Śmierć oplotła dookoła niego silne ramiona. Z mocnego uścisku, w który
go złapała, nie potrafił się wyswobodzić. Nie szarpał się nawet, poddał się
jej, zapadł się w nią cały. Często myślał. O zwłokach, które rozbiły się u jego
stóp. O rozlewającej się szybko plamie szkarłatu, o mocnym zapachu nie dającym
się pomylić z żadnym innym, gryzącym, drażniącym, wdzierającym się siłą do
nozdrzy i płuc. O Ian'ie, który patrzył na to samo zmasakrowane ciało
nastolatki. O Laurissie wtulającej się w niego. O Evelyn.
Ale przede wszystkim myślał o tym, z jaką łatwością życie opuściło
ciało. Wcześniej wydawało mu się logiczne, że ciało wiąże się z życiem, nie
zastanawiał się nad momentem, w którym jedno rozdziela ktoś siłą od drugiego.
Czy dałby radę sam odebrać podobne istnienie? Nie znał tej dziewczyny. Nie
podobało mu się jednak uczucie, które zrodziło się w nim w pierwszej chwili.
Obrzydzenie. Strach. Wmawiał sobie, że jest ponad to, że jest silniejszy, że
pierwsza śmierć przychodzi najtrudniej – nie tylko własnoręczne zadanie jej,
ale także obserwowanie.
Wspinał się na kolejne stopnie Sowiarni, wiatr smagał jego twarz, wył w
uszach. Zapadał wieczór, a stąd, z mniej więcej połowy drogi na szczyt, zachód
słońca wyglądał oszałamiająco – wielka czerwono-złota kula zasnuta chmurami
zabarwionymi na różowo powoli chowała się za linią horyzontu. Za lasem
ciągnącym się daleko poza tą linię, kula wpadała między sosny i świerki,
złociła je. Ale przede wszystkim barwiła niebo. Na ciepłe odcienie. Blaze miał
wrażenie, że z każdym krokiem, z każdym schodem do góry coraz bardziej odrywa
się od ziemi, odrywa się od tego świata, od rzeczywistości. Pochłonęła go wizja
śmierci.
Byli w tym wszyscy razem, wszyscy
zamieszani w te chaotyczne, niepewne czasy. W te problemy. Razem, jednak każdy
cierpiał osobno i każdy cierpiał samotnie. Każdy przeżywał swój smutek inaczej,
indywidualnie.
Chciał wysiąść, opuścić tą zabawę, tą karuzelę do której nieopatrznie
wsiadł, a może do której ktoś go wepchnął. Ale ona się rozpędziła, rozhuśtała
mocno i nikt nie mógł jej zatrzymać. Jak miał wyskoczyć z wirującego szalenie diabelskiego
młyna nie skręcając sobie przy tym karku?
Westchnął.
Nagle uświadomił sobie, że stoi na schodach i gapi się na znikające słońce,
że myśli dryfują daleko. I zaczął wspinać się dalej.
Wystawna kolacja, dla wielu znana tylko
z opowieści, zaczynała się po zachodzie słońca, kiedy wszyscy skończyli już
swoje lekcje i mogli spokojnie poświęcić czas na towarzyskie, nieformalne
spotkanie Klubu Ślimaka. Lochami przechodziło teraz więcej osób niż zazwyczaj,
nie tylko Ślizgoni chcący dostać się do pokoju wspólnego, ale i wszyscy
członkowie klubu z każdego innego domu. Blaze szedł wolno, obok posępnego i
cichego Rudolfa, którego spotkał po drodze. Razem weszli do przestronnego
gabinetu profesora Slughorn’a, w którym już znajdowały się ustawione w literę
„U” stoły zastawione jedzeniem. Z gramofonu cicho sączyła się skoczna, karykaturalnie
wesoła muzyka, rozmowy zebranych już osób zlewały się w jeden zgiełk. Pośrodku
stał sam założyciel i uśmiechał się szeroko, z każdym witając się osobiście.
Podeszli do jednego ze stołów.
– Słyszałem, że dostałeś wpierdol od
jakiejś dziewczynki – rzucił mimochodem Blaze, patrząc ukosem na Rudolfa i
uśmiechając się wrednie. Nie chciał siedzieć cicho, poza tym nie miał do tej
pory okazji aby poruszyć ten temat. Teraz, kiedy jego spojrzenie padło na
kryjącą się w kącie dziewczynę w towarzystwie koleżanek, ciekawość aż go
zapiekła.
