środa, 17 czerwca 2015

Rozdział 7: Słowa kreślone szkarłatem

     

       Mała dziewczynka, niczym nie różniąca się od innych, a może różniąca się bardziej, niż ktokolwiek mógłby pomyśleć? Nieco pulchna jeszcze dziecięca twarzyczka, a przecież tak wiele w niej pokłada się nadziei, taką wielką wagę przywiązuje, tylko kim ona jest? Czy kiedykolwiek będzie kimś więcej? Czy sprosta wszystkim zadaniom, które przypisano jej jeszcze zanim znalazła się na tym  świecie? To swoją drogą niesprawiedliwe, aby świat był gotowy na nią, a ona nigdy nie dostała czasu na przygotowanie się do życia. Zrzucono ją w sam środek historii, pisanej przez kogoś, kogo jeszcze nie dane jej było poznać, a jednak z drugiej strony co krok odnajduje nowych narratorów tej historii.
       - Riss! - Skuliła się jeszcze bardziej za wielkim pniem magnolii, którą tak uwielbiała. Od zachodu rozciągała się obszerna kosodrzewina, która dodatkowo ją zasłaniała. Taka mała kryjówka, o której nie wiedział nikt, kto nie mógł wiedzieć. Wiedzieli tylko ci, którzy mieli do tego prawo, ci którym to małe, bezbronne stworzenie ufało na tyle, aby nie bać się obnażać ze wszystkich swoich słabości i wad.
       - Blaze, tutaj jest! - Ian pochylił się nad nią, przechylając nieco głowę na bok, a po chwili obok niego stał już drugi chłopiec o jasnych włosach. Oboje byli nieco zdyszani, ale i wyraźnie rozluźnieni po znalezieniu dziewczynki.
       - Co się chowasz, głupia? - Burknął ten drugi, przy okazji ściągając kosmyki włosów z twarzy.
       - Znów to zrobił, Silver znów mnie zamknął w tej starej szafie. - Jęknęła blondynka, chowając nieco czerwoną od płaczu twarzyczkę w drobnych dłoniach. Cała trzęsła się jeszcze, od dziecięcego strachu, tego najbardziej niewinnego i najtrudniejszego do wytłumaczenia.
       - Sorrel już go za to ukarał, głupi ten twój brat. - Burknął Blaze, jakby sam chciał ukarać starszego o pięć lat chłopaka. W Ian'ie również już dawno narodziła się niechęć do starszego brata Laurissy, który nigdy nie wykazywał się nawet odrobiną odpowiedzialności braterskiej. Może dlatego oni, wraz z Blaze'em, chociaż sami byli jeszcze dziećmi tak chętnie opiekowali się blondynką. Od ilu to już lat? Trudno powiedzieć, ale dla małej panienki Earnshaw byli całym światem, powiernikami marzeń i obaw, towarzyszami zabaw, drobnych sukcesów, podporą życia, powodem dla którego rosła w siłę.
        - Nie możesz tak płakać, nie chcę widzieć już ciebie w takim stanie, rozumiesz? Masz być silną czarownicą i kiedyś pokażemy Silverowi. - Blaze często mógł sprawiać wrażenie oschłego, ale w tej postawie było więcej opiekuńczości, niż Laurissa mogła doznać od kogokolwiek innego. Dlatego też jej buźka w jednej chwili się rozpromieniła i machnęła główką z uśmiechem, który zarezerwowany był tylko dla tej dwójki.
       - Rozumiem. - Przytaknęła z ochotą.
       - To za mało, musisz obiecać na śmierć i życie. - Powiedział pewnym głosem Ian i już trzymał w ręce jakiś patyk, przez co pozostała dwójka, nie taka chętna do zdobywania wszelkiej wiedzy, jak ich przyjaciel patrzyła na niego z głupkowatymi wyrazami twarzy. - Nie wiecie, co to wieczysta przysięga? Słyszałem, jak moi rodzice o tym mówią, to taka magiczna obietnica, jeśli się ją złamie, druga osoba traci życie. - Powiedział jak najbardziej dumny, jak zawsze, kiedy mógł nauczyć czegoś nowego tamtą dwójkę.
       - Dobra, zróbmy to! - Blaz zaraz się ożywił, a Laurissa ściągnęła nieco brwi.
       - A jak mi się nie uda? - Zawahała się nieco, mimo, że już wiedziała, iż decyzja zapadła.
       - Od tego masz nas, nie pozwolimy ci jej złamać. - Powiedział z pewnością siebie blondyn, wyraźnie ożywiony tak dojrzałą zabawą. Słuchali więc uważnie, kiedy Ian tłumaczył im wszystko po kolei, sam miał być Gwarantem i dopełnić całego rytuału. Laurissa stanęła twarzą w twarz z Blaze'em, wyciągnęli dłonie, czując podniosłość tej chwili. Żadne nie śmiało nawet się zaśmiać, powaga była najistotniejsza, więc niczym dwójka dorosłych czarodziejów patrzyli sobie w oczy splatając ręce, na oczach Ian'a, który przeciął powietrze "różdżką" w charakterystyczny sposób.
       - Dobrze więc, czy ty Laurisso Earnshaw obiecujesz nigdy już nie płakać? - Powiedział doniośle młody Ramsay.
       - Obiecuję. - Brzmiała w tej chwili pewniej, niż kiedykolwiek, w stu procentach będąc świadomą własnych słów. Nastała cisza w której Ian opuścił różdżkę, a cała trójka znajdowała się w jakiejś dziwnej chwili uniesienia. Patrzyli po sobie, oddychali ciężko, jakby na coś czekali, ale nic nie nadeszło.
       - To już.
       - Kiepska ta twoja magia, Ramsay. - Zakpił Blaze i w końcu puścił dłoń dziewczyny.
       - Odszczekasz to za parę lat, Hathoway! - Szatyn nie pozostał mu dłużny, ale wszystkie te przepychanki słowne pozostawały jedynie na poziomie przyjacielskich zaczepek. To pewnie dlatego Rissa zaraz zaśmiała się perliście, jednak słysząc, że cała trójka jest wołana przez dorosłych zapomnieli o wieczystej przysiędze i swoim zwyczajem puścili się biegiem, wgłąb parku, potem lasu. W zasadzie to ten nagły bieg był dość dziwnym zjawiskiem, niepasującym do całej historii, ale Laurissa czuła, że nie może przestać. Początkowa radość jaką czuła teraz całkowicie zniknęła, pozostawiając lęk, który rósł z każdą chwilą.
       - Ian! Blaze! - Zawołała w chwili, w której dotarło do niej, że jej przyjaciele już nie biegną obok niej. - Iaaaan! Blaaaze! - Zawołała ponownie, a serce coraz mocniej obijało jej się o żebra. Słońce dawno skryło się za chmurami i koronami drzew. Wydawało jej się, że wie dokąd zmierza, bo przecież zawsze biegli w tym samym kierunku. Jednak czas leciał i leciał, w znaczeniu dosłownym, bo gdy zatrzymała się przed polaną na której stali też jej przyjaciele, nie dwójkę dzieci miała przed sobą, ale dorosłych już mężczyzn, spowitych czernią. Nie byli sami, postaci było wiele, nie wiadomo na kim zatrzymać wzrok, nie wiadomo gdzie uciec... to z resztą nie miało już żadnego sensu, dłonie ich przyjaciół uniosły się, jej krzyk ugrzązł w gardle, a ostatnim co widziała, było zielone światło... chyba jeszcze gorsze od tak przerażającej ciemności.


       Cisza, którą jeszcze chwilę temu mąciły jedynie krople deszczu obijające się o zwieńczone ostrymi łukami okna teraz przerwał jeszcze jeden, nieproszony odgłos głośno nabieranego powietrza i charakterystycznego dla sędziwych łóżek skrzypnięcia, które ogłosiło, iż jedna z uczennic przerwała swój błogi odpoczynek, przy czym błogi to jedynie określenie nasączone ironią, która skraplała się na jasnej skórze Krukonki, spływając po niej wraz z chłodnym potem. Szybki oddech, nierówny jak galop konia, któremu kopyto zahaczyło o zdradziecki głaz wydobywał się z bladych, wręcz anemicznych ust i chociaż miał być powstrzymany, to przecież dziewczyna od dawna już wiedziała, że jej pragnienia, nawet te najbardziej prozaiczne nie mogą zostać zaspokojone, jakby cały świat uparł się, aby cierpiała, a przy tym to wszyscy dookoła musieli borykać się ze stratą bliskich. Może była zbyt zepsuta myśląc jedynie o sobie? A może właśnie przeciwnie, chciała stać się ofiarą i chciała dostać przyzwolenie do użalania się nad sobą. Tak byłoby łatwiej, a teraz? Teraz pozostały jej wspomnienia, które raniły ją bardziej, niż mogła się spodziewać. W snach najgorszy był realizm, a raczej przeświadczenie o tym, że to co się dzieje, jest prawdą. Musiała się obudzić, aby zrozumieć, że to fikcja, aby odnaleźć brak logiki w wydarzeniach, aby wypompować z płuc ciepłe powietrze pełne obaw i bólu, jaki bez wątpienia palił ją od środka.
       - Rissa? - Aurora musiała już nie spać od dobrych dwóch minut, jednak milczała przyglądając się tylko koleżance z łóżka obok. To litość nią kierowała, chciała dać nieco czasu drugiej Krukonce, możliwość pozbierania się po świeżym wciąż koszmarze. Obie doskonale wiedziały, że panna Earnshaw nienawidziła pokazywać swoich słabości, a sytuacje takie, jak ta zaliczały się do nich pod każdym względem.
        - To nic, miałam zły sen. - Odpowiedziała dopiero po chwili, wpatrując się w swoją prawą rękę. Ile to już lat, dziesięć? Czy to możliwe, że nie pamiętając o dziecinnej przysiędze mimo wszystko podświadomie wypełniała jej warunek? Tyle osób dookoła pozwalało sobie na łzy, może taka ucieczka by jej pomogła, może po chwili słabości stałaby się silniejsza? W tej zabawie nie było żadnej magii, blondyn nawet by się nie dowiedział, więc co kazało jej walczyć z naturalnym pragnieniem zapłakania na tyle głośno, by zagłuszyć własne myśli... zagłuszyć wszelkie duchy z przeszłości i obawy przyszłości. - Spadłam z miotły, chyba za bardzo stresuję się meczem. - Zdobyła się na delikatny uśmiech, posłany do blondynki, która już zdążyła usiąść na skraju łóżka przyjaciółki. Było w niej tyle empatii, że Laurissa mogła się tylko głowić czym niby zasłużyła sobie na jej przyjaźń.
        - Blaze Ciebie zrzucił? - Gładkie czoło panny prefekt zmarszczyło się nieco w charakterystycznym dla niej wyrazie, który przybierała ilekroć chciała poskładać fakty jakiejś układanki. Właśnie ta mina była dla Laurissy najgorsza... wtedy czuła się tak okropnie, że mając przed sobą tak cudowną istotę nie stać jej na prawdę, a jedynie kłamstwa. Nie zasługiwała na Aurorę, to było jasne jeszcze przed tym, jak cały świat spowiły czarne mgły strachu i rozpaczy. - Wołałaś jego imię przez sen... jego i Ian'a. - Wytłumaczyła skąd te domysły.
        - Tak. Blaze mnie zrzucił.

