niedziela, 12 lipca 2015

X. Wichura


         Ian leniwie rozłożył się na ławce, patrząc tępym spojrzeniem na książkę, która leżała przed nim otwarta na zupełnie przypadkowej stronie. Ignorował obecność przyjaciela u swojego boku, ignorował nawet podniosły głos nauczycielki transmutacji. Skupiał spojrzenie na ciemnej oprawie książki, jakby ta zawierała przepis i odpowiedź na pytanie, które nieświadomie powtarzał sobie w kółko w głowie. Po wydarzeniach ostatnich tygodni niczego nie mógł być pewny. Nie mógł nawet być pewny siebie. Zauważył, że dłoń lekko mu się trzęsie, więc czym prędzej zacisnął ją na kolanie.
         Uważaj czego sobie życzysz, bo może się to spełnić.
         Ktokolwiek to zauważył, musiał posiadać niezwykłą wiedzę na temat zasad funkcjonowania oraz zdolność przenikania i rozumienia ludzkich umysłów. Tak wielką, że nawet młody Krukon mu jej zazdrościł. A on mało czego i mało komu potrafił zazdrościć.
         Rozejrzał się dookoła, podnosząc się z ławki kiedy wyczuł na sobie baczne, milczące spojrzenie nauczycielki. Nie musiał skupiać się na lekcji, już dawno udała mu się jedna z trudniejszych transmutacji, którą pokazywała. Poza tym Ian był zmęczony swoim otoczeniem i okazywanie tego, zupełnie jak dziecko, było dla niego najodpowiedniejszym zachowaniem. Ludzie pojawiali się koło chłopaka i znikali, krążyli, nie zostawiając głębszych śladów, a może to on nie pozwalał sobie uzależnić się od innych. Liv pochylała się nad skowronkiem, który stał spokojnie na ławce, ale była rozkojarzona i zaklęcie nie wychodziło. Ian skupił na niej wzrok i spostrzegł od razu, że coś ją rozprasza. Znał ją nie od dziś. I właśnie dlatego odwrócił spojrzenie. Nie chciał nawiązywać kontaktów. Nie chciał się przyjaźnić, kochać ani nawet nienawidzić. Emocje nie dawały mu siły. Wiedział, że uczucia czynią go słabym i podatnym na ciosy, dlatego powoli zaczął wznosić mur bezpieczeństwa.
         Spojrzenie skierowane prosto na Blaze'a nie było krokiem, który przybliżał go do takiego celu. Ślizgon był mistrzem odgradzania się ostrokołem od innych ludzi i w akcie desperacji Krukon gotowy był nawet zapytać go o radę. Od niedaleko siedzącego Lestrange'a bił nieprzyjazny chłód. Ian znów położył głowę na ławce. Obserwacja książki była najbezpieczniejszym rozwiązaniem w tej sytuacji.
         - Drodzy państwo, nadeszła pora na koniec lekcji. Proszę przynieść eseje na przyszły tydzień. Co najmniej pięć stóp długości! – ktoś jęknął w tyle klasy, a Ian tylko zebrał swoje rzeczy, po czym za Marcelem podążył do wyjścia z pomieszczenia. - Proszę pamiętać o pozwoleniach na wyjście do Hogsmeade! - krzyknęła jeszcze za nimi nauczycielka.
         Oboje odwrócili się w drzwiach. Byli już za daleko, żeby usłyszeć, co do nich krzyczy, a nadchodzący weekend rozpoczął się z końcem tej lekcji i nikomu nie było w interesie siedzieć w klasie dłużej niż to konieczne.
         Na korytarzach zrobiło się tłoczno, kiedy wszystkie klasy naraz skończyły swoje zajęcia. Pierwszoroczni przemykali pod ścianami, gonili szybko naprzód, byle na zewnątrz, byle szybciej na błonia. Tereny wokół zamku nie tak dawno pokryły się śniegiem, który przyciągał uczniów w swoje lodowate, białe objęcia. Ramsay pożegnał się skinieniem głowy z drugim Krukonem, skierował się na klatkę schodową i przeskakując co jeden stopień szybko znalazł się na odpowiednim piętrze. Nabrał powietrza w płuca, rozglądnął się. I czekał.