Lestrange skrzywił się lekko słysząc te słowa.
– Mówisz o tej sierocie? – odpowiedział niewinnym głosem, unosząc lekko
brwi i przeszywając spojrzeniem dziewczynę, na którą patrzył blondyn. – Plotki musiały
być mocno przesadzone, umie tylko szczekać i rzucać dookoła mięsem. Skończymy
Hogwart i przekonamy się, które z nas umie szybciej rzucić zaklęcie
niewybaczalne – ostatnie słowa wypowiedział wyjątkowo cicho i wzruszył
ramionami obojętnie. – Które z nas w ogóle będzie to potrafiło.
– Uważaj – mruknął Blaze. – Tutaj ściany mają uszy. Slughorn na ciebie
patrzy, uśmiechnij się szeroko. Jak to z nią było?
Rufolf wyszczerzył się do profesora głupio i całkowicie sztucznie.
– Naprawdę. Mam lepsze tematy do rozmowy niż jakaś rozwydrzona dziwka,
która ma problem z utrzymaniem nerwów na wodzy. Sam bym ją uderzył, ale tłum,
rozumiesz… To nie wpływa dobrze na reputację, kiedy tyle ludzi widzi twoją
twarz.
Zrozumiał, że to koniec rozmowy. Nie pytał więcej. Rudolf najwidoczniej nie
miał ochoty o tym mówić.
Ale spojrzenie zawiesił i pozostawił w
tamtym kącie. Akurat wtedy, kiedy powstało tam małe zamieszanie. Ktoś coś
mruczał, ktoś nerwowo mrugał, dziewczyny wymieniały między sobą spojrzenia, a
Slughorn stał zadowolony, w szampańskim, jak zwykle na tych spotkaniach,
humorze. Arterton była blada jak ściana, przygryzała wargę i nie patrzyła na
nikogo, zawiesiła spojrzenie gdzieś daleko, w tylko jej znanym miejscu.
– Haa, ha… Ależ profesorze – jedna z
dziewczyn, wyraźnie wcale nie rozbawiona, udawała że się luźno śmieje z czegoś,
co powiedział profesor, a czego Blaze nie dosłyszał – proszę mi lepiej
powiedzieć, czy to prawda że muchy siatkoskrzydłe używane do eliksiru
wielosokowego sugerują przeplatanie się dwóch oddzielnych istnień? – wypaliła,
na chwilę zwracając na siebie uwagę profesora.
– Ach, tak, tak. Dwie tożsamości… Ale to nie czas na naukę, zanudzę was
jeszcze na zajęciach! Panno Arterton, proszę mi lepiej powiedzieć co słychać u
pani rodziców – odpowiedział stary czarodziej, uśmiechając się niemal
rozbrajająco.
Blaze, który kątem oka obserwował tą scenę, zauważył że dziewczyna
blednie jeszcze bardziej, a oczy matowieją i ciemnieją. Zaczęła mówić cicho,
musiał wytężyć słuch. Ta historia obchodziła go co prawda jak zeszłoroczny
śnieg, ale przynajmniej na chwilę mógł zająć czymś myśli. Rudolf zniknął w
tłumie, został sam. Więc słuchał.
– Jeśli mam tu przychodzić, panie
profesorze – zaczęła, ledwo opanowując głos drążący z hamowanej wściekłości – to
na pewno nie przez wzgląd na… moich rodziców – przerwała, zacisnęła usta.
Rozmowy prowadzone dookoła zagłuszały jej słowa. Blaze odwrócił wzrok,
potknął się nim o znajomą sylwetkę, zachwiał się mocno w duchu. Nie usłyszał
już, jak dziewczyna dziwi się, że skoro Horacy był przyjacielem rodziców, to
jeszcze nie dotarła do niego wieść, iż oboje umarli. Przestała go interesować
ta wymiana zdań, bo całkiem niedaleko zauważył osobę, która zajmowała jego
myśli ostatnio znacznie częściej. Częściej niż powinna, częściej niż mogła –
częściej niż jej na to pozwalał. Wpychała się nieproszona do każdych rozmyślań.
Wziął głęboki wdech.
