściągnięte w bólu twarze swoich przyjaciół, a nawet własnego ojca...
NIE! Nie może na to pozwolić! Zdecydowanie nie chciałaby umrzeć w taki sposób! Wielka chęć życia która obudziła się w Liv sprawiła, że gwałtownie poruszyła rękoma i wydostała się na powierzchnię gwałtownie łapiąc powietrze i pokasłując. Oddychała zaciągając się panicznie i próbując zrozumieć, do czego chciała dopuścić. Co ci przyszło do głowy, dziewczyno?! Przeraziła się zdając sobie sprawę, jak kruche jest jej życie i jak lekceważąco się z nim obnosi tańcząc ze śmiercią na niepewnej krawędzi. Pośpiesznie wyszła z wody i ubrała wysuszone różdżką ubrania. Jej serce nadal gwałtownie kołatało gdy wybiegła z łazienki.
muzyka
Gemma Arterton czuła się już lepiej i miała dosyć bezmyślnego wgapiania się w sufit szpitalnego skrzydła. Pomimo iż darzyła sympatią szkolną pielęgniarkę, to jedyną rzeczą, jaką irytowało Gryfonkę w tej kobiecie była jej przesadzona troska. Już dawno przestała czuć się obolała, rany zagoiły się, ale nadal musiała trwać przykuta do łóżka. Przez kilka ostatnich dni wypoczynku zaczynała poważnie zastanawiać się nad propozycją, jaką złożył jej Syriusz. Black miałby zakraść się po północy do szpitala i pomóc Gemmie stamtąd uciec pod osłoną nocy, jednak gdy dziewczyna pomyślała o swoich znajomych wylewających siódme poty na zajęciach, z przyjemnością i lekkim uśmiechem na twarzy opadała z powrotem na miękkie poduszki.
Jak miło jest znów rozprostować kości, pomyślała przemierzając korytarz. Dziś na transmutacji źle się poczuła, jej głowę ogarnął pulsujący ból i chociaż zmagała się ze sobą do samego końca, dochodząc do granic swojej wytrzymałości, musiała poprosić profesor McGonagall o pozwolenie na wyjście do skrzydła szpitalnego. Nagle świat gwałtownie zawirował, noga ześlizgnęła się z marmurowego stopnia a równowagę utrzymała tylko dlatego, że trzymała się poręczy. Przymknęła na chwilę oczy, potrzebowała chwili aby odzyskać znów zdolność do widzenia i wtedy ją zobaczyła. Ujrzała jak przez mgłę, dosyć niewyraźnie postać siedzącą na parapecie przy witrażu. Nie była już pewna, czy to wzrok płata jej figle, czy to światło postanowiło zalać delikatną twarz tysiącami tańczących, różnobarwnych iskierek. Podeszła nieco bliżej, a skulona uczennica słysząc kroki spojrzała w jej stronę, źrenice rozszerzyły się w geście niepokoju.
- Gemmo? Dobrze się czujesz? - Liv zerwała się i podeszła do koleżanki.
- Zaraz mi przejdzie - wymamrotała. - Naprawdę, Evelyn, nie masz się czym martwić.
Mimo wszystko pozwoliła, aby Ślizgońska prefekt zarzuciła sobie jej rękę wokół szyi. Oparła się delikatnie, mając też na uwadze to, aby nie obarczać Sullivan zbyt wielkim ciężarem. Właściwie to od dłuższego czasu chciała z nią porozmawiać. Będąc jeszcze w szpitalnym skrzydle miała wiele czasu na przemyślenia, często wspominała swoje własne słowa podczas tamtego pamiętnego dnia. Dnia, w którym Smarkerus przesadził, a Gemma straciła nad sobą kontrolę. Przestrzegła Ślizgonkę aby nie robiła nic, co mogłoby zaszkodzić ich relacji, nie przemyślała jednak konsekwencji swojego czynu. Postąpiła pod wpływem ogromnego gniewu, jaki nią targał. Wspomnienie wywołało u niej delikatne rumieńce wstydu.
- Czemu nie jesteś na zajęciach? - zaczęła, przygotowując się wewnętrznie na poruszenie tematu. Już wolałaby przewrócić się na schodach niż widzieć z jaką beztroską i brakiem zastanowienia Liv zerwała się aby jej pomóc.
- Och, zaspałam. - Gemma zmarszczyła brwi. - A teraz, kiedy zostało dziesięć minut lekcji, nie opłacałoby się na nią iść.
- Nie boisz się, że stracisz punkty?
- Nie. Zresztą, ostatnio i tak więcej ich tracę niż zyskuję. - Gryfonka spojrzała na Sullivan. Była dogłębnie zaskoczona, Evelyn rzadko spóźniała się na lekcje, nigdy nie zdażyło się aby na jakąś zaspała, a punkty zdobywała z łatwością. - Chodź, odprowadzę cię do pielęgniarki.
Arterton przystała na propozycję, bo chociaż głowa mniej ją bolała, to nadal czuła się słabo. Razem stawiały kolejne kroki, polegając jedna na drugiej.
- Liv, słuchaj... - Wzięła głęboki oddech - Chciałabym cię przeprosić. No wiesz, za ten darmowy przelot nad korytarzem, który ci zafundowałam. - Może wypadało bardziej przemyśleć słowa? Wyrzuciła je z siebie z prędkością niemal światła, niepewna czy koleżanka ją zrozumie. Miała wielką nadzieję, że wyłapała przekaz spośród tej błyskawicznej wiązanki jaką Gemma z siebie wyrzuciła. Mimo wszystko Arterton uważała, że przećwiczone wypowiedzi mają w sobie więcej sztuczności niż pójście na żywioł. Odpowiedział jej cichy śmiech, jakby pozbawiony wesołości.
- Ach, o to chodzi... - mruknęła. - Nie szkodzi, może to mnie w końcu nauczy pokory. - Zmusiła usta do uśmiechu. Zaintrygowana Gemma spojrzała na nią uważnie, milcząc chwilę i zachęcając Liv do rozwinięcia się. Ciekawiło ją co kryje się w tej dziewczynie, która dopuszczała do siebie tylko nieliczne grono.
- Wszyscy mamy coś na sumieniu - zaczęła wreszcie Ślizgonka. - Ale mało kto potrafi się pogodzić ze swoimi czynami. Szkoda tylko, że tak często przelewam tą frustrację na najbliższych.
Schodziły po schodach, nierówny rytm ich kroków odbijał się echem po całym zamku.
- O tak, wiem coś o tym. Trwamy w swoim uporze, zamiast zapomnieć o dumie i poprosić o pomoc. Kto inny miałby nam pomóc jak osoby, którym na nas zależy? Odtrącając je od siebie robimy sobie więcej szkody niż pożytku. Odrzucamy ostatnią deskę ratunku.