         Patrzył na roześmiane twarze uczniów, którzy zmierzali do pokoju wspólnego Krukonów, którzy co chwila znikali w krętej klatce schodowej, żeby dostać się na górę. Przez myśl przeszła mu krótka myśl – a co jeśli? Jeśli na tym świecie jest za dużo do stracenia, jeżeli teraz ma wątpliwości, jeśli nie jest już niczego pewien? Przed nim przeszła Gryfonka z siódmego roku, Gemma. Miała zacięty wyraz twarzy, zupełnie jakby chciała ukryć uśmiech który pchał się jej na usta. Za nią szedł Black i Ian szybko dopowiedział sobie resztę. Wszyscy mieli czas i miejsce w życiu na miłość. Na nastoletnie problemy, zauroczenia i rozczarowania, na naukę życia. On nie miał. Jego obdarła z wszelkiej dziecięcej niewinności - ambicja i potrzeba bycia lepszym niż inni. Jego mocna strona odwróciła się przeciwko niemu. Zamknął powieki, a kiedy je otworzył, dwójki uczniów nie było już na korytarzu.
         - Na coś czekasz, Ian? - Ten wysoki, niezbyt donośny głos był mu dobrze znany. Na twarzy pojawiło się symboliczne pół uśmiechu.
         - Aurie. Chodź, mam coś do pokazania.
         Czy dobrze robił, prowadząc dziewczynę korytarzami w dół, do sali wyjściowej? Czy postępował słusznie, kiedy zadecydował że to odpowiedni moment na wzięcie czegoś od swojego nastoletniego życia? Czasem miał dość tego, że wiecznie uważał się za starszego niż był naprawdę.
         Nikt nie potrafił powiedzieć, kto jako pierwszy zlepił śnieg w zbitą kulę, która poszybowała w powietrzu i swój lot zakończyła na czapce Aurory. Nikt nie zauważył nawet, kiedy w bitwę zaangażowało się kilkunastu uczniów tworzących wyraźne opozycje – nie podzieleni domami, uprzedzeniami ani rolami, jakie mieli obrać w nadchodzącej wojnie. Jedyna wojna jaka miała znaczenie to ta tu i teraz – na śnieżki. Śmiech rozlewał się na całą polanę, docierał nawet do zakazanego lasu stanowiącego barierę, przez którą się nie przedostawał, na której cichł i malał.
         Niedaleko zamarzniętej tafli jeziora, tuż pod rozłożystą jabłonią, siedziała zaczytana dziewczyna, której nie skusiły odgłosy bitwy śnieżnej. Bardziej interesowała ją książka, którą miała przed oczami. Podniosła spojrzenie jasnych tęczówek dopiero, kiedy skrzypienie butów na świeżym śniegu dało jej znać, że ktoś podchodzi. Jej twarz przybrała cieplejszy wyraz, niż początkowo, bo sądziła że to któryś z dzieciaków chce zaciągnąć ją do zabawy.
         Ian uniósł brwi w wyrazie zdziwienia.
         - Siedzisz tu i czytasz, cała zabawa cię ominie – rzucił, odgarniając mokre włosy opadające na czoło. Nie było mu zimno, chociaż na zewnątrz temperatura sięgała kilku stopni na minus. - Poza tym czytać możesz w bibliotece.
         - Lubię świeże powietrze, Ian – Laurissa odpowiedziała z nutą rozbawienia w głosie. - Nie za stary na to jesteś? - Głową wskazała toczącą się w najlepsze zabawę. Aurora, która na moment wstała i rozglądała się w poszukiwaniu przyjaciela pomachała do nich, uśmiechając się przyjaźnie. Pożałowała swojej decyzji, kiedy śnieżka uderzyła ją prosto w łopatkę. Nie zamierzała najwyraźniej pozostać dłużna, schylając się od razu po nowy zapas śniegu. - Nie masz nawet rękawiczek, dzieciak z ciebie – powiedziała, przybierając na twarz charakterystyczny zaczepny wyraz, po czym podniosła książkę z zamiarem kontynuowania lektury.