Ale to nic nie dało. Na jej widok ciało znów rozbijało się o posadzkę,
po raz setny przed jego oczami chociaż w rzeczywistości roztrzaskało się
przecież tylko raz. Śmierć oplatała go całego, brała w morderczy uścisk.
Diabelski młyn przyspieszał zawrotnie.
Laurissa nie patrzyła na niego. Razem z Aurorą podjadały ze stołów, toczyły
niewinnymi spojrzeniami po ludziach i brały bez krępacji co lepsze ciastka,
mimo że jeszcze nikt do stołu nie siadał. Rozmawiały ze sobą, obydwie świetnie
udawały, że są szczęśliwe i że nic z tego stanu wytrącić ich nie może. Odwrócił
spojrzenie, wbił je w posadzkę przed swoimi stopami, starając się powstrzymać
odruch wymiotny, który wstrząsnął jego ciałem od zbyt szybkiej jazdy na
wielkiej karuzeli.
Slughorn, z dziwnie niewyraźną miną, wyminął go i o nic nie zapytał.
Ktoś się skrzywił. Ktoś zachichotał
nerwowo, kto inny zaczął po cichu, wulgarnie
wygłaszać swoje opinie na ten temat. Jedna dziewczyna pobladła i ktoś
musiał ją przytrzymać. Niektórych w ogóle to nie obeszło.
– Tak jak już mówiłem! – zaczął
jeszcze raz, nawet bardziej entuzjastycznie niż poprzednio, profesor Silwanus Kettleburn. Przemawiał jak zwykle z szerokim uśmiechem,
podpierając się na zbutwiałym kiju i poprawiając protezę nogi, która zaczęła go
uwierać.
Zebrani na polanie przed Zakazanym Lasem
uczniowie szóstych i siódmych klas zamilkli. Ta jedna dziewczyna, która
wcześniej słabła, teraz prawie leżała na ziemi, trzymana przez dwie inne ledwo
stojące się na trzęsących się w kolanach nogach, ale profesor albo tego nie
zauważył, albo w ogóle się nimi nie przejął. Słońce dawno zaszło, stali więc w
półmroku, mimo że całe błonia oblewał srebrzysty blask księżyca w pełni. Drzewa
rzucały na nich cień, tutaj, u stóp mrocznej, tajemniczej puszczy było ciemniej
niż na otwartej przestrzeni. Spomiędzy drzew zionęło zimnem, jakby las sam
chciał ich od siebie odstraszyć, niepewny, czy widmo zamieszkujących w nim
morderczych zwierząt wystarczy.
– Zebrałem was i dostałem
odgórne – mrugnął do zgromadzonych jakby to była najlepsza informacja ze
wszystkich możliwych informacji na świecie – pozwolenie na zaprowadzenie was do
lasu i pokazanie rzadkich okazów stworzeń i istot mniej mających wspólnego ze
stworzeniami… He he he!
Nikt nie zawtórował w śmiechu. Blaze starał nie rozglądać się dookoła i
wyglądać na znudzonego, a przynajmniej obojętnego. Wzrok wbił pomiędzy pnie w
ścianie czarnego lasu, jakby chciał się tam czegoś dopatrzeć. Ale nie widział
nic poza drzewami i migotliwymi plamami światła księżyca przedzierającymi się
przez korony wysoko u góry. Obok niego stała Liv, nieswoja i nieobecna już od
dłuższego czasu, może nawet od kilku tygodni. Zawiesił na niej spojrzenie, tylko
na chwilkę, ale zwróciła na to uwagę i posłała mu pytające spojrzenie.
– Boisz się? – wyszeptała, drapieżnie mrużąc oczy i lekko się uśmiechając.
Umiała udawać. Ale kiedy sądziła, że nikt nie patrzy, Blaze widział coś,
czego nie potrafił nazwać. Czego wcześniej nie było na jej twarzy.
– Pierwszy raz w życiu zobaczę testrale – mruknął wymijająco. Oboje
wiedzieli, do czego miała prowadzić ta dyskusja. Niewinne, ale stanowcze nawiązanie
do śmierci, którą oboje obserwowali nie tak dawno temu. Ale Evelyn nie dała się
podejść. Nie mrugnęła, nie przebiegł jej po plecach dreszcz, nie popatrzyła na
niego krzywo.