***



        Ten dzień nie różnił się niczym od wczorajszego, nie był bardziej mrocznym, nawet mimo snu, jaki dręczył ją od samego poranka, bo już wtedy, czekając, aż Aurora w końcu ponownie zaśnie zeszła do pokoju wspólnego. To właśnie był tragizm tego wszystkiego, nawet koszmar senny nie był niczym strasznym, to rzeczywistość ją przerażała, przyszłość, która może nadejść i okazać się jeszcze gorszą od tego, co męczyło ją już od dawna, gdy zamykała oczy.
        Wiele razy widziała siebie błagającą Aurorę o to, aby uciekała już teraz, aby ukryła się gdzieś w bezpiecznym miejscu. Wiele razy widziała, jak cięgnie za szatę Ian'a, tłumacząc mu, że mogą wyjechać, że ta wojna nie musi należeć do nich. Wiele razy klęczała też przed Blaze'em i tłumaczyła mu jak bardzo potrzebuje go przy sobie, jak oni oboje z Ian'em go potrzebują. Te wizje były takie żałosne, ona w nich była żałosna, ale wciąż lepsza, niż jest teraz, kiedy siedzi w fotelu i biernie przygląda się całemu złu, jakie panoszy się po życiu jej i każdej żywej duszy, jaka znajdowała się w wielkim zamczysku.
       - Skończyłaś już udawać, że czytasz? - Dziewczyna podskoczyła słysząc znajomy głos i dopiero teraz dotarło do niej, że Ian siedzi na kanapie obok i przygląda jej się od jakiegoś już czas.
       - Długo tu siedzisz?
       - Wystarczająco, aby się znudzić. - Odpowiedział wzruszając ramionami, ale coś w jego postawie mówiło, że może nie do końca znużyło go to czekanie. Blondynka nie mogła jednak mieć pewności, co kryje się w głowie jej przyjaciela, a on zapewne cieszył się z tego, że jego myśli wciąż są niedostępne dla otoczenia i nic nie wskazywało na to, że podzieli się własnymi przemyśleniami.
       Wstali równocześnie, nie idąc ramię w ramię jedynie w tych kilku momentach, kiedy chłopak przepuszczał swoją towarzyszkę w drzwiach, bądź sam torował przejście przez tłumy zagubionych wciąż pierwszoklasistów. Przynajmniej on wydawał się całkowicie spokojny, taki sam jak zawsze, chociaż w rzeczywistości bardziej pobudzony. Tam gdzie dla wielu kończyło się życie, dla innych dopiero się rozpoczynało. Te słowa wydawały się jeszcze dobitniejsze, gdy dwójka dotarła już do drzwi wielkiej sali, przed którą tłoczyło się wielu uczniów. Każdy chciał wejść do środka, a przy tym odkładał przekroczenie progu jeszcze na chwilkę, na sekundę w której nie wypatrzy swojej sowy niosącej list, którego zawartość coraz rzadziej wywoływała uśmiech na twarzach adresatów.
       Dwójka Krókonów nie należała jednak do zlęknionego tłumu i z dumnie uniesionymi głowami weszli do sali, kierując się na swoje miejsca przy stole. Rissa ze wzrokiem utkwionym w martwym punkcie, a Ian trzeźwo przyglądając się otoczeniu - oboje usiedli na drewnianej ławie, pozwalając by ten dzień oficjalnie się rozpoczął. Nic jednak nie wskazywało na to, aby stało się coś niespodziewanego. Niedaleko od nich ktoś zanosił się zdławionym płaczem, ale ani na jednym, ani na drugim nie zrobiło to najmniejszego wrażenia. Wszystko byłoby takie przewidywalne, gdyby nie biała sowa, która przeleciała nad stołem Ravenclawu i upuściła na i tak pusty talerz starannie zapieczętowaną kopertę zakropioną lakiem w kolorze ust Laurissy z odciśniętym herbem, przedstawiającym orła, szponami zaciśniętymi na różdżce, tej samej, która teraz spoczywała w bucie blondynki. Zwieńczeniem były dwie litery, L i E, złączone grzbietami, na cześć Laurence'a Earnshaw  - protoplasty rodu, z którego wywodzi się dziewczyna.
       - Od Silvera. - Skrzywiła się lekko, jakby sama nie wiedziała, co trzyma w rękach.
       - Na pewno nic złego się nie stało. - Powiedział Ian, jakby z obowiązku odezwania się w tej chwili, co zapewne wcale mu się nie podobało.
       - Dobrze wiesz, że nie martwię się o niego. - Podniosła się z miejsca, nie czytając nawet listu. Jedynie schowała pergamin do kieszeni czarnej peleryny i bez słowa odeszła na zajęcia, czując jak lekki papier jej ciąży z każdym krokiem. Była taka uparta, jakby chciała sama przed sobą pokazać, że naprawdę nie dba o swoją rodzinę, że jest niezależna, nic ją nie trzyma, żadna powinność nie ciąży nad jej losem. Tylko, że w chwili w której tak usilnie manifestowała swoją siłę miała też świadomość tego, co może kryć pergamin. Może chciał się pochwalić... czym? Pierwszym zabójstwem, pierwszym atakiem, czy dziewczyna, którą właśnie minęła mogła płakać przez jej brata, a może ojca? Czy kiedyś przez nią samą też będą płakać inni? Cóż za patetyczna myśl, tak jakby dbała o innych!
        - Uważaj, jak chodzisz do cholery! - Wrzasnęła na jakiegoś chłopca, który wpadł jej pod nogi, przez co oboje wypuścili z rąk swoje książki. Dopiero gdy się po nie schyliła dotarło do niej, w jakim stanie jest młody Puchon, czerwony, napuchnięty od szlochu, zbierający w pośpiechu kartki, które wypadały mu ilekroć myślał, że już udało mu się doprowadzić bałagan do porządku.
        - Niezły bałagan, pomogę. - Znikąd i to chyba dosłownie pojawiła się dziewczyna z blond czupryną na głowie. - Zjedz cukierka mały i już tak nie becz. - Zagadnęła młodszego kolegę z tego samego domu, a Laurissa zaraz zaczęła w głowie dopisywać ten charakterystyczny uśmiech i zapach cukierków do odpowiedniego imienia. Katie Timms, kiedyś pomogła jej z sową, jak widać lubi marnować czas na pomaganie innym. - Może ty też się skusisz? - Wyciągnęła dłoń z małymi irysami, co wywołało na twarzy Krukonki wyraz pełen niedowierzania. Czy Timms nie czuła podenerwowania bijącego z młodej Earnshaw? Uśmiechała się tak zachęcająco, jak chyba nikt dookoła. Zabawne, ale do tego spotkania Laurissie wydawało się, że to ona wygląda na silną, a jednak stała przed nią dziewczyna z mugolskim pochodzeniem, która z takim spokojem częstowała dziewczynę z rodu Śmierciożerców cukierkiem.
        - Nie dzięki, właściwie to się spieszę. - Odparła po zbyt długiej, jak na siebie chwili zawieszenia i po prostu wyminęła ją łukiem, po czym ruszyła przez korytarze podążając na lekcje szybciej, niż było to konieczne.