Sullivan nie odzywała się, trawiąc słowa Arterton i rozumiejąc je po swojemu. Tą krótką rozmową, złotą radą pomogła jej bardziej, niż Ethan obchodzący się z nią jak z jajkiem. W duchu była Gemmie wdzięczna, że pojawiła się na horyzoncie, pośród mroku jaki przysłonił oczy Liv. Jak małe światełko nadziei.
Tymczasem doszły już do skrzydła szpitalnego.
- Dziękuję, Evelyn. Już sobie poradzę.
- Nie wątpię. - Liv obserwowała jak Gemma otwiera drzwi. - A, jeszcze jedno. Severus przez następne dwa miesiące będzie czyścił kible. Dawanie mu szlabanu to była czysta przyjemność.
- Nie wątpię. - Powtórzyła Gryfonka, uśmiechając się ostatni raz zanim weszła do środka.
muzyka
Raz, dwa. Raz, dwa. Kroki. Gdzie? Skąd?
Rytm obijał się o mury, wracając kilkukrotnie i dając złudne wrażenie. Przecież nikt nie potrafi być w kilku miejscach jednocześnie. Skok. Kamyk rzucony niedbale pod ciemną kurtyną północy. Głowa podążyła za odgłosem, ale umysł wiedział, że nie należy zwracać uwagi na zmyłkę. Kimkolwiek był - a był to on, napewno, wnioskując po ciężkich krokach jakie stawiał - pogrywał sobie coraz odważniej. Kolejną noc, kolejny raz. Zawsze na tej wtorkowej, nocnej zmianie.
Raz, dwa. Raz, dwa. Dokąd poszedł? W którą stronę skręcił?
Należy być czujnym i zwracać uwagę na drobne rzeczy. Rzeczy tak drobne, jak ledwie zauważony i niemal nie rozdeptany ślad. Błoto. Czubek był delikatnie przechylony w prawą stronę. Mam cię! W przeciwieństwie do ciebie, ja poruszam się cicho, bezszelestnie. Ty używasz echa, aby stworzyć złudzenie, ja posługuję się ciszą. Oboje nie znają swojego położenia. Myśli były jedynym towarzyszem, który umilał nocne zmiany.
Raz, dwa, raz, dwa. Puścił się biegiem. Raz, dwa, raz, dwa.
Dudniąc jak olbrzym odkrył swoją pozycję. Gówniarz uciekał przez schody. Aurora również zmusiła swoje ciało do wysiłku. Dzisiaj go dopadnie, temu zdemoralizowanemu dzieciakowi przyda się lekcja grzeczności i porządny szlaban. Tak ją straszyć! Prześladować na jej własnych zmianach! Blond loki zajaśniały srebrnym blaskiem w świetle księżyca. Zagłuszał jej cichy bieg swoim własnym dudnieniem. Dobiegła do schodów, ciemna sylwetka przeskakiwała właśnie kilka ostatnich stopni. Uniosła już różdżkę, już go miała, otworzyła usta aby rzucić zaklęcie, kiedy...
- Impedimenta!
Turkusowe światło pognało w stronę pani prefekt. Ale, chwila. Spodziewała się dostać nim z przodu. Bo przecież ten młokos ją trafił, prawda? Sekunda zdezorientowania pozwoliła nieznajomemu na ukrycie się wśród sieci korytarzy, a opuszczenie wyciągniętej dłoni szło Middleton bardzo opornie.
Raz, dwa. Raz, dwa. Spokojne kroki. Dobiegają z tyłu. Co jest, cholera jasna?
Nawet nie mogła się odwrócić, pod wpływem uroku zajęłoby jej to całe godziny. Jakim cudem znalazł się tak szybko za nią? Jak wykonał tą sztuczkę? O co w tym wszystkim chodzi?
- Byłam przekonana, że złapałam kogoś niezbyt ostrożnego na gorącym uczynku. - Ten sam damski głos wypowiedział przeciwzaklęcie. Aurora niemal wykonała piruet, aby spojrzeć na twarz kogoś, kto ją tak urządził. Z pewnością nie spodziewała się ujrzeć Liv. Jasne brwi ściągnęły się w geście wręcz oburzenia. Była tak blisko! Ciemnowłosa musiała dołączyć się do ich gry już wcześniej. Gdyby ktokolwiek widział całą tą akcję, zaniósłby się śmiechem. Dwójka prefektów polujących na siebie i korzystająca z tej okazji ofiara.
- Możesz wracać już do łóżka, zastąpię cię. - Popatrzyła na nią tym samym obojętnym spojrzeniem, jakim obdarzały siebie codziennie na korytarzu, udając, że nie mają ze sobą nic wspólnego. Jak dziwna była to relacja! Obie dokładnie pamiętały dzień, w którym obie rodziny w kompletnym składzie spotkały się ze sobą. Bardzo niezadowoloną Liv, która podczas kolacji burknęła jedynie dwa słowa, Ethana który próbował łagodzić sytuację, zagadywać, zachowywać się jak przykładny syn. Pamiętała też swoją niezręczność, chęć wtopienia się w najbliższą ścianę. Pan Sullivan wydawał się być sympatyczny, a Aurora widząc, że jej kontakty z mamą zaczynają być lepsze, zasługi przypisywała właśnie jemu. Kilka razy zastanawiała się czemu Liv jest tak uprzedzona do ojca. Nie przyszłoby jej jednak na myśl, że Ślizgonka czuje się zdradzona. Tak, Evelyn uważała związek Roberta i Deanny za jawną zdradę swojej matki, wierności jaką kiedyś jej przysięgał.
- Jesteś pewna? Wyglądasz na zmęczoną. - Aurora przybrała bezpieczną obojętność. Liv nie zniosłaby dłużej tego zatroskanego tonu, jakimi była ostatnio obdarzana. Miała jej dosyć, najwyraźniej nawet udawanie cienia jej nie wychodziło.
- Poradzę sobie. - Przed oczami Middleton stanął obraz skulonej, śpiącej Sullivan opierającej się plecami o marmur. Właśnie w takiej pozycji znalazła ją na ostatniej zmianie, gdy przyszła się zamienić. Ugryzła się w język powstrzymując słowa cisnące się na zewnątrz. Dumna Ślizgonka z pewnością nie chciałaby wiedzieć, że ktoś znalazł ją w takim stanie. A już napewno nie chciałaby, aby ktokolwiek wiedział czym jest spowodowane jej złe samopoczucie.
- Czasami mimo przeciwności losu, warto skupić się na sobie i znaleźć pozytywy, nawet w najgorszej sytuacji - odparła ostrożnie Aurora.
Właśnie takich słów spodziewała się po drobnej blondynce. Zawsze kojarzyła jej się z pokładami niekończącej się energii i radością. Ciepłem. Aurora Middleton wiedziała.