         To z pozoru oschłe podejście do sprawy nie wzruszyło Iana. Może gdyby nie zał jej dłużej niż wszyscy inni... Może gdyby ich życie ułożyło się inaczej, może, może, może. Znał ją lepiej, widział ten błysk w oku, który sprytnie chciała ukryć za oprawą książki, uśmieszek, który zakryła szalikiem owiniętym dookoła jej szyi. Ian naprawdę dobrze ją znał.
         - To ty tutaj jesteś dorosłą sztywniarą – odparował nie natychmiast, powoli i bez cienia złośliwości w głosie.
         Odwrócił się, gotowy do powrotu do zabawy w piątkowe późne popołudnie. Słońce o tej porze roku szybko zapadało za horyzont, teraz jednak wyszło nawet zza ostatniej chmury, oświetlając błonia jasnym, mroźnym i zimowym światłem. Drobinki białego puchu unosiły się w powietrzu, a podświetlone przez promienie słoneczne błyszczały i wirowały jakby wcale nie były tylko płatkami śniegu, które opadną na ziemię, roztopią się i znikną. Ale jakby były balerinami przyłapanymi podczas tańca. Ian zapatrzył się na nie, tylko na moment, a później rzucił się w tył, popychając Laurissę do wielkiej zaspy śnieżnej. Działał cicho i sprawnie, chociaż ona podejrzewała co się święci i nie pozostała nieprzygotowana.
         Oboje wpadli po uszy do śniegu, a ten wdzierał się nieproszony za ich kołnierze, spływał zimnem w dół pleców. Tyle tylko, że to nie miało dla nich znaczenia. Rissa nie mogła powstrzymać szczerego śmiechu, kiedy oboje próbowali bezskutecznie wygramolić się ze śniegu, a on naprawdę był dumny z siebie, że to jemu przypadł udział rozweselenia jej. Długo szamotali się w zimnym puchu, zanim zdołali się wydostać, otrzepać ze śniegu i zauważyć, że oboje są przemoknięci do suchej nitki.
         Nie wiedzieli, że z otwartego, arkadowego dziedzińca na trzecim piętrze, gdzie okna wychodzą na szkolną polanę ktoś patrzy na nich z niemożliwym do rozszyfrowania wyrazem twarzy. Można podejrzewać jedynie, że z mieszanką żalu i złości, obrzydzenia i dziwnej do rozgryzienia radości. Ze smutkiem i wściekłością. Postać oparta o zimny, kamienny parapet przechyliła się lekko w przód, wzrokiem obejmując całe błonia. Zimny wiatr rozwiewał mu włosy, które najwidoczniej powinny być w starannie zaplanowanym miejscu. Spojrzenie, które było nawet bardziej lodowate niż śnieg skierował na niebo. Wmawiał sobie, że go to nie dotyczy. Że ma ważniejsze plany, ważniejsze zadania. I zaczął nawet w to wierzyć, że nic z tych dziecinnych zabaw nie ma dla niego znaczenia. Bo było mu tak wygodniej.
         Oczy Blaze'a wyrażały jego samotność. A przecież nie był sam, miał wiele znajomych. Odepchnął się od parapetu i odwrócił do odejścia. W końcu korytarza dostrzegł sylwetkę Evelyn, która musiała na niego czekać i dołączył do niej bez ociągania się.