         ***



       Lekcje dzisiejszego dnia nie były w żadnym stopniu ciekawsze, bądź nudniejsze od wczorajszych, a chociaż każdy, kto siedział w sali podczas historii magii chciał doszukać się jakiejś miłej odmiany, to jednak musiał zadowolić się jednym z tych wykładów, o których wiadomo już na początku, że nabyta na nich wiedza do niczego się nie przyda. Każdy miał swój sposób na wykorzystanie tego czasu. Leila sama już nie wiedziała czy bardziej skupia się na głosie profesora, czy jedynie na ruchach jego ust. Nie zamierzała siebie oszukiwać, nie miała głowy do czynnego uczestnictwa w zajęciach, a jeśli już o głowie mowa, to ta bezustannie leciała jej w kierunku ławki i coraz trudniej było ją utrzymać. Kilka osób z Ravenclaw'u nie mogło sobie podarować takiego widoku i ochoczo się z niej chichrało nawet w obliczu wydarzeń ostatnich dni. Rissa nie należała do tej zgrai, właściwie to nawet nie zauważyła, że ktoś przysypia, chociaż z ich ławki jedynie Aurora pamiętała jeszcze do czego służy pergamin i pióro. Przyjaciółka pani prefekt nie chciała już uciekać, a teraz, kiedy nic dookoła nie było w stanie przykuć jej uwagi koperta spoczywająca w kieszeni kusiła coraz mocniej i mocniej. To były sekundy w których smukłe palce zacisnęły się na papierze, wyuczonym ruchem przełamując lak, dociskany kciukiem, aby nikt nie usłyszał charakterystycznego chrupnięcia. Wszyscy dalej zajmowali się sobą, a w tym wszystkim była ona, niby otoczona uczniami, a jednak w jej odczuciu całkowicie opuszczona przez wszelkich towarzyszy.
       Nie myślała o tym, co kryje wiadomość. Nie miała żadnego pomysłu, nie przepowiadała, nie zakładała, po prostu nieświadomie wstrzymując oddech rozłożyła papier i wypuściła bezgłośnie powietrze, jakby chciała powiedzieć "mogłam się tego spodziewać". Nie chodziło o treść, a o to, że jedynie jedna dziesiąta arkusza pokryta była czarnym atramentem. No tak, Silver nie zamierzał o nic pytać, czy opisywać szczegółowo co dzieje się w domu. Podobnie nie obchodziło go co ewentualnie do napisania mogła mieć jego siostra. Nigdy nie był dobrym bratem. Z jednej strony był Sorrel, któremu zazdrościł, z kolei z drugiej strony była Laurissa, która z założenia powinna być najgorsza, a jednak jej przypadła różdżka, która nie wybrała ani jego, ani Sorrel'a, ani nawet ich ojca. To był dla chłopca wielki cios i mimo, że dziś miał już dwadzieścia dwa lata, to wciąż siedziała w nim dziecięca zazdrość, z wiekiem przeradzająca się w nienawiść, jakiej żaden brat nie powinien czuć do młodszej siostry.
       Teraz jednak nieistotne było to, jaki był drugi z kolei dziedzic Earnshaw, to nakreślone przez niego zdania stały się powodem przez który na twarzy Laurissy wykwitł wyraz zdziwienia. Nic nie rozumiała, był taki rzeczowy, jakby trzy razy sprawdzał zdania, czy aby na pewno nie przekazał w wiadomości zbyt wielu szczegółów. Ostatecznie jednak Laurissa miała tą świadomość, że jej brat wierzył, iż zrozumie o co chodzi. No tak... pewna była, że Silver nie ma pojęcia o tym, jak teraz wyglądają jej stosunki z Hathoway'em, nigdy nie czuła potrzeby, aby z czegokolwiek mu się zwierzać. Teraz jednak nie to się liczyło, w tej chwili dziewczyna chciała jedynie zrozumieć słowa, które ma przed oczami. Mimo, że pergamin już dawno ukryła w czarnym materiale, to te nie znikały jej sprzed oczu, były jak plamki, które dostrzegamy po spojrzeniu prosto w słońce, bądź inny wyjątkowo jasny obiekt.