- Twoje słowa skłaniają do myślenia, Auroro - spojrzała ponownie na swoją niedoszłą siostrę, a Krukonce zdawało się że jej spojrzenie jakby zelżało. - Niestety dopiero po stracie doceniamy to, co mieliśmy. Zaczynamy kochać dopiero wtedy, gdy tracimy to co mieliśmy najcenniejszego. - Uśmiechnęły się do siebie smutno. - Nigdy nie mówiłam ci tego, ale byłam zazdrosna. Zazdrosna widząc, jak wnosisz światło do naszego domu i życia. Masz w sobie wiele zalet, które nietrudno dostrzec. Zauważył je też mój ojciec, widziałam jak na ciebie patrzy i w głębi serca wiedziałam, że właśnie takiej córki by pragnął. Nie mamy ze sobą zbyt dobrych relacji, ale twój uśmiech sprawiał, że w jego oczach pojawiały się te iskierki wesołości, których ja nigdy nie byłam w stanie u niego wywołać.
- Ja... Myślę, że przesadzasz, Liv. Nie wiem, co mam powiedzieć. Twój ojciec z pewnością was, ciebie kocha.
- Wiem. Dobranoc, Auroro.
Przyciszone głosy dziewcząt milkły w mroku, który rozświetlały jedynie ich różdżki. Ciche szepty zagłuszały pomruki i pochrapywania postaci z obrazów. Jedno światełko zaczęło się przemieszczać, zostawiło w tyle głęboko zaszokowane, drugie światełko.
muzyka
Blaze siedział w poprzek fotelu w pokoju wspólnym Ślizgonów i bawił się talią kart do gry w eksplodującego durnia. Miał już dosyć bezmyślnego wgapiania się w dogasający ogień. Na co właściwie liczył? Nadal rozpamiętywał wiadomość od Willi, co prawda przestrzegła go aby prędko nie spodziewał się jej ponownej wizyty, ale... Właściwie co? Sam nie był pewny, a myśl o niewypełnionej misji z Abigail dodatkowo go rozdrażniała. Poradziłby sobie, och tak, był tego pewny, ale cały czas coś mu przeszkadzało. Nic nie szło po jego myśli. Syknął niezadowolony, gdy karta, którą pstryknął palcami wylądowała wśród popiołu. Nie chciało mu się zwlec z fotelu, żeby ją podnieść, patrzył więc jak powoli zajmuje się ogniem.
Nagle, nie wiadomo skąd wyrosła nad nim Sullivan. Nawet nie musiał podnosić wzroku aby wiedzieć, że to ona. Ręce oparte w pewnym geście na biodrach i kawałek kruczoczarnych końcówek w zupełności mu wystarczał. Zasłoniła mu jednak palenisko, więc spojrzał na nią niechętnie. Kiedy ostatni raz rozmawiali we dwójkę? Kiedyś było to dla nich na porządku dziennym, zwykli nie rozstawać się ze sobą i Rabastanem. To właśnie Lestrange był spoiwem, któro, mimo problemów, z jakimi mierzyła się ta dwójka, sprawiało, że nadal rozmawiali ze sobą. Ale Rabastan został kontuzjowany i to Liv wpadła na pomysł, aby Ethan wyszedł z inicjatywą do Blaze'a, aby ten zastąpił ścigającego. Oboje potrzebowali przerwy, zmęczyli się sobą.
- Mówiłaś coś?
- Tak, Blaze, mówiłam - westchnęła zniecierpliwiona. - Ethan gdzieś przepadł, szukam go od godziny...
- Niestety, ja też go nie widziałem, więc ci nie pomogę.
- ...a reszta drużyny jest zajęta, więc postanowiłam, - ciągnęła dalej niezrażona tym, że jej przerwał - że ty, ja i Rabastan przygotujemy się do meczu z Ravenclawem. Ostatni mecz z Gryffindorem powinniśmy z łatwością wygrać.
- Rabastan już wyszedł ze szpitala?
- Tak, ale postanowił odstąpić ci miejsca. Zagrasz w następnym meczu. - Widziała, jak chłopak się ociąga, więc przybrała ton głosu nieznoszący sprzeciwu.
- Przecież byłem na ostatnim treningu.
- Który był dwa tygodnie temu, czyli o tydzień zbyt dawno. Zresztą, Lestrange już na nas czeka. No rusz tyłek, Blaze!
- To nie ma sensu, jest nas zbyt mało - zaoponował Hathoway, ale wstał. Wyszli z lochów, a na zewnątrz czekał na nich Rabastan.
- Cześć, Blaze! Dawno się widzieliśmy. Razem na boisku, jak za starych dobrych czasów - zawołał.
Po chwili znajdowali się już na pustym boisku do quidditcha. Pogoda była wręcz idealna, śnieg przestał sypać, a wiatr był mały. Mimo to, trybuny świeciły pustkami i nie musieli walczyć o miejsce na trening. Liv, która taszczyła skrzynkę z piłkami - po raz dziesiąty powtarzając chłopakom z uporem, że nie jest jej ciężko - postawiła ją na ziemi. Lestrange jako pierwszy znalazł się w powietrzu.
- Cholera, jak dobrze znów tu wrócić. Zanudziłem się na śmierć w tym skrzydle szpitalnym - mruknął i wzbił się wyżej w powietrze, robiąc kółko nad stadionem. Blaze stał nadal z miotłą w ręku, a tłuczek śmignął mu koło głowy. Zmarszczył brwi i spojrzał na Evelyn.
- Przepraszam, pasek się wyrwał - wytłumaczyła. - Mógłbyś go złapać? Chyba nie ma sensu wypuszczać tłuczka, skoro nie ma pałkarzy.
Hathoway już miał odlecieć, gdy zauważył leżącą obok skrzyni pałkę. Uśmiechnął się delikatnie, wziął ją gdy Sullivan nie patrzyła i wzbił się wyżej.
- Hej, Lestrange! - krzyknął po odbiciu nadlatującego tłuczka w stronę Rabastana. Ten w ostatniej chwili odwrócił się i zanurkował, unikając mocnego uderzenia. Spojrzał z żądzą mordu w oczach na szczerzącego się blondyna.
- Chcesz mnie posłać do Munga, czy jak?!
- No, widocznie za pierwszym razem uderzenie było zbyt lekkie, bo jesteś tak głupi jak byłeś wcześniej. Może jak ci poprawię to coś ci się poprzestawia i przestaniesz być takim kretynem.
- Uważaj na słowa, Hathoway! - odkrzyknął, chociaż wiedział, że jest specjalnie podsycany. Tym razem to on wybrał się po pałkę i po chwili tłuczek śmigał z jednego końca boiska na drugi. Evelyn w końcu wyprostowała się z kaflem w dłoni, odwróciła do grających w magicznie zmodyfikowanego pingponga Rabastana i Blaze'a. Uśmiechnęła się szeroko widząc, że zachowują się tak samo, jak normalnie. Jak dzieci, pomyślała, jak dzieci. Żałowała nawet, że nie ma trzeciej pałki, bo sama by się do nich dołączyła. Lestrange pewnie byłby temu przeciwny, obawiając się że któryś z nich zrobi jej krzywdę, ale odpowiedziałaby to samo, co zawsze. "Boisz się, że skopię ci tyłek, Rabastanie?". A takiej skazy na godności nie mógłby dopuścić.