– Najwyższa pora – odpowiedziała spokojnie, w jej głosie zadźwięczała
zimna i twarda jak stal nuta. Blondyn wiedział, że coś jest nie w porządku, ale
nie miał pojęcia co dokładnie.
– Co prawda – kontynuował profesor, nie zwracając uwagi na ciche rozmowy
– dostaliśmy pozwolenie na ledwo zagłębienie się w las, kilkaset metrów
najwyżej, granica jest jasno wytyczona… Ale na pewno znajdziemy coś ciekawego!
Godnego uwagi!
Pomruki nasiliły się, ktoś z tyłu zaprotestował cicho. Kettleburn zignorował i to. Zatarł ręce – jedną prawdziwą i
jedną protezę – i wyszczerzył się szeroko do zgromadzonych uczniów Hogwartu.
– No! Komu w drogę! Ruszamy! –
wrzasnął wesoło. – Szybciej, szybciej! Zwartą kupą! Nie odstawać, trzymać się
razem! Nie gubić się przypadkiem, jak ktoś zauważy braki w ludziach to wołać! I
nie krzyczeć bez przyczyny, inaczej nic nie zobaczymy! Chować różdżki, żadnego
światła! – wołał dalej, szparkim krokiem ruszając w stronę lasu i wpadając
raźno pomiędzy pierwsze z drzew.
Ponieważ nie oglądał się za siebie i wcale nie czekał na
niezdecydowanych czy zbyt przestraszonych, wszyscy od razu zrozumieli, że albo
idą szybko i cicho za nim, albo zostają i są zdani sami na siebie. Blaze i
Evelyn, a za nimi idący, z powodu braku miejsca obok, Ethan i Rudolf trzymali
się razem, szli raczej na końcu pochodu. Cały czas ktoś gadał albo jęczał, ale
kiedy przekroczyli wyraźną granicę pomiędzy rozciągającą się na dziesiątki mil
ciemną, przerażającą puszczą a bezpiecznymi błoniami, nagle zapadła cisza.
Przerywana była co chwila trzaskaniem suchej ściółki pod podeszwami butów lub
dźwiękiem świadczącym o tym, że ktoś się potyka. Szli szybko. W ciemnościach,
których nikt nie odważył się rozświetlić zaklęciem z różdżki – póki byli w
mroku, nie widzieli różnych potworności, których się spodziewać można było w
Zakazanym Lesie. Tylko profesor oświetlał drogę na samym przodzie. Fuknął na
jakiegoś nieroztropnego chłopaka z Gryffindor’u, który chciał sobie przyświecić
pod stopami, coś w stylu „Chowaj to! Niczego przez ciebie nie zobaczymy”.
– Co za ironia. Niby jak mamy coś zobaczyć w tych ciemnościach… –
warknęła Aurora, która szła na samym niemal przodzie z Gemmą i Gabrielle.
– Żarty sobie stroi – mruknął pod nosem ktoś inny.
– Cisza! Cisza! – syczał na to profesor, ani na chwilę nie zwalniając
kroku.
I szli w ciszy. Blaze rozglądał się co
chwila dookoła, ale nie potrafił spojrzeniem przeciąć ciemności zalegającej w
lesie. Czuł obok siebie Liv, ale nie widział jej twarzy, tylko sylwetkę. Czuł
też mocniej niż zwykle obecność Ian’a – szedł z przodu, nie było go słychać ani
tym bardziej widać, ale blondyn wiedział, że tam jest. Bardziej niż
gdziekolwiek, wyczuwał jego bliskość właśnie w tym lesie, mrocznym i
niebezpiecznym.
Nieprzyjemne przeczucie pełzało mu pod
skórą, swędząc i drażniąc. Im głębiej w las szli, tym ciemniej robiło się
dookoła nich. Wcześniej myślał, że nie było nic widać. Teraz nie dostrzegał
nawet własnej dłoni wyciągniętej przed siebie. Miał wrażenie, że…
– Profesorze! – usłyszał
zduszony krzyk, rozpoznał znów głos prefekta Ravenclaw’u, Middleton. – Mieliśmy
pozwolenie tylko na wejście kawałek do lasu, nie zapuszczanie się w samo jego
serce! – głos jej drżał lekko. Pewnie liczyła kroki i w ten sposób wiedziała,
że obiecane wcześniej kilkaset metrów zostało poważnie przekroczone.