         Cała trójka – Rissa, Aurora i Ian – wrócili do wieży Rawenclavu prawie drżący z zimna, ale roześmiani i szczęśliwi. Wszyscy byli zmęczeni i wszyscy równo nie potrafili przywołać tak pozytywnego wspomnienia w pamięci ostatnich kilkunastu dni. Rozmawiali głośno, a Ian po raz pierwszy od dawna cieszył się z nadchodzącego weekendu. Aurora mówiła jak zwykle za trzech, Rissa nawet zrobiła się bardziej rozmowna niż ostatnio i z tej trójki to chłopak mówił najmniej. Po drodze spotkali kilku uczniów z piątych i szóstych klas, którzy wracali właśnie do pokoju po kolacji i ostatnie schody pokonali w dużej grupie osób. Kiedy trójka przyjaciół dotarła już do wnętrza ciepłego, wysoko sklepionego pomieszczenia, zatrzymali się.
         - Jutro wypad do Hogsmeade – Middleton podchwyciła nagle temat, patrząc bystrym spojrzeniem po przyjaciołach. - Chyba idziecie?
         - Zastanawiałam się nad tym – przyznała druga dziewczyna.
         - Chodźmy już się przebrać. - Ian zawsze wiedział jak ostudzać zapał i przede wszystkim psuć zabawę. - Mam wrażenie, że nie mam już władzy w stopach, chyba mi odmarzły... Rissa, rzucisz na to okiem? Aurie, masaż by się przydał.
         Obie uśmiechnęły się kpiąco, kręcąc głowami niczym bliźniaczki.
         Wszyscy zgadzali się z tym, że zrobiło się już na tyle zimno, że nawet w ogrzewanym kominkiem, ciepłym pokoju wspólnym ich usta były fioletowe, a ciała drżały z zimna. Rozstali się z wypiekami na twarzach, z mokrymi włosami, przemoczonymi do cna ubraniami. Wyglądało na to, że podczas zabawy ponieśli same straty, ale to nie była prawda. Ian kładł się spać uspokojony i całkiem szczęśliwy.

         Przeskakiwał po kilka stopni naraz, pędząc w dół na złamanie karku. Klął pod nosem, kiedy po raz kolejny ktoś zagrodził mu drogę i musiał zwalniać. Dokładnie liczył kiedyś ilość stopni, które miał do pokonania z pokoju wspólnego na sam dół, do wyjścia z Hogwartu. Zostało czterysta piętnaście. I dziesięć minut do wyjścia z zamku. Ian nienawidził się spóźniać.
         Na korytarzu, który prowadził do głównej klatki schodowej wcale nie było luźniej. Uczniowie, głównie spóźnieni uczniowie tłoczyli się, żeby poczekać na schody, które w tym momencie wymyśliły sobie zmianę położenia.
         - Kurwa mać! Zejść mi z drogi, gnoje – syknął chłopak, niezbyt uprzejmie przepychając się między młodszymi rocznikami.
         Zawsze jednak kosa trafi na kamień i tak też było w tym przypadku. Zatrzymała go wysoka szatynka, która pilnowała, żeby nikt nie spadł ze spocznika w dół, żeby wszyscy czekali na swoją kolej. Ian rozpoznał ją w lot i wiedział, że teraz już niczego nie zdziała. Po prostu nie było takiej ludzkiej siły. Odetchnął, rozluźniając spięte mięśnie karku.
         - Nie wiedziałem, że ty też należysz do spóźnialskich, Liv – zagadnął, obserwując jej włosy rozsypane po plecach.
         Może gdyby miał możliwość być normalnym nastolatkiem powiedziałby coś innego, spróbował czegoś, żeby zjednać sobie tę dziewczynę. Teraz nie to było mu już jednak w głowie. Nie był normalny. Założył sobie plan, który wymagał szeregu wyrzeczeń. Należały do nich długoletnie przyjaźnie i nastoletnie romanse. Przeniósł ciężar ciała na jedną nogę, kiedy ona odwracała się do niego powoli. Wyglądała na przejętą. Jakby od kilkunastu dni myślała usilnie nad nierozwiązywalną sprawą. Chłopak sprawnie udał, że tego nie widzi i ona była mu za to wdzięczna.