Trójka Ślizgonów bawiła się jak pierwszoklasiści. Co rusz któroś wybuchało śmiechem, wypominało wydarzenia i słowa z przeszłości. Zupełnie jak za dawnych czasów, gdy nie mieli żadnych zmartwień.
muzyka
Kilka dni później...
- Poradzi sobie? - spytał wyciągając z ust papierosa. Ten cholerny mugolski wynalazek wpędził go w żałosny nałóg. Nienawidził siebie samego za tego typu słabość, na którą normalnie by sobie nie pozwolił. Z kumplem po fachu u swojego boku czuł się nieco swobodniej. Irytowało go to ciągłe ukrywanie swojego rozdrażnienia, ale nie mógł zaryzykować. To byłoby dla niego bardzo poniżające. Z lubością wypuścił dym ustami.
- Zobaczymy - odmruknął tamten i spojrzał krytycznie na swojego partnera. - Wchodzimy - zakomunikował i machnięciem różdżki zniszczył papierosa kolegi, nie zważając na pomruk wyrażający głębokie niezadowolenie.
Dwójka elegancko ubranych czarodzieji weszła do Wielkiej Sali wprowadzając małe zamieszanie wśród spożywających kolację uczniów i nauczycieli. Rozejrzeli się po niej, cmokając z uznaniem. Hogwart nic się nie zmienił od czasu, pozostał dokładnie taki, jakim go pamiętali. Przybrali maski urzędowych ważniaków, gdy Albus Dumbledore wstał. Dyrektor został kilka dni wcześniej powiadomiony o ich planowanym przybyciu, więc nie był zaskoczony. Jego twarz wyrażała ten sam spokój i dobrotliwość, co zazwyczaj. Obie strony zbliżyły się do siebie i podały sobie ręce.
- Panno Sullivan, czy mogę panią prosić? - Liv właśnie konfiskowała zębate frysbi jakiegoś drugoklasisty. Podniosła głowę, spotykając wzrok całej trójki i podeszła powoli. - Panowie są z Ministerstwa. - Ślizgonka nie rozumiała spokoju dyrektora, sama czuła się niezręcznie. Zlustrowała ubiór mężczyzn, przypominając sobie, że właśnie w takim uniformie Robert wracał z pracy.
- Chcielibyśmy tylko zadać kilka pytań.
- W jakiej sprawie? - spytała wodząc wzrokiem od jednego pracownika do drugiego.
- W sprawie pani ojca. - Zamarła. Czy to oznaczało, że powinna spodziewać się najgorszego? Serce przyśpieszyło tempa, wyrywało się w jej klatce piersiowej. Musiała jak najszybciej poznać prawdę, przekonać się, że napewno chodzi o coś innego. Kiwnęła głową zgadzając się na pójście z mężczyznami. Przechodząc przez korytarz mruczeli do siebie coś niezrozumiałego, ale Liv nie zwracała na to uwagi. W głowie pojawiała się tylko jedna myśl. To przez ciebie, to ty mu to zrobiłaś.
Szli dłuższą chwilę, dopóki korytarz całkiem nie opustoszał. Otworzyli przed nią drzwi do pustej klasy, weszła pierwsza i stała jak wryta, nie wiedząc co ze sobą począć.
- Usiądź. - Jeden z nich wskazał drugą w rzędzie ławkę, sam zajmując miejsce naprzeciw. Sullivan była w tak głębokim szoku, że ledwie odnotowała tą nagłą zmianę tonu z oficjalnego na "ty". Drugi pracownik stanął przy otwartym oknie i obserwował błonia z dziwnie stoickim spokojem. A więc to tak czuła się Abby? W ten sposób przekazują najgorsze informacje? Pełna obaw opadła na krzesło. Od faceta śmierdziało dymem, zęby miał pożółkłe, co zauważyła gdy wygiął usta w obleśnym uśmiechu. Właśnie w tej chwili Liv zrozumiała, że coś tu się nie zgadza. Ledwo powstrzymała się od odruchu aby wstać i wybiec.
- A właśnie. Byłbym zapomniał - mruknął podążając za wzrokiem dziewczyny. - Colloportus. Muffliato. - Rozległ się szczęk zamykającego się zamka. Niechętnie spojrzała na mężczyznę, który z zaciekawieniem się jej przyglądał. Podobała mu się ta mała, trochę spłoszona, ale to normalne. Zawsze tak reagowali, a on uwielbiał sycić się ich niepewnością i strachem. Siać zamęt. - Evelyn Sullivan, córka Roberta i Olivii Sullivan. Siódmy rok, Slytherin, status krwi: czysta.
Prefekt nabrała coraz większych wątpliwości. Pracownik Ministerstwa nie zwracałby uwagi na jej rodowód, jeżeli chciałby powiadomić ją o stracie najbliższych. Milczała.
- Ostatnio po twoim ojcu zaginęły słuchy, no nie? - ciągnął. - Jak myślisz, dlaczego?
- Nie wiem - skłamała. - Nie mieliśmy zbyt dobrych relacji, więc nie zwierzał mi się ze swoich problemów. - Zmrużył oczy przyglądając się jej mimice. Jeżeli kłamała, to nieźle to ukrywała. Żadnych nerwowych tików, utrzymywała kontakt wzrokowy. Przydatna umiejętność.
- Nie wiesz? Tak się składa, że my wiemy. - Nachylił się dmuchając Liv prosto w twarz nieświeżym oddechem. Odruchowo zacisnęła dłoń na różdżce, ale uścisk zmalał gdy tamten wyjął z kieszeni zdjęcie. Ojciec. Odziany w ciemny płaszcz, z rękami w kieszeni przemierzał szybko ulicę, której nie rozpoznawała. Te same ostre rysy szczęki, wysoko podniesiona głowa, sylwetka dumnie wyprostowana. - Poznajesz swojego ojczulka? Bawi we Francji, a wiesz dlaczego tam jest? Bo jest pieprzonym tchórzem. - Wyprany z emocji śmiech rozległ się po pustej klasie. Zdezorientowana dziewczyna zmarszczyła brwi w gniewnym geście, rzucając mężczyźnie wyzywające spojrzenie. Uśmiechnął się ironicznie. Dzika kotka, w dodatku kłamczucha. Idealny materiał.
- No, myślałem że zrozumienie sytuacji pójdzie ci nieco szybciej. Podobno taka z ciebie łebska dziewczyna. - Gniew targał Evelyn od środka, miała ochotę rozszarpać tego nadętego gościa. Rozum podpowiadał, aby się uspokoiła a po chwili... Nie.