***

       Wszystko to, co się działo powoli otulało ją jakimś niewidocznym całunem do którego ona sama nigdy by się nie przyznała. Mówiła sobie, że nad tym panuje, wierzyła, że potrafi odróżnić fikcję od rzeczywistości, przeszłość i przyszłość od teraźniejszości, prawdziwe uczucia od tego, jaką chciała być postrzegana. Tak, mówiła sobie, że jest silna, a jednak cały dzień ją to trzymało. Kiedy inni ochoczo rozmawiali czy to o zbliżającym się balu, czy o minionym już meczu ona żyła w swoim własnym świecie, właściwie to wegetowała, była więźniem własnych myśli, który mimo knebla na ustach krzyczy o wolności.
       - Kapitanie! - Nie docierało do niej nic, wystarczyła chwila w której rzeczywistość nie wymagała od niej interakcji, a już traciła z nią kontakt.
       - Earnshaw!!! - Niby jej oczy pozostawały bystre jak zawsze, z charakterystycznym dla niej błyskiem.
       - Riss! - Tylko kogo ona teraz miała oszukać? Z transu wybudziła się zbyt późno i to nie głos drużyny, a silny ból spowodowany tłuczkiem, który trafił ją w sam środek płata czołowego, czego nie była w stanie wychwycić, ale czas zarówno dla niej, jak i pozostałych Krukonów pędził w tej chwili szybciej, niż podczas przegrywanych meczów.
       Uderzenie było zbyt silne, by zrobić cokolwiek, blondynka przechyliła się za mocno, czując, jak żołądek podbiega jej do gardła. Przed oczami zrobiło się ciemno. W następnej sekundzie leciała już w dół, gotowa, a może nie gotowa, w każdym razie w jakimś tam stopniu świadoma, że zaraz uderzy o ziemię. To jednak nie nastąpiło, poczuła silne szarpnięcie, Ezra w tej chwili nie przejmował się tym, czy dziewczynę to zaboli, liczyło się jedynie złapanie jej szybciej, niż ta dotrze do ziemi i trzeba mu przyznać, że zrobił to w możliwe ostatniej chwili.
       Wszyscy odetchnęli w tym samym momencie, jedni ulgę okazywali otwarcie, inni jedynie wewnątrz przeżywali scenę, która zajęła jedynie kilkanaście sekund, ale wystarczyła, aby podnieść wszystkim ciśnienie.
       - Spójrz na mnie, ile widzisz palców?
       - Nic mi nie jest Ryan. - Jęknęła dziewczyna, do której dotarło już wszystko to co się stało i naprawdę wolałaby już chyba rąbnąć o ziemię, niż użerać się teraz z tymi wszystkimi zmartwionymi spojrzeniami.
       - Musisz iść do skrzydła szpitalnego. - Mruknął Victor, na co kilka osób zaraz pokiwało ochoczo głowami. Mimo to młoda panna Earnshaw za nic nie chciała rezygnować z treningu, tak przynajmniej mówiła, w rzeczywistości nie chciała jednak pokazać się z gorszej strony, już na pewno nie teraz, kiedy dookoła tyle się działo. Póki co jednak o treningu nie było mowy. Wokół pani kapitan stał już wianuszek uformowany z całej drużyny. No prawie z całej, bo kiedy Ezra łapał blondynkę, Ian przynajmniej zajął się miotłą i widząc, że przyjaciółka jest w całości ze spokojem wylądował na ziemi bez trudu znajdując się w samym środku zamieszania. Wprawdzie cisnęły mu się na usta niecenzuralne frazy w kierunku Ryan'a, którego zasranym obowiązkiem było odbicie tej cholernej piłki i niedopuszczenie do takiego wypadku. To właśnie on zawalił, a teraz miał czelność stać przy kapitanie i ze szczerą obawą odgarniać włosy z jej czoła, gdyż pod nimi skrywało się nieduże, ale jednak rozcięcie.
       - Laurissa - Przemówił Ramsay, skupiając tym samym na sobie uwagę wszystkich, w tym dziewczyny, które stała na własnych nogach, a chociaż nie prosiła o pomoc, to i tak zarówno obrońca, jak i jeden z pałkarzy podtrzymywali ją, tak na wszelki wypadek. - Idź do skrzydła, ja poprowadzę trening. - Rzadko kiedy używał tego tonu, któremu nie należało się sprzeciwiać, a już na pewno wiedział, jak blondynka tego nienawidzi. Mierzyli się chwilę wzrokiem, oboje, a przez te nieskończenie długie trzy sekundy żadne z nich nie zamierzało ustąpić. Tej ciszy nikt nie powinien przerywać, było to oczywiste, jednakże...
       - Zaprowadzę Cię. - Wyrwał się Ryan.
       - Chyba śnisz, właśnie pokazałeś, że z całej drużyny najmniej potrafisz, więc zajmij się lepiej treningiem. - Mimo spokoju, jaki jeszcze chwilę temu Ramsay utrzymywał, nie mógł sobie podarować przynajmniej tej jednej siarczystej uwagi w kierunku "kolegi" z drużyny. Oczywiście pałkarz gotowy był mu już odpyskować, ale mimo wypadku kapitan zawsze pozostaje kapitanem, a Rissa ani myślała o tym zapominać.
       - Spokój, albo oboje będziecie czyścić ochraniacze. - Rzuciła zaraz, nie krzywiąc się chociaż od podniesionego głosu po jej głowie promieniście rozniósł się tępy i wyjątkowo silny ból. Dlatego następne wypowiedziane przez nią słowa były już cichsze. - Sama pójdę, wracajcie do treningu. - Ruszyła jeszcze w trakcie swojej wypowiedzi, mimo wszystko najpierw kierując się do szatni. Jedynym co zrobiła po drodze było jeszcze nieme zabranie z rąk przyjaciela jej miotły, którą chciała przy okazji odnieść.
       Trzymała się dobrze, zapewne dlatego, że nie ból był dla niej najgorszy, a właśnie te myśli, wydawałoby się, że nieszkodliwe, ale z drugiej strony przed chwilą miała dowód na to, że jak najbardziej jest czego się obawiać. Przebrała się więc szybko, aby grząską od deszczów drogą skierować się do zamczyska. Na błoniach praktycznie nikogo nie było. Pogoda była paskudna, a chociaż w tej chwili nie padało, to sam wiatr i tak był już wystarczająco męczący. Nie chciała jednak zostać przez nikogo spotkania, dlatego ponownie się ucieszyła, widząc, że na korytarzach również wieje pustkami, tylko gdzie niegdzie pojawiali się uczniowie. Wśród tych osób była również Gemma, która zajęta rozmową ze swoją przyjaciółką nie zauważyła młodej Earnshaw, więc Krukonka zdążyła czmychnąć w jeden z korytarzy. To nie tak, że unikała panny Arterton, wręcz przeciwnie, zaledwie dwa dni temu rozmawiały ze sobą,  właściwie Gemma żaliła się na temat przegranego przez jej dom meczu Quidditcha. Obie dziewczyny uznały zgodnie, że strategia Gryfonów robiła wrażenie, zawiodła wola walki, której widocznie graczom z domu lwa zabrakło. Cóż się dziwić, to nie najlepsze czasy na czerpanie radości ze sportu.
       W każdym razie teraz blondynka niekoniecznie chciała rozmawiać z Gemmą, zasadniczo to z dwóch powodów. Po pierwsze już wystarczająco źle czuła się, kiedy mijające ją osoby jedynie patrzyły na rozcięcie na czole, więc jak miałaby się zachować w rozmowie? Gryfonka zapewne chciałaby wiedzieć jak do tego doszło, a Rissie nie uśmiechało się prezentowanie własnej osoby w roli ofiary losu. Po drugie Arterton  nie szła sama, a z niejaką Gabrielle Hughes, w której towarzystwie Laurissa czuła swoistą niezręczność, warto też nadmienić, że działało to w obie strony.
       Może gdyby Krukonka była bardziej otwarta na ludzi udałoby się coś zrobić z tą sytuacją, ale w tej chwili nie miała w głowie szukania przyjaciół. W zasadzie... takie plany ją przerażały.
       Ta myśl znów pojawiła się w jej głowie. Znów wróciła do początku, do zmartwień i snucia planów na które się nie odważy. W skrzydle szpitalnym od razu magicznie została opatrzona, ale miał iść usiąść i odpocząć, co zrobiła nie widząc dla siebie żadnego lepszego zajęcia. Łóżka były miękkie, a wokół panował spokój, czego chcieć więcej? Była to kolejna chwila w której mogła zagłębić się w myślach, a te nakazały jej ponownie spojrzeć na pergamin wysłany przez brata.
       Możesz być dumna ze swojego brata, przy okazji przekaż swojemu przyjacielowi, że ułatwiłem mu sprawę z tą całą Haggis. Teraz, kiedy już nic jej nie trzyma powinno być mu łatwiej. Liczę więc, że odwdzięczy się, kiedy będzie już jednym z Nas. 
       To tyle. Jeszcze podpis. Trzy zdania z których blondyna rozumiała zbyt mało i zbyt wiele równocześnie. Na pewno nie panikowała, ale stale zadawała sobie jedno pytanie... w co Blaze się wpakował? Nie mogła podejść i zapytać, najbardziej chyba bolała myśl, że Silver pisał tak, jakby był pewien, że ona wie o wszystkim. Gdyby była teraz w Slytherin'ie, czy znałaby całą historię czającą się między wierszami wiadomości? Zapewne... przecież były czasy, kiedy nie mieli tajemnic. Jak to możliwe, że teraz samo spojrzenie w jego kierunku mogło być czymś nieodpowiednim? Ta myśl mimo wszystko bolała, ale zmuszała do ciągłych przemyśleń. Nie tak łatwo uwolnić się od przeszłości, wiedziała o tym, a nawet pozwalała jej sobą władać. Świadczyły o tym sny, myśli, świadczył też o tym medalion, duży, srebrny, robiony na zamówienie, ten który dostała już dawno, na pożegnanie od smarkatych jeszcze wtedy Ramsay'a i Hathoway'a. Zwykle ozdoba z dwoma ruszającymi się zdjęciami ukryta była pod jej garderobą, chłodząc jasną skórę, czasem jednak, tak jak teraz, myśląc zbyt wiele wyciągała naszyjnik obracając go w dłoniach kilka razy, przypisując temu przedmiotowi większą wagę, niż czemukolwiek innemu.
       - Piękny. To pamiątka rodzinna? - Który to już raz dzisiaj czyjś głos wyrwał ją z rozmyślań? Ucieszyła się jednak, że nie zdążyła otworzyć medalionu, wolałaby, aby nikt nie poznał zbyt wielu z jej sekretów.
       - Całe szczęście nie. - Odpowiedziała dopiero teraz widząc, kto siedzi obok niej. Nie znały się dobrze, ale obie doskonale wiedziały z kim mają do czynienia. Razem w końcu chodziły na zajęcia, a prawdę mówiąc o Abigail ostatnio dość głośno. Laurissa nie potrafiła jednak patrzeć na nią przez pryzmat tragedii jaka ją dotknęła, która niczym wieść o jakimś wydarzeniu obiegła szkołę w ekspresowym tempie. Patrząc na Gryfonkę widziała jedynie słowa zawarte w liście... to jej dotyczyła wiadomość od Silver'a. Pomógł w czymś... a Haggis straciła matkę. Dodatkow Blaze faktycznie kręcił się koło niej. Aurora opowiadała Earnshaw o tym, co działo się na imprezie w pokoju życzeń.
       - Mam coś na twarzy? - Zapytała w końcu Gryfonka, chcąc dać do zrozumienia drugiej dziewczynie, że ta spogląda na nią nieco zbyt intensywnie. To zmusiło Laurissę do odwrócenia wzroku, po czym z kolei przyszło dziwne uczucie... nie chciała już tutaj być, irytowało ją to, że czegoś nie rozumie. Wzięło się to znikąd, a może własnie przez widok atrakcyjnej dziewczyny, która teraz nie wyglądała tak dobrze, jak zazwyczaj. W zasadzie znalazła się tutaj ze względu na problemy z zaśnięciem, chociaż podobnie jak Laurissa nie chciała wcale pomocy i wolałaby, aby nikt nie ofiarował jej na siłę litości. Były więc całkiem podobne, a jednak zupełnie inne. W dodatku kiedyś Earnshaw mówiła sobie, że też dałaby radę ochronić swoich bliskich, a teraz miała swoiste odbicie lustrzane, Obraz, który mówił jej wyraźnie, że nic nie zmieni, że jest już na przegranej pozycji.
       Podniosła się, nie planując nawet ucieczki. Liczyło się jedynie to, aby się od tego odciąć, od szukania podobieństw i różnic, dociekania, która z nich czego dokona, i która ile wycierpi. W zasadzie ile czasu już tutaj leżała? Za oknami było ciemno, lepiej zostawić młodą Gryfonkę samą i skupić się na sobie. Już zrobiła kilka kroków, czując na plecach wzrok Abigail. Może, gdyby druga dziewczyna nie patrzyła na plecy Krukonki, to ta odeszłaby bez słowa, ale właśnie jej wzrok kazał Laurissie się zatrzymać. Nie uciekać jak pies, zdobyć się czasem na coś więcej, na wielkie i prawdziwe słowa, które coraz rzadziej padają.
       - Słyszałam, że kręci się przy tobie Hathoway. - Zaczęła, czym kupiła uwagę Haggis. Gryfonka spojrzała na nią marszcząc się przy tym lekko. Laurissa ją zaskoczyła, ostatnio od obcych coraz częściej liczyć mogła jedynie na wzrok pełen niezbyt przejmującej litości, a teraz? Earnshaw na pewno nie patrzyła na nią z litością, jak już to z dziwnym uporem, jakby walczyła sama ze sobą. No i czemu pytała akurat o Ślizgona? Tego faktycznie ostatnio było coraz więcej w jej towarzystwie, tylko po co miałaby rozmawiać o tym z praktycznie nieznaną sobie dziewczyną? Sama była nieco zaintrygowana.
       - Plotki rozchodzą się zadziwiająco szybko. - Mimo zmęczenia wciąż była w niej jakaś swoboda, głos Haiggis nie załamał się nawet na chwilę, chociaż wspomnienia ostatniego spotkani z blondynem nie były niczym przyjemnym.
       - Uważaj na niego. - Powiedziała z mocą Rissa, jakby w tych trzech słowach zawarta była największa mądrość, jaką Krukonka posiadała. Było to jednak w pewien sposób irytujące. Może przez zmęczenie, ale dlaczego Abigail teraz miałaby się przejmować jakimś tam zapatrzonym w siebie szlachcicem? Poza tym potrafiła sobie z nim radzić, co pokazała już ostatnio.
       - Nie boję się go. - Mruknęła na tyle głośno, by Earnshaw, która zdążyła się już odwrócić i ponownie ruszyć w kierunku drzwi usłyszała dokładnie każde słowo. To z kolei kazało jej się na moment zatrzymać i spojrzeć ostatni raz przez ramię na Gryfonkę.
       - I to twój największy błąd. - Powiedziała znów spoglądając na drzwi, ale jeszcze nie ruszyła. Abigail czekała w pewnym napięciu, nie mogąc zrozumieć Laurissy nie usłyszawszy reszty jej wypowiedzi. Miała oczywiście racje, to jedno zdanie nie było końcem. - Balze potrafi zjednywać sobie ludzi, teraz go nienawidzisz, ale od nienawiści do fascynacji wcale nie jest daleko... możesz mi jednak wierzyć, że uwolnić się od niego nie jest łatwo. - Nie czuła potrzeby kontynuowania, chciała po prostu wyjść i zaszyć się gdzieś, gdzie będzie sama. Jednakże trudno o to w zamku, w którym nie tylko żywych, ale i duchów jest wszędzie pełno. Błądziła po, z pozoru pustych korytarzach, a jednak co chwila ktoś przekraczał jej drogę. Mimo to nie poddała się i szła przed siebie, świadoma tego, że nie idzie bez celu, przy czym dopiero będąc na miejscu zrozumiała, że od początku kierowała się do Sowiarni. Wiatr nadal wiał mocno, ale noc była piękna. Nie dla gwiazd jednak, a dla własnego podstępu Laurrisa wybrała właśnie to miejsce.
       - Leć Lumos. - Mruknęła puszczając białą sowę w sam środek czarnych objęć nocy. Ptak wzbił się w powietrze trzepocząc skrzydłami i niosąc w odpowiedzi jedno zdanie zaadresowane do jej brata "chętna jestem poznać więcej szczegółów, skoro w końcu mam okazję być z Ciebie dumna". Liczyła... sama nie wie na co liczyła. Może na to, że go złapie, że odpisze więcej, że czegoś się dowie. Chciała wiedzieć, ale nie dla samej ciekawości, a po prostu, miło było wierzyć, że wciąż zna przynajmniej dwójkę ludzi lepiej, niż wszyscy. To jej pomagało, uspokajało jej nerwy, podobnie jak patrzenie w niebo po tak ciężkim dniu. Znów padał śnieg, ostatnio coraz częściej przeplata się z deszczem, zapowiadając nadchodzącą wielkimi krokami zimę.
Teraz jednak ktoś inny kroczył, pozwalając, aby buty wystukiwały na kamiennej posadce przyjemną dla ucha muzykę, bardzo niewymagającą. Kroki tak wiele o nas mówią, niezależne od tego kogo przed kim udajesz, po sposobie w jaki chodzisz poznać można twoje intencje, a dźwięki, które teraz docierały do uszu blondynki były jej znane, przynosiły obietnicę bezpieczeństwa... a paradoksalnie ta obietnica teraz sprawiła, że jej serce zaczęło kołatać w klatce piersiowej. Ze strachu? Możliwe, chociaż nigdy się go nie bała i nigdy nie zacznie bać.