         - Bo nie należę. Zbieram was, spóźnialskich – odpowiedziała gładko, zakładając kosmyk włosów za ucho. - Jestem prefektem, pewnie o tym zapomniałeś. Nie wiem, jak udaje ci się mieć tak dobre wyniki w nauce.
         Oparła dłonie na biodrach i to był znak, że nie jest zła, może jedynie zmęczona. Przechyliła lekko głowę w bok, on uniósł brwi i to był t e n moment. Może chcieli sobie coś powiedzieć, ale oboje zdezerterowali, a schody w tym samym czasie wróciły na swoje miejsce. Pierwszy zauważył to Ian i czmychnął przed jej wzrokiem naprzód, machając tylko ręką na pożegnanie. Bez słowa. Nie odwrócił się. Evelyn patrzyła, jak znika za rogiem niższej kondygnacji i stwierdziła, że ona też by się nie odwróciła. Tacy już byli. Poprowadziła grupę młodszych uczniów schodami w dół, na miejsce zbiórki.

         Śnieg sypał w oczy od samego początku, ale prawdziwa wichura śnieżna rozpoczęła się dopiero, kiedy dotarli do centrum magicznej wioski. Kawałki lodu i śniegu w połączeniu z gradem, który bezwzględnie biczował wszystko znajdujące się w jego zasięgu były nie do zniesienia. Większość uczniów oraz nauczyciele, którzy wybrali się na to wyjście zdecydowała się schronić w „Trzech Miotłach” lub herbaciarni. Tylko co głupsi i odważniejsi szli dalej, żeby dostać się do Miodowego królestwa.
         Do głupszych bądź bardziej upartych należeli Ian i Laurissa. Oboje musieli mrużyć oczy, żeby nie zejść w jedną z bocznych ścieżek, a to i tak niewiele pomagało w walce ze śniegiem. Rzucane zaklęcia nie pomagały nawet na chwilę w opanowaniu zawistnej sytuacji atmosferycznej.
         - Może jednak zawrócimy?
         - Zwariowałaś? Jesteśmy za daleko żeby wracać! - Ian prawie krzyczał, żeby pokonać huczący głośno wiatr. I nie miał najmniejszego zamiaru się teraz cofać. Nie można tak po prostu przepuścić okazji to kupienia całego zapasu słodyczy.
Rissa westchnęła, jednak westchnienie to od razu zostało porwane przez dudniący i wyjący w niebogłosy wiatr. Zaspy śniegu rosły z minuty na minutę, a przecież były to dopiero początki grudnia. Zasępiona wrona przykurczona na gałęzi zakrakała żałośnie, kiedy uczniowie przeszli pod drzewem, które zajmowała, ale nie poderwała się do lotu. Kiedy Krukoni dotarli już do celu swojej podróży, nie wiedzieli czy bardziej się cieszą z tego, czy może z faktu, że jeszcze żyją.
         - Zima daje w kość, co? - zaświergotał zaczarowany kanarek ustawiony przy drzwiach. Oboje obrzucili go tylko wymownymi spojrzeniami i weszli w głąb sklepu.
Rozdzielili się szybko. On skręcił w dział po prawej, ona poszła w lewo. Lawirowali pomiędzy półkami, zbierając interesujące ich rzeczy. Ian zaopatrzył się w fasolki wszystkich smaków, które miał zamiar wykorzystać przy okazji następnej imprezy. Rissa wzięła swoje ulubione cukierki z półki i poszła w głąb sklepu.
         Ramsay był w trakcie szukania galeonów w kieszeniach spodni – których pewnie jak zwykle zapomniał, kiedy usłyszał czyjąś rozmowę. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że jednym z rozmówców był na pewno Blaze. Przez moment miał wrażenie, że oberwał silnym zaklęciem paraliżującym, ale szybko przekalkulował symptomy i z pewnością to nie było to. Analityczny umysł podsuwał odpowiedź, której Ian nie chciał przyjmować do wiadomości. Przełknął ślinę i wychylił się lekko zza regału, żeby spojrzeć prosto na plecy Ślizgona odziane w wysokiej klasy skórzany płaszcz do połowy uda.