Skojarzyła fakty. Usłyszała głos ojca mówiący o Voldemorcie. Przecież dlatego szukał schronienia w Hogwarcie, a jego własna córka rzuciła go na pożarcie śmierciożercom. Źrenice lodowato niebieskich oczu rozszerzyły się, a dłon odruchowo zasłoniła usta. Sojusznicy Toma Riddle'a w Hogwarcie z fałszywymi dokumentami, odznakami i oficjalnymi uniformami. Wtedy zrozumiała, że nawet szkoła przestaje być bezpiecznym miejscem.
- Wreszcie. - Wstał i nachylił się nad nią. - Twój ojciec popełnił wielki błąd, ogromny. Odmówił Czarnemu Panu, czy wiesz czym to grozi?! - Uderzył pięścią w stół, a jego partner odchrząknął znacząco. Stał oparty o ścianę z założonymi rękami i przyglądał się. - Ale... Nie wszystko jeszcze stracone. Ten-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać jest litościwy i rośnie w siłę. Pan potrzebuje wiernych i potężnych sług, którzy będą gotowi całkowicie mu się poświęcić, przełamując swoje słabości. Dlatego... - Gwałtownie podkasał rękaw lewej ręki, ukazując Mroczny Znak. - Widzisz to?! Widzisz? - ryknął. Liv rozbolała głowa, nie była w stanie pomieścić wszystkich tych emocji. Powoli pokiwała głową. - Właśnie. Chcesz odzyskać ojca? Wystarczy, że przyłączysz się do nas, a Czarny Pan o tym nie zapomni. Włos mu z głowy nie spadnie.
- Muszę się zastanowić - bąknęła.
- Zastanowić? Zastanowić?! - Złapał ją za ramiona i mocno potrząsnął. - Nad czym tu się zastanawiać, do cholery? Wystarczy jeden ruch i będzie martwy. Masz dwie minuty. - Odwrócił się, posyłając zdegustowanemu koledze trymfujące spojrzenie. Tak to się robi! Trzeba ich nastraszyć, postawić pod murem te pieprzone dzieciaki.
Liv ukryła twarz w dłoniach. Co powinna teraz zrobić? Nie chce stać się taka, jak ten śmierciożerca. Nie chce zabijać ludzi, ani przyczyniać się do ich cierpienia. Kłaniać przed beznosym fagasem i stanowić jego armię. Ale czy miała wybór? Samo zaginięcie Roberta odbiło duże piętno w psychice zarówno Evelyn jak i Ethana. Co z nimi będzie, gdy go zabiją? Nie poradzi sobie ze świadomością, że mogła coś zrobić. Nie dopuścić do takiego rozwoju wydarzeń.
- Zgadzam się - powiedziała słabym głosem. Rozmawiający po cichu mężczyźni odwrócili się w tym samym czasie.
- Pozwól, Rogerze. - Podeszli obaj, jeden z wyciągniętą różdżką. Tym razem impulsywny Roger stał nieco z tyłu, a drugi bezimienny i o wiele spokojniejszy usiadł na krześle naprzeciwko dziewczyny. Rozumiał ją, gdy zauważył lęk w jej oczach. Sam nie miał możliwości wyboru, gdy stawał się śmierciożercą, a teraz niemal czuł obrzydzenie gdy wypełniał kolejną ze swoich misji. Łamali w młodzieży chęć zabawy, mieszali im w głowach i manipulowali. Nie chciał robić tego kolejny raz, sprawiać, że Ślizgonka odtąd patrząc w lustro będzie widziała w swoich oczach tylko potwora. Potwora, którego jest zmuszony w niej zasiać.
Ujął jej lewą dłoń i podkasał rękaw.
- Nie staniesz się jeszcze w pełni jedną z nas - wytłumaczył. - Wrócimy, gdy nadejdzie pora i wtedy dostaniesz swój Mroczny Znak.
Nie chcę, żebyście wracali po mnie kiedykolwiek, pomyślała. Przytknął koniec różdżki do zgłębienia na wewnętrznej stronie łokcia, mamrotając cicho pod nosem. Evelyn patrzyła jak skóra w tym miejscu czernieje, ledwo powstrzymywała się od krzyku gryząc zaciśnięte wargi do krwi. Zgięła dłoń w pięść, a paznokcie boleśnie się w nią wbijały, gdy substancja rozeszła się po jej żyłach, czyniąc je na chwilę czarnymi. Bezimienny spojrzał na nią zdumiony. Nie wydała żadnego dźwięku, chociaż ciało miała napięte, głowę odchyloną do tyłu,a oczy i pięści zaciśnięte tak, że pobielały jej knykcie. On sam wył z bólu, a osobą która wypaliła mu na skórze Znak był sam Roger. Oddychała głęboko, gdy ból ustał, powstrzymując łzy cisnące się na zewnątrz.
Gdy otworzyła oczy, została sama w klasie. Zimne powietrze wchodziło do środka przez dwa otwarte okna, a Liv została sama z czaszką wypaloną na przedramieniu.
-------------------
Hm, ten rozdział budzi we mnie mieszane uczucia, nie jestem do końca z niego zadowolona. Mam jednak nadzieję, że będzie się Wam czytało przyjemnie i że nic nie pokręciłam i że wszystko jest w porządku.
Jeszcze raz przepraszam, droga Choco, za brak Iana w tym rozdziale. D:
- Zobaczymy - odmruknął tamten i spojrzał krytycznie na swojego partnera. - Wchodzimy - zakomunikował i machnięciem różdżki zniszczył papierosa kolegi, nie zważając na pomruk wyrażający głębokie niezadowolenie.
Dwójka elegancko ubranych czarodzieji weszła do Wielkiej Sali wprowadzając małe zamieszanie wśród spożywających kolację uczniów i nauczycieli. Rozejrzeli się po niej, cmokając z uznaniem. Hogwart nic się nie zmienił od czasu, pozostał dokładnie taki, jakim go pamiętali. Przybrali maski urzędowych ważniaków, gdy Albus Dumbledore wstał. Dyrektor został kilka dni wcześniej powiadomiony o ich planowanym przybyciu, więc nie był zaskoczony. Jego twarz wyrażała ten sam spokój i dobrotliwość, co zazwyczaj. Obie strony zbliżyły się do siebie i podały sobie ręce.
- Panno Sullivan, czy mogę panią prosić? - Liv właśnie konfiskowała zębate frysbi jakiegoś drugoklasisty. Podniosła głowę, spotykając wzrok całej trójki i podeszła powoli. - Panowie są z Ministerstwa. - Ślizgonka nie rozumiała spokoju dyrektora, sama czuła się niezręcznie. Zlustrowała ubiór mężczyzn, przypominając sobie, że właśnie w takim uniformie Robert wracał z pracy.