– Jeszcze tylko trochę, jeszcze troszeczkę – odszepnął starszy człowiek
i nie zatrzymując się nawet na chwilę, przedzierał się dalej przez coraz
trudniejsze do przebycia chaszcze. Wydawałoby się, że z protezą ręki i nogi
nikt nie mógłby tak sprawnie i szybko poruszać się w ciemnościach, a jednak
jemu doskonale się to udawało.
Czas mijał. Nie zwolnili, zaprzestali bezsensownych protestów i skupili
się na ścieżce pod stopami.
– Profesorze – cichy, lodowaty szept niespodziewanie rozlał się w
powietrzu, przesiąkając grozą lasu.
Tylko to jedno słowo zatrzymało wreszcie Silwanus’a.
Wiedział.
– Nie ma jej. Chyba nie było
jej już od jakiegoś czasu…
Ktoś zniknął.
Wrzawa, gorączkowe szepty i nerwowe ruchy w
tłumie wybuchły dosłownie po kilkunastu sekundach głuchej, przerażającej ciszy
i onieśmielającego bezruchu. Kilka dziewczyn piszczało i zawodziło dziko, ktoś
jęczał, ktoś na kogoś krzyczał, potrącali się i popychali jakby chcieli uciec z
miejsca, z którego nie było ucieczki. W którą stronę na bezpieczne błonia, a w
którą głębiej w las? Uciekać czy zostać w grupie? Pierwotne instynkty, które
strach wydobywał z człowieka powodowały, że mało kto myślał o czymś więcej niż
swojej skórze.
Blaze starał się opanować drżenie rąk
poprzez mocne zaciśnięcie pięści. Wiedział, że gdzieś niedaleko stoi Evelyn,
dopadł więc pierwszą dziewczynę obok i bez wahania złapał ją za rękę. Odwróciła
się gwałtownie, żachnęła się i ledwo zauważył, jak w znajomych oczach Liv
zabłyszczał dziki strach.
– Nie strasz mnie, idioto –
warknęła złowrogo, ale mocniej zacisnęła swoją dłoń w dłoni blondyna. Teraz nie
mógł się trząść, bo zauważyłaby to, poza tym będzie blisko w razie konieczności.
Poczuł, że ostatnie czego pragnął to zostać w tym lesie samemu.
Profesor uspokajał, krzątał się między uczniami, z których większość już
użyła zaklęcia lumos, starał się załagodzić sytuację, ale sam trząsł się jak
osika i nie był już tak przekonujący jak na błoniach. Różdżki rozświetliły mrok
puszczy, wydłużyły groźnie cienie, zarysowały kontury lasu dookoła. Wystawiały
jak na dłoni grupę ludzi wszystkim stworzeniom zamieszkującym ten teren.
Nagle Blaze poczuł subtelne, paradoksalnie
bardzo jednoznaczne muśnięcie na przedramieniu, obrócił się w jednej sekundzie,
dostrzegł rys twarzy starego przyjaciela już opuszczającego krąg światła.
Instynkt samozachowawczy Hathoway’a wariował, podjął beznadziejną próbę
zabronienia mu tego, co chciał zrobić, ostrzegawcze obrazy pojawiły się przed
oczami i zaraz zniknęły. Nie minęło nawet kilka sekund, kiedy puścił dłoń
dziewczyny, w oczy błysnęło mu światło cudzej różdżki. Już się odwrócił. Jak we
śnie, jakby to nie on kierował swoim ciałem, jakby nagle powietrze nie było już
mieszaniną gazów ale lepką, błotnistą mazią, przez którą trzeba się
przedzierać. Żołądek ścisnął się mocno, w uszach krew szumiała tak głośno, że
nie słyszał niczego poza własnym przyspieszonym biciem serca.
– Co… Do cholery, Blaze! –
Usłyszał stłumione do szeptu swoje imię wypowiedziane przez Evelyn. Złapała go
za rękaw, ale wyrwał się jednym mocnym szarpnięciem, zły, że ktoś śmie mu przeszkadzać.
– Zostaw mnie. Muszę iść, to jedyna szansa – odpowiedział spokojnie.
Zdziwił go ten ton głosu, tak bardzo nieadekwatny do burzy, która rozszalała
się na całego we wszystkich jego trzewiach.