       - Sam? W tak wysokim miejscu? Burzysz stereotypy. - Nie odwróciła się nawet, bo nie musiała. Niezależnie od tego ile lat minie, są pewne rzeczy, których się nie zapomina. Mimo to ta sytuacja nieco uderzyła w Blaze'a, który po pierwsze nie spodziewał się tutaj nikogo, po drugie nie mógł sobie wybaczyć, że to on został zaskoczony. Szybko jednak się zreflektował, nie przyszedł tutaj na spacer, świadczyła o tym zapieczętowana nie tak dawno koperta. Nic jednak nie powiedział, jeszcze nie, mimo, że w głowie miał już kilka wypowiedzi, najpierw jednak puścił sowę w sam środek białych puchatych płatków śniegu.
       - Blaze? Wysłałeś już? - Doszedł głos ze schodów i odgłos kilku osób pospiesznie pokonujących schody.
       - Jednak nie sam. - Krukonka westchnęła, ale co kryło się za tą wypowiedzią? Kto to mógł wiedzieć? Na pewno nie ktoś, kto nade wszystko nie chciał wiedzieć.
       - Proszę, proszę. Nie wiedziałam, że będziemy mieli towarzystwo. - W sowiarni znalazła się jeszcze Alexis, a zaraz po niej Liv, Ethan i Rudolf. Wszyscy emanowali tą znaną sobie pewnością siebie, na której widok Krukonce robiło się niedobrze. Nienawidziła widzieć ich takich, silnych i zgranych, zasadniczo chodziło jednak o to, że widzi Blaze'a z nimi, bo to teraz byli jego przyjaciele. Nie mniej jednak na samą myśl o tym chciała zaśmiać się ironicznie.
       - Daruj sobie Alexis, nie zamierzam bawić się w wasze gierki. - Taka też była prawda, chwila w której pierwszy raz od dawna była sama z Blazem prysła szybciej, niż można było się tego spodziewać i dlatego też blondynka nie zamierzała tutaj dłużej zostawać, czując, że i tak już dawno powinna być w dormitorium.
       - Patrzcie ją, księżniczka się znalazła. - Prychnęła Sullivan, czym rozbawiła nieco resztę towarzystwa.
       - Jaka z niej księżniczka? Aż mi żal twojej rodziny, porządny ród, a tu takie dziecko. - Tym razem to Alex musiała pochwalić się swoim poczuciem humoru. Rissa nie mogła nic na to odpowiedzieć, jakby nie patrzeć dziewczyna miała rację, młoda Earnshaw miała świadomość tego, że w pewnym sensie jest czarną owcą w swojej rodzinie. Mimo wszystko takie zagrywki nie robiły na niej wrażenia. Mogli ją obrażać, ale i tak nic jej nie zrobią, bądź, co bądź wciąż jest córką swoich rodziców i Ślizgoni mieli tą świadomość. Zapewne wszystko by dobiegło końca, gdyby nie chęć pokazania blondyneczce gdzie jej miejsce. Doprawdy, Laurissa nie mogła zrozumieć co też Blaze widzi w tej idiotce. - Nie dość, że zakała rodziny, to jeszcze szlaja się wszędzie z tą szlamą, z resztą co się dziwić, nie masz wielkiego wyboru. - Tak... naprawdę Krukonka mogłaby słuchać obelg na jej temat cały dzień i mieć to gdzieś. Sprawa jednak wyglądała inaczej w chwili w której  Hayes ośmieliła się obrazić Aurorę. To była sekunda w której młoda Earnshaw odwróciła się na pięcie.
       - Powiedz jeszcze jedno słowo, a wiesz mi, że udowodnię przynależność do własnej rodziny. - Wysyczała przez zęby pokonując dzielący ją od dziewczyny dystans.
       - Chciałabym to zobaczyć.
       - Uwierz, nie zdążysz. - Odparła Krukonka spoglądając ze szczerą chęcią mordu na Alexis. Powietrze zrobiło się bardziej gęste, a przy tym naelektryzowane. Nikt nie ośmielił się im przerwać. Blaze stał nieco za swoją dziewczyną, nie wiedząc co ma zrobić, jak się zachować, a przy tym coś mu mówiło, że jest cholernie zły na Laurissę za to, że się tutaj w ogóle zapuściła. Jakby nie mogła grzać tyłka w tym ich dormitorium. Jeśli zaś chodzi o samą Earnshaw, to mimo, że udawała silną w tej chwili najbardziej zła była właśnie na blondyna, tak bardzo chciałaby, żeby chociaż się odezwał, a on stał jedynie, wrośnięty we własne towarzystwo. Nawet miejsce w którym się znajdował mówiło jej o tym, jak bardzo nieosiągalny jest dla niej. To było takie frustrujące. Dlaczego musiała się o niego martwić? Dlaczego nie mogła go po prostu nienawidzić? W jednej chwili zapomniała o Alexis, o wszystkich, bo ponad ramieniem dziewczyny patrzyła już na Hathoway'a.
       - Nawet się nie odezwiesz? - Zdobyła się w końcu na te kilka słów. - Zdajesz sobie w ogóle sprawę z tego, jak gardzę tobą w tej chwili? - A chociaż Laurissie zebrało się na szczerość, to jednak nieroztropnie było zapominać o otoczeniu, szczególnie, gdy obrażasz chłopaka dziewczyny, która do delikatnych nie należy.
       - Zapominasz się chyba! - Obruszyła się Alexis, ale trudno było stwierdzić co tak naprawdę nią kieruje, chęć obrony chłopaka, czy może irytacja, która obudziła się w niej, gdy zrozumiała, że Earnshaw ją zignorowała na rzecz Blaze'a, chociaż ten nawet nie dołączył się do przepychanek słownych. Tak czy inaczej gotowa była zyskać dla siebie uwagę wszystkich, przecinając powietrze dłonią. Zwykły policzek był szybszy, niż atak różdżką, poza tym Ślizgonka miała jeszcze plan, aby pokazać blondynce, że ta niegodna jest jej magii. Wszystko rozegrało się jednak inaczej.
       W chwili w której Laurissa gotowa była już na przyjęcie ciosu i odruchowo zamknęła oczy, dotarło do niej, że nie poczuła żadnego bólu. Mało tego, odgłos klaśnięcia zastąpiło stłumione plasknięcie, a kiedy rozsunęła powieki przez chwilę nie do końca rozumiała, co się stało. W zasadzie nikt nie rozumiał, a warto zaznaczyć, że tylko Krukonka na moment straciła obraz.
       - Przestań Alex. - Blaze trzymał swoje palce zaciśnięte na nadgarstku Hayes, patrząc na nią z mocą, z którą biły tylko jego oczy. Zaraz jednak zamrugał, jakby dotarło do niego co robi, jak postępuje... Rozluźnił uścisk wzruszając ramionami. - Już jedną karę mam i nie uśmiecha mi się, żeby doszła do tego kolejna. - Te słowa sprowadziły Laurissę na ziemię do tego stopnia, że coraz ciężej było jej stać w pionie. To takie okrutne, gdy dotrze do nas, jak trudno odzyskać to, co było.
       - Nigdy nie byłeś idealny Blaze, ale nie wiem czemu udajesz większego dupka, niż jesteś. - Mruknęła odwracając się już na pięcie.
       - A co ty możesz o nim wiedzieć? - Burknęła jeszcze Liv, przestępując z nogi na nogę. Powinna iśc już na patrol, ale nigdy nie zostawiłaby przyjaciół w takiej chwili. Nie wypadało też zmyć się przed Krukonką.
       - Więcej, niż wy wszyscy kiedykolwiek się dowiecie. - Odpowiedziała na tyle głośno, aby każde dosłyszało i zniknęła na schodach, za pierwszym zakrętem zapominając o tym, czym jest spokój. Musiała się stamtąd wydostać, po cholerę w ogóle się odzywała? Mogła wyjść od razu, kiedy dotarło do niej, że Blaze stoi za jej plecami. Nie zrobiła jednak tego, bo tak bardzo chciała widzieć w nim tego samego chłopca, który obiecywał jej, że będzie bronił ją przed płaczem. Teraz jednak był przyczyną jej okropnego samopoczucia, tego, że nie miała ochoty na nic, jedynie oparła się o murek na dziedzińcu oddychając ciężko, zaciskając przy tym powieki. Niby nic się nie stało, prawdę mówiąc ktoś mógłby ją wyśmiać, powiedzieć, że przesadza. Zapewne miałby racje... ale na wszystkie duchy! Chwilę temu stała przed kimś o kogo martwi się każdej nocy, a przy tym ma świadomość, że sam Hathoway ma ją za nic... gardzi nią tak samo, jak reszta jego bandy.
       Opierała się więc o kamienny murek, za plecami mając Sowiarnię, powinna stamtąd odejść, ale musiała pozbierać myśli i nie chciała, aby ktoś ją teraz widział. Jak na ironię sam Blaze stał teraz w tym samym miejscu z którego ona wypuszczała sowę. Niby słuchał rozmowy przyjaciół, a jednak spoglądał w dół, na postać, którą jeszcze przed chwilą miał przed sobą. Teraz dzieliło ich już znacznie więcej. Tak powinno być, a jednak widząc ją w takim stanie nie mógł przed sobą ukryć, że daleko mu do odczucia satysfakcji. Przy tym sam nie wiedział na co liczył... na to, że się odwróci? Może będzie mógł jej posłać jedno spojrzenie do którego nie doszło podczas jej pobytu w Sowiarni. Stał jednak zbyt długo i iskry zgubnej nadziei rozpierzchły się w nicość, wraz z nimi zniknął sam Blaze, odchodząc od barierki, aby udać się za przyjaciółmi. W tej samej chwilę na znacznie niższym poziomie do Laurissy dotarło to, jak bardzo brakowało jej widoku dawnego przyjaciela i czując się już nieco lepiej uniosła głowę na puste okno... czego się spodziewała? Przecież oboje wiedzieli doskonale, że już nic dla siebie nie znaczą.