- Chcielibyśmy tylko zadać kilka pytań.
- W jakiej sprawie? - spytała wodząc wzrokiem od jednego pracownika do drugiego.
- W sprawie pani ojca. - Zamarła. Czy to oznaczało, że powinna spodziewać się najgorszego? Serce przyśpieszyło tempa, wyrywało się w jej klatce piersiowej. Musiała jak najszybciej poznać prawdę, przekonać się, że napewno chodzi o coś innego. Kiwnęła głową zgadzając się na pójście z mężczyznami. Przechodząc przez korytarz mruczeli do siebie coś niezrozumiałego, ale Liv nie zwracała na to uwagi. W głowie pojawiała się tylko jedna myśl. To przez ciebie, to ty mu to zrobiłaś.
Szli dłuższą chwilę, dopóki korytarz całkiem nie opustoszał. Otworzyli przed nią drzwi do pustej klasy, weszła pierwsza i stała jak wryta, nie wiedząc co ze sobą począć.
- Usiądź. - Jeden z nich wskazał drugą w rzędzie ławkę, sam zajmując miejsce naprzeciw. Sullivan była w tak głębokim szoku, że ledwie odnotowała tą nagłą zmianę tonu z oficjalnego na "ty". Drugi pracownik stanął przy otwartym oknie i obserwował błonia z dziwnie stoickim spokojem. A więc to tak czuła się Abby? W ten sposób przekazują najgorsze informacje? Pełna obaw opadła na krzesło. Od faceta śmierdziało dymem, zęby miał pożółkłe, co zauważyła gdy wygiął usta w obleśnym uśmiechu. Właśnie w tej chwili Liv zrozumiała, że coś tu się nie zgadza. Ledwo powstrzymała się od odruchu aby wstać i wybiec.
- A właśnie. Byłbym zapomniał - mruknął podążając za wzrokiem dziewczyny. - Colloportus. Muffliato. - Rozległ się szczęk zamykającego się zamka. Niechętnie spojrzała na mężczyznę, który z zaciekawieniem się jej przyglądał. Podobała mu się ta mała, trochę spłoszona, ale to normalne. Zawsze tak reagowali, a on uwielbiał sycić się ich niepewnością i strachem. Siać zamęt. - Evelyn Sullivan, córka Roberta i Olivii Sullivan. Siódmy rok, Slytherin, status krwi: czysta.
Prefekt nabrała coraz większych wątpliwości. Pracownik Ministerstwa nie zwracałby uwagi na jej rodowód, jeżeli chciałby powiadomić ją o stracie najbliższych. Milczała.
- Ostatnio po twoim ojcu zaginęły słuchy, no nie? - ciągnął. - Jak myślisz, dlaczego?
- Nie wiem - skłamała. - Nie mieliśmy zbyt dobrych relacji, więc nie zwierzał mi się ze swoich problemów. - Zmrużył oczy przyglądając się jej mimice. Jeżeli kłamała, to nieźle to ukrywała. Żadnych nerwowych tików, utrzymywała kontakt wzrokowy. Przydatna umiejętność.
- Nie wiesz? Tak się składa, że my wiemy. - Nachylił się dmuchając Liv prosto w twarz nieświeżym oddechem. Odruchowo zacisnęła dłoń na różdżce, ale uścisk zmalał gdy tamten wyjął z kieszeni zdjęcie. Ojciec. Odziany w ciemny płaszcz, z rękami w kieszeni przemierzał szybko ulicę, której nie rozpoznawała. Te same ostre rysy szczęki, wysoko podniesiona głowa, sylwetka dumnie wyprostowana. - Poznajesz swojego ojczulka? Bawi we Francji, a wiesz dlaczego tam jest? Bo jest pieprzonym tchórzem. - Wyprany z emocji śmiech rozległ się po pustej klasie. Zdezorientowana dziewczyna zmarszczyła brwi w gniewnym geście, rzucając mężczyźnie wyzywające spojrzenie. Uśmiechnął się ironicznie. Dzika kotka, w dodatku kłamczucha. Idealny materiał.
- No, myślałem że zrozumienie sytuacji pójdzie ci nieco szybciej. Podobno taka z ciebie łebska dziewczyna. - Gniew targał Evelyn od środka, miała ochotę rozszarpać tego nadętego gościa. Rozum podpowiadał, aby się uspokoiła a po chwili... Nie.
Skojarzyła fakty. Usłyszała głos ojca mówiący o Voldemorcie. Przecież dlatego szukał schronienia w Hogwarcie, a jego własna córka rzuciła go na pożarcie śmierciożercom. Źrenice lodowato niebieskich oczu rozszerzyły się, a dłon odruchowo zasłoniła usta. Sojusznicy Toma Riddle'a w Hogwarcie z fałszywymi dokumentami, odznakami i oficjalnymi uniformami. Wtedy zrozumiała, że nawet szkoła przestaje być bezpiecznym miejscem.
- Wreszcie. - Wstał i nachylił się nad nią. - Twój ojciec popełnił wielki błąd, ogromny. Odmówił Czarnemu Panu, czy wiesz czym to grozi?! - Uderzył pięścią w stół, a jego partner odchrząknął znacząco. Stał oparty o ścianę z założonymi rękami i przyglądał się. - Ale... Nie wszystko jeszcze stracone. Ten-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać jest litościwy i rośnie w siłę. Pan potrzebuje wiernych i potężnych sług, którzy będą gotowi całkowicie mu się poświęcić, przełamując swoje słabości. Dlatego... - Gwałtownie podkasał rękaw lewej ręki, ukazując Mroczny Znak. - Widzisz to?! Widzisz? - ryknął. Liv rozbolała głowa, nie była w stanie pomieścić wszystkich tych emocji. Powoli pokiwała głową. - Właśnie. Chcesz odzyskać ojca? Wystarczy, że przyłączysz się do nas, a Czarny Pan o tym nie zapomni. Włos mu z głowy nie spadnie.
- Muszę się zastanowić - bąknęła.
- Zastanowić? Zastanowić?! - Złapał ją za ramiona i mocno potrząsnął. - Nad czym tu się zastanawiać, do cholery? Wystarczy jeden ruch i będzie martwy. Masz dwie minuty. - Odwrócił się, posyłając zdegustowanemu koledze trymfujące spojrzenie. Tak to się robi! Trzeba ich nastraszyć, postawić pod murem te pieprzone dzieciaki.
Liv ukryła twarz w dłoniach. Co powinna teraz zrobić? Nie chce stać się taka, jak ten śmierciożerca. Nie chce zabijać ludzi, ani przyczyniać się do ich cierpienia. Kłaniać przed beznosym fagasem i stanowić jego armię. Ale czy miała wybór? Samo zaginięcie Roberta odbiło duże piętno w psychice zarówno Evelyn jak i Ethana. Co z nimi będzie, gdy go zabiją? Nie poradzi sobie ze świadomością, że mogła coś zrobić. Nie dopuścić do takiego rozwoju wydarzeń.