Ian go wzywał. Nie widziała tego, nie
zrozumiała go. Nie tłumaczył, przeczuwał że chciałaby pójść za nim, do niego, a
do tego nie mógł dopuścić. To sprawa t y
l k o jego i Ian’a.
Tak mu się zdawało jeszcze wtedy, kiedy
wpadł pomiędzy drzewa i zniknął w mroku tam, gdzie wcześniej Ramsay. Tak mu się
zdawało, bo nie widział błysku zrozumienia w błękitnych oczach. I ostatecznie,
tak mu się zdawało, bo nie widział jak blondynka odłącza się od tłumu,
wykorzystując wrzawę i zamieszanie, jak idzie jego śladem. Bezwzględna i silna
mimo przerażenia, zimna i opanowana mimo wahania.
Czarny las, którego nie odważył się rozjaśniać
światłem różdżki, napawał go pierwotnym strachem, przerażeniem znajdującym
ujście w szaleńczym biegu, przedzieraniu się przez niższe warstwy drzew. Coraz
rzadsze i rzadsze, a to oznaczało jedno – w stronę serca puszczy. Blaze nie
wiedział dokładnie, gdzie biegnie. Wydawało mu się, że dalej w lesie majaczy mu
postać Ian’a i tego się trzymał. Serce waliło jak oszalałe, blondyn ledwo łapał
oddech w ściśnięte strachem płuca. Tylko biegnij.
Biegnij tam, tam czeka na ciebie coś,
ktoś, Ian. Śmierciożercy.
Za tobą goni śmierć. Przed tobą jest
życie. Zostaw przeszłość. Diabelski młyn, z którego nie można wysiąść jeśli
chce się żyć.
Wydawało mu się, że pośród pni lśnią
drapieżnie dzikie, żółte oczy, błyszczy ślina pomiędzy kłami. Tempo wyznaczał
jego własny puls. Słyszał warczenie, chrzęst ściółki nie pochodzący spod jego
stóp. Czuł piekące zadrapania na przedramionach i udach od wystających suchych
patyków, które co chwila szarpały mu ubranie i skórę.
I wreszcie wyraźna sylwetka Ian’a przed
oczami, wyrastająca z mroku i tak idealnie do niego pasująca, jakby był częścią
puszczy. Zatrzymał się przy nim, nieco z tyłu, dysząc ciężko, czując walenie
serca w skroniach i u dołu brzucha. Nic nie mówił, nie czekał na wyjaśnienia,
czekał na znak. Rozumieli się bez słów, jak za dawnych czasów; wystarczyło jedno
spojrzenie.
– Bracie. – Głos roztoczył
dookoła blondyna swoje ramiona, chłodne i mocne. Drgnął. Oglądnął się, ale nie
widział jej twarzy, a Ian stał nieporuszony, niczym marmurowy posąg, stabilny i
niezniszczalny. – Ramsay. Dobrze, że ktoś w tym zamku ma jeszcze głowę na karku
– dodał kobiecy głos z wyczuwalną nutą ironii.
Blaze się nie denerwował mimo wyraźnej obrazy w jego kierunku. Czekał,
aż Willa wyjdzie z ukrycia. Wiedział, że nie jest sama, a przynajmniej
przypuszczał, że nie znalazł się tu tylko po to, żeby spotkać się z siostrą.
– Mieliśmy szczęście – rzucił obojętnie Ramsay, pierwszy raz poruszając
się po to, żeby odwrócić się do Blaze’a. – Wzięliście tą dziewczynę czy sama
się zgubiła? – zapytał Willę, ale patrzył prosto na blondyna. Wtedy uderzyły go
wreszcie ponure, choć oczywiste fakty. Ian wiedział więcej, był bardziej niż on
wtajemniczony. Wiedział o tym dziwnym spotkaniu, przypuszczał, że ten wypadek
przy pracy Kettleburn’a wcale nie był wypadkiem… Blaze
poczuł się upokorzony i zły.
– Sama – odpowiedziała kobieta,
wstępując wreszcie w krąg światła rzucany przez różdżkę Ian’a i lekko wzruszyła
ramionami. – Blaze, czy ty nic nie jesz w tej pieprzonej szkole? – Nieistotne
pytanie dopełnił grymas na jej twarzy.