***



       - Czy ty masz pojęcie ile ciebie szukałam? Znów chcesz mieć problemy? Już dawno powinnaś być w dormitorium, poza tym Ian mówił mi o tym co się stało na treningu. - Ciężko było stwierdzić, jak ona to robiła, ale najpewniej Aurora miała jakąś umiejętność, aby zawsze odnajdywać swoją przyjaciółkę w chwilach, kiedy ktoś musiał doprowadzić ją do porządku. Mimo to pani prefekt widziała wyraźnie, że nawet jak na Earnshaw, to coś musi nie grać. Wiedziała też, że jeśli zapyta to nie dostanie odpowiedzi, nie teraz, kiedy problem męczący kapitan Krukonów był najwyraźniej świeży. Dlatego przed samym wejściem do dormitorium zatrzymała się i zastąpiła drogę Laurissie. - Myślisz, że jestem ślepa? - To pytanie poskutkowało, bo Earnshaw w końcu spojrzała jej prosto w oczy, a na jej wymalowanych na czerwono ustach zatańczył przepraszający grymas. Ta drobna zmiana w mimice wystarczyła, żeby Aurora westchnęła, chociaż już po chwili uśmiechnęła się do nieco wyższej przyjaciółki. - Źle sypiasz, nie jesz... to nic złego, że się martwisz, wszyscy się martwią. Nie mówię, że masz ze mną rozmawiać o czymś, o czym nie chcesz, ale proszę nie zamykaj się, bo nie jesteś sama. -  Niby proste słowa, takie szczere i czyste, a wystarczyły dotrzeć do pewnej bardzo upartej czarownicy, która chyba w tej chwili zrozumiała, że faktycznie nie jest w tym sama. Może nie musi już dziś być bohaterem i nieść wszystkiego na swoich barkach. To akurat ją ucieszyło, bo ewidentnie z tym sobie nie radziła.
       - Przepraszam Aurie, kiedyś... wszystko Ci wytłumaczę. - Powiedziała nieco niepewnie, a atmosfera mogła zrobić się nieco zbyt ciężka, co Middleton postanowiła jakoś naprawić.
       - Oczywiście, że tak, ale teraz zjeżdżaj do dormitorium, bo ja mam obchód. - Zauważyła i po jeszcze kilku zdaniach rozstały się. Trzeba przyznać, że Aurora była w oczach Rissy prawdziwym aniołem i nie mogła zrozumieć jak inni mogą tego nie dostrzegać. Faktycznie nie była sama, miała cudowną przyjaciółkę, a przy tym wciąż był jeszcze Ian, teraz zaczytany w jakiejś książce, siedząc na kanapie przed kominkiem.
       Laurissa bez słowa podeszła do siedzenia i zajęła na nim miejsce. Było jej zimno, o czym myślała już wcześniej i teraz bez pytanie wzięła z oparcia bluzę chłopaka i założyła ją na siebie, przysuwając się po chwili do niego.
       - Długo ciebie nie było. - Zauważył nie odwracając wzroku od swojej książki, jednak dziewczyna w żadnym stopniu się tym nie przejęła.
       - Gdybym wiedziała, że będziesz tęsknił, to bym się bardziej pośpieszyła. - Zaśmiała się krótko, czując jak powoli uchodzi z niej podenerwowanie. Mimo to Ramsay czuł, że coś jest nie tak, poza tym każdy by zauważył, że szlajała się po zamku zbyt długo, aby nic za tym nie stało. Cała ta wiedza i znajomość dziewczyny nie zmusiły go jednak do tego, aby dopytywał, ona z kolei w tej samej chwili w głowie ustawiała sobie własną wypowiedź, patrząc może nazbyt intensywnie na jego dłoń. Znów wróciła do snu, do przeszłości, przysięgi... ile czasu minęło.
       - Widziałam Blaze'a. - Mruknęła krzywiąc się lekko, opierając czoło o jego ramię.
       - Nie wierć się. - Odpowiedział jedynie, przekręcając stronę książki.
       - Nie marudź. - Wciąż patrzyła w ten sam punkt, aż w końcu bez słowa dłoń jej przyjaciele przekręciła się grzbietem do dołu w niemym zaproszeniu. To wystarczyło, aby Laurissa wsunęła własne palce do ciepłego uścisku. Nie musiała nic mówić, nawet nie wiedziała co miałaby teraz powiedzieć. Wszystko było zbyt banalne. Wolała cieszyć się chwilą, oboje lubili czerpać jakąś dziwną radość ze wspólnego milczenia.
       Teraz przynajmniej nie musiała się bać, że zostanie sama. Mimo to stres wciąż w niej siedział. Blaze'a już straciła, Aurora nie ma czystej krwi, Ian nie mógł nawet ukryć tego, że zamieszanie w świecie magii jest mu na rękę. Co ona ma z tym wszystkim zrobić, wydaje jej się, że stoi przed trzeba drogami, z których każda prowadzi nad przepaść, a jednak nie wolno jej stać w miejscu. Była jednak zbyt wielkim tchórzem, aby podjąć decyzję i to ją tak frustrowało, myśl, że mimo wszelkich planów nie jest w stanie zrobić nic wielkiego, a przecież lata temu obiecała komuś, że wyrośnie na wielką czarownicę... teraz tylko pytanie po której stronie taka wielka czarownica miałaby stanąć, to właśnie ta przepaść... każdy wybór oprócz satysfakcji przyniesie też nienawiść jednej z osób na których jej zależy.

____________________________________

No więc tak, przepraszam jeśli komuś nie będzie chciało się tego czytać. Poza tym wiem, że nie udało umieścić mi się wszystkich, przepraszam ;.; 
No i chciałam wcześniej to dodać, za co też przepraszam @A@
Zasadniczo to ja nie piszę praktycznie wcale trzecią osobą, było to nieco śmieszne, ale ciekawe. 
Mam nadzieję, że każdy z Was odnajdzie w tym coś, co mu się spodoba, a jak nie, to sorry, poprawię się następnym razem : P

16 komentarzy:

  1. Witaj kochana!
    Nie mogłam się doczekać Twojego rozdziału, co z resztą wiesz - i z prawdziwą przyjemnością muszę rzec, że doskonale dałaś sobie radę. *^*
    Zacznę może od początku, bo chociaż rozwlekłe komentarze nie są moją mocną stroną, to postaram się by przelać tutaj wszystko. Bardzo przypadł mi do gustu sam początek, gdzie nakreśliłaś od razu relację Rissy, Iana i Blaze'a, którzy znali się już od tylu lat - dla mnie, jako czytelnika, była to ciekawostka, która jednocześnie wzbudziła moją ciekawość. Czytając ten wstęp zastanawiałam się - co dalej z ich relacjami? Scena z przysięgą wieczystą, składaną jako dzieci "na żarty" była naprawdę super, widać było, że ta trójka jest ze sobą bardzo zżyta. A później tak się między nimi popsuło! W duszy szloch był ;-;
    Bardzo się cieszę, że mogłam poznać Rissę od innej strony, tej zupełnie nie-quidditchowej i od razu dodam, że strasznie mi wstyd, że w swoim rozdziale ujęłam pannę Earnshaw tylko jako panią kapitan. Dzięki następnym akapitom dowiedziałam się tyle o Rissie, że składam własną przysięgę(może nie wieczystą, ale zawsze) - nie wspomnę o jej pasji do quidditcha w następnym swoim rozdziale! ;-; Zawsze brałam Twoją postać jako zdecydowaną, silną i niezależną, ale Ty pokazałaś mi, że tak jak wszyscy, ma ona swoje wady i lęki. Za to przeogromny plus, bo mogłam zrozumieć jak bardzo złożony jest jej charakter i co nią kieruje. Brawo!
    Poza tym, mam jakieś zboczenie odnośnie imion jej braci - Silver i Sorrell, to brzmi tak super! *^* Jaram się, nowa groupies dla paniczów z rodu Earnshaw, fan nr 1 - zaklepane! Cudowny motyw z różdżką przekazywaną z pokolenia na pokolenie, która wybrała Laurissę jako swego kolejnego właściciela. To było emocjonujące, od razu wyobraziłam sobie, jak ciężko musiało jej być z nienawiścią starszego brata. Wymagania rodziny wobec Twojej postaci to też nie lada wyzwanie dla niej, i jestem ciekawa, jaki będzie ostateczny wynik tej rozgrywki. ;-;
    Dziękuję za umieszczenie Aurory, z prawdziwą przyjemnością czytałam fragmenty, które jej poświęciłaś. Pięknie oddałaś ich przyjacielską relację, wysoko postawiłaś mi poprzeczkę i muszę sprostać, no ;-; Kreacja innych postaci też była super, Blaze na końcu taki dobry ziomek nie *^* I aż mi się ciepło na sercu zrobiło, jak Rissa siedziała obok Iana i złapali się za ręce, no po prostu bajka. Zastanawiam się, jak to dalej będzie między trójką dawnych przyjaciół, no i jak ostatecznie przyjaźń naszych postaci wpłynie na ich losy w przyszłości.
    Muzyka jest bardzo fajnie dobrana, widzę, że też nie zdecydowałaś się na tylko trzy utwory(co przy tak długim rozdziale byłoby trudne, swoją drogą), co mnie bardzo cieszy. Szczególnie piosenka AURORY (XD) przypadła mi do gustu, jakiś czas temu sama jej słuchałam i uważam, że ma świetny klimat. Brawo x2, mistrzu B)
    Było kilka błędów, głównie jakieś przejęzyczenia i nic konkretnego. Od siebie dodam tylko tyle, że niektóre zdania były zbyt długie. W kilku momentach zastąpiłabym przecinki kropkami, by je ładnie oddzielić, ale to tylko moje zdanie, które nie jest jakoś super-ważne, ze mnie taki krytyk jak z koziej dupy trąba, nie znam się XD
    Moje ogólne wrażenia są, jak sama widzisz, okrutnie pozytywne wręcz *^* Zawsze wiedziałam z resztą, że dobrze piszesz, także czytanie było czystą przyjemnością. ; )
    Oby tak dalej, mnóstwa weny życzę i wyczekuję niecierpliwie na kolejny rozdział oczami Laurissy! *^* <3