- Zgadzam się - powiedziała słabym głosem. Rozmawiający po cichu mężczyźni odwrócili się w tym samym czasie.
- Pozwól, Rogerze. - Podeszli obaj, jeden z wyciągniętą różdżką. Tym razem impulsywny Roger stał nieco z tyłu, a drugi bezimienny i o wiele spokojniejszy usiadł na krześle naprzeciwko dziewczyny. Rozumiał ją, gdy zauważył lęk w jej oczach. Sam nie miał możliwości wyboru, gdy stawał się śmierciożercą, a teraz niemal czuł obrzydzenie gdy wypełniał kolejną ze swoich misji. Łamali w młodzieży chęć zabawy, mieszali im w głowach i manipulowali. Nie chciał robić tego kolejny raz, sprawiać, że Ślizgonka odtąd patrząc w lustro będzie widziała w swoich oczach tylko potwora. Potwora, którego jest zmuszony w niej zasiać.
Ujął jej lewą dłoń i podkasał rękaw.
- Nie staniesz się jeszcze w pełni jedną z nas - wytłumaczył. - Wrócimy, gdy nadejdzie pora i wtedy dostaniesz swój Mroczny Znak.
Nie chcę, żebyście wracali po mnie kiedykolwiek, pomyślała. Przytknął koniec różdżki do zgłębienia na wewnętrznej stronie łokcia, mamrotając cicho pod nosem. Evelyn patrzyła jak skóra w tym miejscu czernieje, ledwo powstrzymywała się od krzyku gryząc zaciśnięte wargi do krwi. Zgięła dłoń w pięść, a paznokcie boleśnie się w nią wbijały, gdy substancja rozeszła się po jej żyłach, czyniąc je na chwilę czarnymi. Bezimienny spojrzał na nią zdumiony. Nie wydała żadnego dźwięku, chociaż ciało miała napięte, głowę odchyloną do tyłu,a oczy i pięści zaciśnięte tak, że pobielały jej knykcie. On sam wył z bólu, a osobą która wypaliła mu na skórze Znak był sam Roger. Oddychała głęboko, gdy ból ustał, powstrzymując łzy cisnące się na zewnątrz.
Gdy otworzyła oczy, została sama w klasie. Zimne powietrze wchodziło do środka przez dwa otwarte okna, a Liv została sama z czaszką wypaloną na przedramieniu.
-------------------
Hm, ten rozdział budzi we mnie mieszane uczucia, nie jestem do końca z niego zadowolona. Mam jednak nadzieję, że będzie się Wam czytało przyjemnie i że nic nie pokręciłam i że wszystko jest w porządku.
Jeszcze raz przepraszam, droga Choco, za brak Iana w tym rozdziale. D:
Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńEDIT, bo literówka.
UsuńNie wiem czy będę pierwsza, jeśli nie to trudno, pierwsze skrzypce zawsze należały do Deny i jeśli ją wyprzedzę, to moim zdaniem będzie i tak zawsze pierwszorzędną komentatorką. Ze wzgląd na swój podły humor chyba odpuszczę sobie dłuższe wywody.
Po pierwsze chciałam zaznaczyć, że masz bogate słownictwo. Metafory wychodzą ci bardzo ładnie i zgrabnie, urzekły mnie - naprawdę. Wstawka z Minerwą bardzo przypadła mi do gustu i urzekła. Pokazałaś ją tak jak Minerwę McGonagall widzę. Może jest wredna, ale to dobry nauczyciel. I w sumie bardzo mi jej szkoda.
Podoba mi się pokazanie relacji Gemmy i Liv, chociaż... czy ja wiem czy nie była przesłodzona? Nie wiem, naprawdę bardzo mi się podoba, nie powiem złego słowa na ten temat, bo to bez sensu, zwłaszcza że lubię czytać o swojej postaci.
Co mnie jednak zabolało i chociaż nie należę do osób, które lubią komuś pisać coś złego, to po prostu muszę, bo aż się zagotowałam. Na forum zaklepałam sobie w rozdziale mecz Gryfonów ze Ślizgonami, miałam to opisać, a z tego miała wyjść sytuacja wyjaśniająca jedną rzecz. Na pewno zaznaczyło się, że pisałam w tym temacie - i może teraz zabrzmię naprawdę bezsensownie, ale nie zamierzam odpuszczać z opisywaniem tego meczu w rozdziale. Nie wiem, czy dostatecznie obchodzi mnie, czy powielę temat czy nie, miałam to już długi czas temu zaplanowane. Nie mam do ciebie pretensji, ale prosiłabym cię, abyś czytała uważniej co piszemy na forum, bo może jestem tutaj najbardziej świeża, ale czytam uważnie co się dzieje w jakim temacie. Na przyszłość tylko o tyle proszę.
Prawdę mówiąc wczytywałam się w rozdział dokładnie, ale jestem w takim trochę nieciekawym stanie, że nie umiem określić, czy widzę jakieś błędy. Raczej nie. Brakuje tutaj Iana, ale przecież od tego mamy na forum temat "Kto chce być w moim rozdziale", żeby tam to wyjaśniać. Tak czy siak słowem wieńczącym wypowiedź, powiem że jest naprawdę miło napisany rozdział. Liczę na to, że Gemma pojawi się w twoim kolejnym rozdziale.
Dziękuję Ci za komentarz i miłe słowa. :) Niestety nie mam aż tak wiele czasu, aby dokładnie prześledzić wszystkie wątki i posty pojawiające się na forum, tymbardziej że forum rzadko pokazuje mi - i nie tylko mi - nowe wiadomości, więc zwyczajnie mogłam nie doczytać. Napisałaś mi na fejsie, przeprosiłam dwukrotnie i zapewniłam, że jest mi głupio i nie zauważyłam takiej wiadomości. Jeżeli to nie wystarczy, przepraszam po raz trzeci i oferuję możliwość zedytowania mojego rozdziału. Nie bronię Ci też opisania i tak tego meczu, chociaż w wiadomości wysłałam Ci też propozycję, inne rozwiązanie tego problemu ale zeszłaś z czatu.
UsuńStarałam się wczuć w postać Gemmy najlepiej jak potrafiłam, chociaż opornie mi idzie sterowanie nie swoimi postaciami, co często podkreślałam. Cieszę się, że jednak Ci się spodobało. Zarówno scena z Gemmą jak i rozdział.
Mam nadzieję, że ta pomyłka z mojej strony nie wpłynie na nasze relacje, Maru. Ale to może już wyjaśnimy sobie na privie. ;)
Ten komentarz został usunięty przez autora.