Zignorował jej uwagę, przeniósł lśniące wściekłością spojrzenie na
chłopaka. Były przyjaciel, z którym ciągle rywalizował, a teraz drażniąco
przegrywał. Blaze dygotał ze złości, czuł się jak małe dziecko, któremu nic nie
trzeba tłumaczyć. Miał ochotę wrzeszczeć, ale starał się nie uwidaczniać tej
strony charakteru w tym momencie, w tym dziwnym zbiegu okoliczności, który
przestawał być tylko przypadkiem w jego oczach. Wściekłość jeszcze do niego
wróci, teraz stłumiona później odbije się echem i eksploduje. Mimo tej
świadomości powstrzymał ją.
– Chodźmy, czekają na nas – rzuciła nonszalancko Willa, odwracając się
znów w stronę ciemnej ściany lasu. Zniknęła w mroku pierwsza. Za nią zniknął
Ian i Blaze idący ramię w ramię.
W ciemności została tylko sparaliżowana tym obrazem i kilkoma słowami
dziewczyna. Nieco z tyłu, niezauważona, stała i nie potrafiła opanować drgawek,
które wstrząsały jej silnym, wysportowanym ciałem. Przezwyciężyła słabość,
postawiła jeden krok, później następny i zaczęła skradać się za nimi na przekór
samej sobie. Bieg przez las. Oni we dwoje. Tak, zdecydowanie niezgodnie z
podszeptami rozumu krzyczącego „uciekaj stąd!” ruszyła dalej przed siebie.
Po krótkim i tym razem spokojnym spacerze Willa kazała im się zatrzymać
w głębokim cieniu, a Blaze wyłapał kształty rysujące się na małym skrawku
łysiny lasu. Nic nie zasłaniało ich twarzy, musieli zostać z tyłu, niezauważeni
przez ofiarę. Zrozumiał to, kiedy siostra naciągnęła na twarz czarny kaptur i
założyła lśniącą, przerażającą tylko ze względu na przynależność, maskę.
Przypatrzył się. Około siedmiu ludzi w kapturach, stojących w półokręgu.
Dreszcz przebiegł mu po plecach, kiedy zauważył jeszcze jeden mały szczegół.
Ktoś zwinięty w kłębek u ich stóp, trzęsące się jak galareta ciało. Zerknięcie
kątem oka na Ian’a wystarczyło, żeby zauważył, że i on nie spodziewał się
takiego obrotu wydarzeń.
– Zaczynajmy – rozległ się opanowany, zimny głos spod jednej z masek. –
Gdzie oni są?
– J-jja… Ja nii-ic nie wieeem!… – stękając i sapiąc, jąkając się i
potykając o słowa dotarła do ich uszu stłumiona odpowiedź osoby leżącej na
mokrej ściółce. – Błagam! Nie-ee wiem! Litościii!...
Blaze zrozumiał, że to zła odpowiedź. A utwierdził się w tym przekonaniu
pod wpływem krwistego światła rzucającego poświatę na to, co się dzieje i
przeszywającego ciszę lasu wrzasku. Wrzasku, jakiego normalna osoba w zwykłej
sytuacji nie dałaby rady wydać. Człowiek ten wygiął mocno kręgosłup i darł się
w konwulsyjnych drgawkach. Oboje, Blaze i Ian, dali radę z tej odległości dostrzec
przekrwione białka oczu uciekających w tył czaszki.
– GDZIE ONI SĄ?! – ryknął inny głos, mocno zabarwiony emocjami i tym
różniący się od wcześniejszego, lodowatego i spokojnego.
Cruciatus lśnił w mroku, ofiara
wrzeszczała i charczała, echo niosło te odgłosy daleko, daleko w głąb lasu.
Laurissa usłyszała krzyk, choć z
odległości, w której się znalazła, nic nie widziała. Zwolniła, zatrzymała się
całkowicie. Zaciśnięte mocno szczęki zaczęły boleć, ale nie zwróciła na ten ból
uwagi. Paznokcie wbijające się w środki dłoni raniły skórę. Ramieniem oparła
się o najbliższy gruby pień drzewa, zsunęła się po nim i zwinęła w kulkę, głowę
chowając pomiędzy kolanami. Była sama.
Tylko ona i ten wrzask. I odrętwienie,
nagłe, obejmujące całe jej jestestwo, znieczulenie, dziwnie nie pasujące do
tego, co powinna czuć w takiej chwili. Nie było bólu i strachu.