    PS: Przejęłam Twoją rolę - pierwszy komentarz mój! B)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Boże, jak miło się człowiekowi robi na sercu, jak czyta takie komentarze, to już trzeci raz, dwa pierwsze zaserwowałam sobie jadąc autobusem i teraz jeszcze raz. To chyba nie świadczy o mnie zbyt dobrze, ale co tam, kto by się nie cieszył z takich słów? *Q*
      W każdym razie szalenie Ci dziękuję za tą opinię, a co do pasji Rissy, to daj spokój, tak naprawdę nie mogę od nikogo wymagać aby znał postać, nim ja ją przedstawię, mieliście wszyscy trudne zadanie o niej pisać, liczę na to, że od teraz będzie łatwiej *^*
      Co do muzyki, to ja też lubię tą piosenkę od Aurory, urzekła mnie muzyka i klimat i fragment "śniłam, że miałam 7 lat" xDDD Wiem, moje powiązania są banalne.
      Pragnę zauważyć, że całkowicie się zgadzam z Twoją ostatnią częścią, bo wiem doskonale, że piszę zbyt długie zdania, już w podstawówce babka z polskiego (pozdrawiam panią Brandys) mówiła, że powinnam chętniej używać kropek, a nie operować samymi przecinkami xD
      Co do imion to ogólnie wszyscy w rodzinie Earnshaw powinni śpiewać "I'm so fancy", bo tak ich ponazywałam, ale na pewno cieszą się niezmiernie, że zdobyli fankę, c'nie?
      Jej sama się rozpisałam, to może jeszcze ostatni raz - dziękuję <3

      Usuń
  2. No słuchaj, leszczu! Teraz szykuj się na długi komentarz i licz się z tym, że jesteś winna ._. Czuj się winna, że zaczęłam to czytać przed nauką w myśli „a, tak szybko mi pójdzie, przeczytam, skomentuję i się uczę”. Bo naprawdę myślałam, że tak będzie, ale czytałam każdą scenę po kilka razy, każde zdanie musiałam kilka razy rozważyć zanim podjęłam decyzję o dalszym czytaniu. I bądź przeklęta, że przez Ciebie i Twojego posta nie powtórzyłam nic na egzamin! >A>”
    Martwiłaś się, że wyjdzie za długie, że nikomu nie będzie się chciało czytać i wiem, że nie wierzyłaś w siebie. Na szczęście ja mam więcej oleju w głowie i wiedziałam, że z pewnością nie będzie tak źle, jak mówisz. Martwiłaś się też, że zawiedziesz kogoś sposobem przedstawiania jego postaci, więc pozwól mi teraz wyrazić się jasno.
    Oczywiście nie stało się ani jedno ani drugie. Oczywiście czuję się jakaś mała, kiedy czytam każdą przemyślaną dokładnie akcję, czuję się jak obejmuje mnie ten tekst, przyciąga do siebie, każe rozmyślać o tym, jaka naprawdę zapanowała sytuacja. Nie zniżyłaś się do schematyczności, o nie. Przemyślałaś każdą postać z osobna, każdą rozważyłaś po swojemu i powiem Ci – nie mogłoby to nikogo zawieść. Zastanawiam się, która w tym rozdziale była moją ulubioną – czy Aurora, która pełni istotną funkcję w życiu Rissy, która jest taka delikatna, taka empatyczna, którą łatwo można zranić i która przypomina mi o kimś. Czy może Blaze, który jest zwyczajnie idealnie i wiernie oddany, który waha się pomiędzy jednym a drugim, który coś zgubił, coś zyskał, zgubił się... Z kolei co z Ianem? Którego zrozumiałaś lepiej ode mnie, lepiej go ode mnie nawet opisałaś i zinterpretowałaś jego zachowanie. Ostatecznie: Katie pojawiająca się na moment i zostawiająca po sobie silny ślad emocjonalny, czy Abigail, a może któraś z postaci Ślizgonów obecna w sowiarni? Każda postać, którą wprowadziłaś robi maksymalne wrażenie. Nawet Ezra, Ryan, Gemma, którzy pojawiają się tylko na moment. I ostatecznie jest jeszcze Rissa, moja ulubiona postać damska z opowiadania (no, nie do końca ulubiona, bo kilka stoi z nią na równi – ale z najwyższej półki).
    Nie mam pojęcia, jak wyrazić swój zachwyt prawdziwością opisów i przeżyć – nie było w tym nic sztucznego, wszędzie opisywałaś ją z taką samą konsekwencją. Jakbyś sama to wszystko przeżyła, co z pewnością się nie stało. Pozostaje mi zazdrościć Twojemu talentowi, talentom innym, o których z grzeczności pod Twoim rozdziałem nie będę pisać. Naprawdę kawał dobrej roboty, oby tak dalej. Bo wprowadziłaś mnie w ten świat bezbłędnie, magicznie, a poza tym też dramatycznie, za co masz ogromnego plusa.
    Uwielbiam ten rozdział – będę go czytać co jakiś czas. Uwielbiam to, jak piszesz – chylę czoła przed pomysłem na poprowadzenie akcji. Nie mam pojęcia, jakie komplementy jeszcze tutaj jebnąć, żeby nie wyszło, że się podlizuję .w.

    Jeden błąd zauważyłam – źle zapisujesz dialogi. Niby nic wielkiego, ale mi to utrudnia odbiór tekstu (podobnie jak brak justowania) – taki już ze mnie pierdolony esteta ;p Podsyłam link, bo chodzi głównie o zapis znaków interpunkcyjnych w dialogach:
    www.jezykowedylematy.pl/2011/09/jak-pisac-dialogi-praktyczne-porady/

    Pozdrawiam, życzę dużo weny, nie mogę się doczekać kolejnego Twojego rozdziału.

    PS. Zakochałam sięw Ianie. Kuwa we własnej postaci.
    PPS. Ian będzie mój ._.
    PPPS. Kocham Iana.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zapomniałam dodać!
      Kocham Iana, co nie X"D

      Usuń
    2. Ian na prezesa, prezydenta, premiera i KRÓLA XD

      Usuń
    3. Boże, kolejny piękny komentarz ;.; Chyba sama muszę przeczytać swój rozdział znów, bo nie wierzę po prostu w takie pozytywne oceny ;.; To daje tyle wiary w siebie, że nawet sobie nie wyobrażacie ;.;
      Naprawdę stresowałam się prezentacją innych i tak się cieszę, że udało mi się sprostać. Co do Ian'a, to przestań głupolu, bo to Twoja postać i to Ty pozwoliłaś mi ją zrozumieć :v Bałam się nieco, że mi się to nie uda, jeśli mam być szczera, z resztą cykając się potwornie chciałam darować sobie ostatnią scenę, ale kazałeś dopisać, więc dopisołem więcej i cieszę się bardzo, bo jest dla mnie w pewien sposób symboliczna ;v;
      No i dzięki menszu za ten link, bo mam tą świadomość, że od zawsze błędnie piszę dialogi xD Może się czegoś nauczę w końcu i następnym razem się poprawię *^*
      A co do Ian'a... Nie możesz sama się w nim zakochać :VVV