UsuńHej, zauważyłam, że bardzo udzielasz się na tym blogu. Mi również przydałby się tak wierny czytelnik. Kilka czytelników wymyśliła już swoją postać na potrzeby bloga. Jeśli byłabyś zainteresowana to zostaniesz wpisana do autorów honorowych mojego bloga. Serdecznie zapraszam :).http://zyciewhogwarcieopowiesc.blogspot.com/?m=1
UsuńJako, że nie jestem w domu, to nie mogłam komentować od razu, tak więc brawo Maru za zajęcie mojego miejsca ; )
OdpowiedzUsuńNo to tak, lubię bardzo Twój język, Nai, uważam, że masz lekkie pióro do opisów, ie wiem, czy dużo czytasz, czy to naturalne, ale nie zgub tego, bo to wielki i niestety coraz rzadszy dar ^^
Co do muzyki, to powiem, że dwie pierwsze, których użyłaś i ja miałam użyć w swoich rozdziałach, bardzo je lubię, jeśli mam być szczera. Jestem zdania, że mamy podobny gust muzyczny, tylko ta przy fragmencie z Aurorą mi nie odpowiadała, może dlatego, że jakby rytm wypowiedzi i rytm muzyki mi się ze sobą nie pokrywał, ale to kwestia indywidualna, więc się całkowicie nie łam ; )
Nieco gorzej w tym rozdziale wyglądały przejścia między fragmentami, brakowało mi nieco płynności. Cieszę się, że tak obszernie przedstawiłaś Laurissę, dziękuję za to, jak każdy lubię czytać o swojej postaci xP
Szczerze? Chujowy będzie mój komentarz, ale się spieszę, wybacz mi za to xP No cóż jeszcze mogę dodać? O! To mi się podobało - że wracasz do wcześniejszych rozdziałów, nie olewasz ich, tylko konsekwentnie tworzysz z naszymi rozdziałami spójną całość. Cieszę się, że zwracasz na to uwagę, bo to takie miłe, kiedy można odnaleźć fragment własnej pracy w pracy kogoś innego xP
Mam pewne zastrzeżenia do ostatniej sceny, bo była nieco na mój gust przerysowana xP Wątpię, aby dyrektor pozwolił na coś takiego w murach Hogwartu i tu mam mieszane uczucia. Poza tym raz Liv jest taka waleczna, a innym razem zagubiona... Nie mniej jednak, nie moja postać, więc się nie mieszam xP
No to chyba tyle xP Miło mi się czytało, muzyczka spoko, styl jeszcze lepszy ; ) Teraz trzeba czekać na następny~
Deny! Na wstępie chciałabym przeprosić (wszystkich dziś przepraszam, watwat) za to, że Rissa i Liv nie miały bezpośredniego kontaktu ze sobą. Nie miałam zwyczajnie pomysłu na konfrontację między nimi, a uznałam, że skoro stworzyłam i Ethana to jest on - mniej, ale jednak - ważną postacią, a relacje które ustaliłyśmy między nimi są pozytywne, to mogłabym zrobić z tego użytek. Wynagrodziłam Ci to chociaż trochę tym, że akapity z Laurissą są na początku (a przynajmniej ja sama sobie to tak tłumaczę >D).
UsuńMuszę przyznać, że czytałam całkiem sporo, teraz rzadko sięgam po coś nowego, zazwyczaj czytam książki jakie już mam po raz dziesiąty lub i więcej. :v No i muszę się zgodzić co do przejść, to jest rzecz której muszę się nauczyć, bo jak tak teraz patrzę to faktycznie wygląda to dosyć chaotycznie.
A co do Liv, to chciałam pokazać, że każdy ma uczucia i każdy się boi, nie ważne jak twardą i mocną byłby postacią. Cieszę się nawet, że odczułaś ją jako zagubioną i waleczną, bo właśnie takie dwie strony Evelyn chciałam tutaj pokazać. Biorąc pod uwagę wydarzenia, myślę, że zagubienie to najodpowiedniejsze słowo. No wiesz, nie chciałam zrobić z niej takiej "a chuj, poradzę sobie, jestem super i bez uczuć". Ostatnia scena jest fragmentem, o który właściwie się najbardziej obawiałam i mocno zastanawiałam, czy jednak jej nie usunąć, ale wtedy brakowałoby mi jakiejkolwiek akcji i dręczyłoby mnie poczucie, że nie dałam z siebie wystarczająco dużo. Może przedobrzyłam.
Cieszę się niezmiernie z tylu pozytywnych słów, jakimi mnie tutaj obdarzasz i konstruktywną krytyką, bo to pomaga mi stanąć z boku i ujrzeć mankamenty, które będę starała się poprawić następnym razem.
Dziękuję <3
Już oceniłam i dopiero komentuję, co za szał. Trochę nie po kolei, ale co tam xd
OdpowiedzUsuńPrzede wszystkim, hmm, zdziwiłam się że już zwerbowałaś Blaze'a do drużyny, bo chciałam to zrobić za dwa rozdziały, to znaczy tylko na ostatni mecz, jakoś tak mi wyszło z obliczeń. To znaczy, teoretycznie on jeszcze nie gra i nie miał wejść za Rabastana tylko za jakiegoś młodszego, nie pamiętam imienia, którego stworzyła Choco. No ale skoro już to opisałaś to jakoś to odwinę w swoim rozdziale ;p Dzięki za pokazanie Blaze'a, taka wesoła odmiana ;p
Szybko się czytało ten rozdział, całkiem miło - może tylko trochę zgrzytało przy przejściach ze sceny do sceny - i spokojnie, muzyka się komponowała, gdzie było smutniej to wolna, gdzie weselej to szybsza xd Ta ostatnia scena była trochę przerysowana, zdziwiłam że weszli tak sobie i pod okiem Dumbledore'a zrobili jej niemal mroczny znak - ale cały zamysł z tym szantażem o ojca był naprawdę dobry. Pokazujesz trochę inną stronę dostania się w szeregi Śmierciożerców - nie musi się starać, nie musi chcieć, jest zmuszona. Ciekawe czemu Ethana nie zmuszają c:
Ładnie nawiązujesz do naszych poprzednich rozdziałów : ) cały czas wzmianki, co tworzy z naszych osobnych rozdziałów jedną spójną całość. I pomysł z łazienką, że też wcześniej nie wpadłam na ten pomysł żeby się tam Blaze włamał xd
No, to tyle c: dobra robota, gratulacje C:
Pozdrawiam, Valeriane c:
Sorki za taki kiepski komentarz, jakoś nie mam dzisiaj weny do pisania czegokolwiek ;-;
UsuńBardzo fajny rozdział. Chyba zostanę na dłużej :). Nie mam czasu, by napisać więcej, ale postaram się jeszcze tu wpaść.
OdpowiedzUsuńZapraszam do mnie.http://zyciewhogwarcieopowiesc.blogspot.com/?m=1