To Ian pierwszy ją zauważył. Po
wszystkim odwrócił się z zamiarem odejścia, a strumień światła padł na czubki
jej butów. Najpierw gwałtownie się wyprostował. Ale zareagował natychmiast. Zgasił źródło światła. Nie zdradzającym nerwów krokiem podszedł do
niej, odprowadzony spojrzeniem blondyna. Poznali się bez patrzenia na siebie, w
ciemności, bo ich obecność dla siebie nawzajem była wyuczona na pamięć.
Laurissa wstała, nie korzystając z ręki, którą do niej wyciągnął. Objął ją,
zaczął prowadzić i przed tym się nie broniła. Musieli odejść, zniknąć z terenu,
w którym Śmierciożercy mogliby ją zauważyć lub wytropić. Wrócić na teren
szkoły, za bariery ochronne, w bezpieczne miejsce.
Razem, przylegając do siebie i jedno
podpierając się na drugim, odeszli.
Nigdy
nie dam rady ci go odebrać, dlaczego tak się tego boisz, idiotko?
Pustka i żal. Ogarnął go głęboki,
jadowity smutek sączący truciznę prosto do serca. Wzbraniał się przed takimi
uczuciami, ale one same go odnalazły i bez pozwolenia wtargnęły do jego życia.
Stał w ciemnościach jeszcze długo po
tym, jak ta dwójka zniknęła w mroku, słyszał trzask deportujących się po kolei
Śmierciożerców. W końcu poczuł, że został sam. Samotność tym razem była
bardziej dogłębna, raniąca o wiele mocniej niż w zamku, gdzie zewsząd otaczali
go ludzie – tutaj naprawdę nie było
nikogo poza nim. Wolno, krok po kroku, jakby dopiero uczył się chodzić,
ruszył w kierunku błoni. Wydostanie się z zakazanego lasu zajęło mu o wiele
więcej czasu niż wejście do niego. Pomogła mu w tym znacznie jasna, sztuczna poświata
przedostająca się głęboko w las. A kiedy wyszedł na błonia, zauważył tumany nauczycieli
i uczniów kręcących się nerwowo, pokrzykujących, miotających się po polanie.
Zrozumiał, że to przyspieszona akcja ratunkowa.
Obojętność, która go ogarnęła, pustka i
zimno przenikające do szpiku kości nie pozwoliła mu na przejęcie się tym.
– Panie Hathoway! – wrzasnęła McGonagall,
biegnąc w jego kierunku z pielęgniarką ze Skrzydła Szpitalnego. – Czy nic panu
nie jest? Widział pan kogoś? Czy coś się stało? Czy coś się p a n u stało? Proszę natychmiast powiedzieć!
Potok słów zalał mu umysł, ale nie potrafił znaleźć chociaż jednego słowa,
którym mógłby jej odpowiedzieć. Pokręcił więc głową w odpowiedzi. I wyminął je
obie.
Ian i Laurissa stali nieco dalej, wypytywani przez innego profesora.
Oboje mieli oczy utkwione w ziemi i tylko potakiwali lub zaprzeczali. Tym razem
trzymali dystans między sobą. A kiedy nauczyciel poradził im udanie się do
dormitorium i odszedł, nie spojrzeli na siebie. Blaze stanął obok nich, chociaż
rana, która pojawiła się w jego umyśle wtedy, w lesie, nagle poszerzyła się o
kilka milimetrów. Miał wrażenie, że ktoś bez jego pozwolenia grzebie w niej
brudnymi palcami.
– Co wyście tam robili? – zapytała cicho, przecinając swoim głosem
ciszę. Pytała retorycznie, sama nie chciała usłyszeć odpowiedzi.
Po tych słowach Blaze poczuł, że do rany ktoś brutalnie wepchnął całą
rękę aż do łokcia.
______________
Pierwszy raz w
życiu pisałam rozdział dwa miesiące D: ostatnie akapity (a może i całość?)
wyciśnięte na siłę, żeby nam tutaj forum nie umierało tak bezdusznie. Jak sądzę, ocena nie będzie za wysoka ale przynajmniej będzie w ogóle! c:
Ach,
przepraszam że nie wszystkie postacie się pojawiły, no i że niektóre
potraktowałam po macoszemu :<