      Usuń
  3. Przeczytałam raz, trochę mi przerywano (S. się domagał uwagi D: ), trochę musiałam robić przerwy, czasem z tego wszystkiego kończyła mi się muzyka. Dlatego jestem pewna że przeczytam go jeszcze raz, całego, spokojnie - ale na pewno z tak samo mocnymi emocjami, z jakimi czytałam teraz. W ogóle, mam ochotę do niego wracać i wracać, czytać na nowo po kilka razy. I chciałabym cofnąć czas, żeby jeszcze nie mieć go przeczytanego, bo mimo że jednocześnie chcę mieć go przeczytanego, to jednak nie chcę. To takie irytujące ;-; jak z ulubionym filmem albo książką, wiesz.
    Nawet nie bardzo wiem od czego powinnam zacząć. Mogłabym powklejać ulubione fragmenty tego rozdziału, pochwalić cię za każdy jeden osobno, ale po przemyśleniu stwierdzam że musiałabym go przekopiować prawie całego, bo cały ten rozdział jest naraz moim ulubionym fragmentem.
    Sposób, w który dobierasz słowa. To, jak przedstawiasz sytuacje i emocje bohaterów, jak wplatasz przeszłość w teraźniejszość, mieszasz ze sobą z wielką wprawą wydarzenia, które już się stały i te, które dopiero nadejdą. Czytając, nie miałam wrażenia że jest to jakaś osobna historia, całkowicie wyrwana z czasu i kontekstu, ale jedna wielka wspólna całość, która dzięki twoim mistrzowskim manewrom łączy się w spójną, logiczną całość. To powoduje, że nie da się przestać o tym myśleć, w ogóle ciężko było się od rozdziału oderwać. Piękne jest to, że tak świetnie napisany rozdział jest taki długi. Czasem nawet krótkie posty powodują, że już nie można się doczekać końca, czasem nawet nie połowa z tego, co ty tutaj nam wstawiłaś. Twój nadal był za krótki!
    Kreacja bohaterów, nie tylko Rissy, ale wszystkich ich. Zwłaszcza Aurora, Ian i Blaze (wreszcie, teraz mogę się porozwodzić nad Blaze'm! *Q* ). Uwielbiam ją historię, którą tu opisałaś. Wieczysta przysięga, która zaskoczyła mnie bardziej niż pozytywnie. Ta ich nierozerwalna więź i super naturalne, ciekawe, wciągające i nie takie oczywiste dialogi... Uwielbiam tego twojego Blaze'a za to, jaki jest naturalny, jaki prawdziwy, dokładnie taki jakim chciałabym go wykreować. Z przeszłością, która mu ciąży, ale także z tą bezwzględnością i okrutnością. Podobało mi się wręcz NIEPRZYZWOICIE to, że wcale nie rzuca się Rissie na ratunek, że nie przedstawiasz swojej (którą pokochałam, swoją drogą!) postaci jako superbohaterki, przed którą wszyscy klękają na "raz". Właście tak by zrobił - zostawił ją samą sobie, zignorował jej słowa, ale nie pozwoliłby jej ostatecznie uderzyć, chociaż sam pewnie nie wie czemu.
    Swoją drogą, współczuję im. Tacy uwikłani w swoje własne problemy, nie potrafią znaleźć drogi mimo że usilnie szukają. Mam wrażenie, że ta trójka chce być razem ze sobą, ale już nie mogą, po prostu nie mogą…

    Skłamałam trochę, nie. Wymienię kilka najbardziej najulubieńszych momentów *Q*
    "W zasadzie to ten nagły bieg był dość dziwnym zjawiskiem, niepasującym do całej historii, ale Laurissa czuła, że nie może przestać. Początkowa radość jaką czuła teraz całkowicie zniknęła, pozostawiając lęk, który rósł z każdą chwilą." - Twoje opisy są mistrzowskie, kobieto. Zaskakujące, a słowa są dobranie wręcz idealnie, jakbym książkę czytała.
    „Tak. Blaze mnie zrzucił.” - *___* KOCHAM TO.
    „ - I to twój największy błąd.” – Cały ten dialog z Abigail był mistrzowski.
    I cały fragment o tym, jak patrzyli na siebie w Sowiarni, ale zbiegiem okoliczności nie widzieli się nawzajem. Pokazuje to tragiczność ich relacji.
    „Wciąż patrzyła w ten sam punkt, aż w końcu bez słowa dłoń jej przyjaciele przekręciła się grzbietem do dołu w niemym zaproszeniu. To wystarczyło, aby Laurissa wsunęła własne palce do ciepłego uścisku.” - *Q*

    Pozdrawiam. Rozdział mistrz! ♥
    Gratulacje moje wielkie, nie mogę się doczekać na twój następny! c:

    PS. Włączyłam sobie muzykę (świetna, swoją drogą) i tam było autoodtwarzanie. Wchodzę na to, żeby wyłączyć jedną a włączyć drugą, a tam Blaze xD W sensie Jamie z Darów Anioła, no powaliło mnie to na łopatki xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aha, co chciałam jeszcze napisać i mi wypadło z głowy przez zajebistość tego rozdziału :v
      Po pierwsze, za mała ta czcionka jest ;-; musiałam sobie zbliżyć żeby wzroku nie stracić ;-;
      I po drugie, trochę źle zapisujesz technicznie dialogi.
      " - Więcej, niż wy wszyscy kiedykolwiek się dowiecie. - Odpowiedziała na tyle głośno(...)" tutaj powinna być ciągłość, bez tej kropki i didaskalia, że tak się fachowo wyrażę, małą literą.
      " - Więcej, niż wy wszyscy kiedykolwiek się dowiecie. - Uśmiechnęła się(...)" tak by było dobrze, bo nie odnosi się do tego, co mówi bohaterka.
      Z resztą: http://www.ekorekta24.pl/proza/130-interpunkcja-w-dialogach-czyli-jak-poprawnie-zapisywac-dialogi
      O tutaj na przykład masz rozpisane c:

      To tak tylko, bo zauważyłam mimochodem c:

      Usuń
    2. LOL! Choco napisała to samo o dialogach, nie wierzę, nie przeczytałam, sorki O.O

      Usuń
    3. Janusze Komentarzy XD
      (a największy Janusz dodał komenta nie tam, gdzie trzeba ;-; )

      Usuń
    4. Może tym razem zacznę od minusów - sorry za małą czcionkę, jestem komputerowym przegrywem, ale następnym razem na pewno będzie większa *^*
      To teraz podziękowania... dziękuję, dziękuję, dziękuję *Q*
      Naprawdę wszyscy nie wiecie ile to dla mnie znaczy. Swój styl zawsze określam mianem patetycznego i bałam się, że każdy będzie mi to wyciągał, a tu takie zaskoczenie. ;.;
      Bardzo podoba mi się Twój komentarz, naprawdę, w dodatku również obawiałam się tego, że przez stałe przeplatanie osób i czasu będziecie się gubić w moim toku rozumowania ;.;
      No i wow, udało mi się zaprezentować tak Laurissę, że ją polubiliście *Q*
      Poza tym dzięki za wypisanie tych fragmentów, bo sama je uwielbiam, w szczególności drugi. Jakoś tak chciałam zakończyć fragment w dormitorium pewną niedostrzegalną przenośnią... ja po prostu lubię wieloznaczeniowość i wiem, że zdarza mi się z tym przesadzać ;.;
      Jeszcze raz wielkie dzięki Mary, naprawdę cieszę się, że udało mi się przedstawić Blaze'a w sposób, który Ciebie zadowala, bo cykałam się nieco, nie powiem :v

      Usuń
  4. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  5. Kochana Deny. Po co to "kochana"? Po prostu z samego faktu, iż widzę, że nie będę jedyna, która napisze w ciul i jeszcze trochę. Ale do rzeczy.
    Rozdział zbił mnie z bóg. Początek sprawił, że oniemiałam - szczerze nie wpadłabym na taki pomysł jak dziecięca przysięga wieczysta. Masz niebywale rozwinięty dar pisania i cieszy mnie to, że miałam okazję przeczytać coś tak dobrego. Powinnam nadmienić, że ukazanie relacji Pana Ramsaya, Pana Hathoway i Pani Earnshaw wywarło na mnie ogromne i pozytywne wrażenie. Za to wielki ukłon i oklaski. Ze zniecierpliwieniem będę czekała na nową kolejkę i nowy rozdział od Ciebie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jejku, dziękuję bardzo ^^
      Chciałam właśnie zacząć delikatną retrospekcją, bo wiem, że tak naprawdę te pierwsze rozdziały mają nam pomóc w zrozumieniu postaci. Cieszę się więc bardzo, że moja pisanina przypadła Tobie do gustu *^*

      Usuń
  6. Czytałam, i czytałam, i czytałam i choć wiedziałam, że robię to i tak już długo, to miałam nadzieję na jeszcze więcej. Utrzymałaś nastrój lekko pesymistyczny, ale przecież tak właśnie powinno być w przedstawionym świecie. W dodatku muzyka idealnie to oddawała.
    Relacja pomiędzy Rissą i Blaze'm jest bardzo skomplikowana, ale pełna emocji i dawnej zażyłości. Aż mi się wierzyć nie chce, że teraz tak się od siebie oddalili. W dzieciństwie byli bardziej jak rodzeństwo, niż jak przyjaciele.
    Scena z Abigail mnie zaskoczyła. Nie spodziewałam się rad w sprawie Hathoway'a, szczególnie od Laurissy. W dodatku zostawią one ślad w głowie Ab, biorąc pod uwagę że dziewczyna nie zna przeszłości tych dwojga. Sam fakt, że najbliższych Haggis zabił brat Rissy podoba mi się. Myślę, czy tego nie ujawnić. Może na balu? Może Ab podsłucha rozmowę Rissy i Blaze'a? W głowie mam pełno pomysłów, ale wymagają one przemyśleń. Na pewno Gryfonka weźmie pod uwagę słowa koleżanki.
    Błędów jako takich nie ma, tam chyba raz napisałaś Krókonów, ale pewnie przez przypadek :)
    Ogólnie rozdział bardzo dobry i kocham jego długość :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja się tak bałam, że długość was wszystkich załamie. Nie chodzi o to, że chciałam, nie wiem... popisać się, bo nie w tym rzecz, po prostu jestem zdania, że pewnych scen nie można streścić, bo tracą na wartości. Dlatego też naprawdę mogę odetchnąć z ulgą czytając takie komentarze *^*
      O to jak przedstawię Abi też się bałam (jak wszystkiego, taki ze mnie tchórz :v), jednak chciałam dać jakieś punkty zaczepienia, do których inni będą mogli się odnieść, dlatego też jeśli będziesz chciała do czegokolwiek z mojego rozdziału się odnieść, to będzie mi niezmiernie miło, bo tak naprawdę takie powiązania budują realność tego, co tutaj tworzymy *^*
      No i na koniec... lel, jaka porażka xDDDD Serio napisałam coś takiego, powinnam teraz chyba zacząć się tłumaczyć, że było późno, no, ale xD Nie, przegryw z domu "Króka" ze mnie xd

      Usuń