         Przerwali rozmowę, kiedy dziewczyna – Abigail Haggis, utkwiła spojrzenie w oczach Iana. Ślizgon, z którym rozmawiała szybko zorientował się, że coś jest nie tak. Odwrócił się szybko, bez chwili zawahania. Zmierzył byłego przyjaciela nieprzychylnym – mało powiedziane – spojrzeniem, od którego Ramsay natychmiast się wyprostował.
         - Matka cię nie uczyła, że się nie podsłuchuje? - warknął, zakładając ręce na piersi. Musiał przerwać w wyjątkowo ważnej rozmowie. Ale Abigail? Gryfonka? - Gdzie masz swojego strażnika? - zapytał nagle blondyn, zupełnie zmienił się jego wyraz twarzy. Wcześniej oschły i chłodny, teraz cwany i pewny siebie. Wiedział, na jaką strunę nacisnąć, wiedział dokładnie, jakie słowo dodać i w jakiej kolejności.
         Blaze nie wiedział o Ianie dużo, podobnie jak Ramsay nie wiedział nic o obecnym Hathoway'u. Ale są takie rzeczy, które jeśli raz się pozna, zna się już do końcas życia. Które raz odkryte nigdy nie zostaną schowane. Ian zmrużył oczy. Może właśnie dlatego nie odkrywa się słabości przed innymi ludźmi. Może dlatego nie daje się innym poznać swoich fobii i lęków – te bardzo łatwo się wykorzystuje w każdej sytuacji. Kiedy wpadną w niepowołane ręce, odpowiednio wypowiedziane mogą paraliżować strachem i niemocą.
         Jeśli Ian przyjrzałby się lepiej, dostrzegłby moment wahania na twarzy blondyna. Jakby ten nie wiedział, czy powinien to mówić, czy powinien postępować w ten sposób. Ale Ramsay się nie przyglądał ani niczego nie dociekał. Miał w głowie obraz byłego przyjaciela, obecnego Ślizgona, a na tym obrazie nikt nie namalował pędzelkiem plamki niechęci do swojego zachowania. Nikt nie musnął płótna farbą zwątpienia. Ten obraz był bezwzględny, a dla Blaze'a – na pewno krzywdzący.
         - Daj spokój Hathoway – powiedziała w końcu Abigail, która jako jedyna notowała mijające dziesiątki sekund milczenia rozciągającego się między nimi. - Chyba i tak już skończyliśmy. Widzimy się w zamku, przyjaciele na pewno czekają na ciebie w którymś pubie.
         To sprawiło, że obydwoje otrząsnęli się z zamyślenia. Oboje odwrócili się bez słowa i poszli w różne strony. Oboje mieli teraz na głowie zbyt dużo niewypowiedzianych myśli, które chciały się krzykiem wydostać z ust. I obydwoje przez zbyt wiele lat tłumili coś w sobie, żeby dało się tę relację naprawić.
         - Ian, tu jestem – Rissa stanęła na palcach, żeby było ją lepiej widać zza ludzi czekających w kolejce do zapłaty.
         Strażnik, strażnik, strażnik...
         Ramsay dobrze wiedział, do czego zmierzał Ślizgon. Kłamstwem by było, gdyby powiedział, że się tym nie przejął. Skłamałby najgorzej, gdyby pomyślał chociaż, że nie chce wrócić do Rissy i spędzić z nią kilku godzin wolnego czasu w Hogsmeade. Chciał to zrobić. Ale ta przyjaźń skazana była na zerwanie. Ta jedyna przystań człowieczeństwa, jaka mu pozostała w szkole i w przyszłości skazana była na spłonięcie w ogniu pożogi.
         Odwrócił się, wolno. Widział zdziwienie na twarzy Ernshaw. Ian podejrzewał, że będzie na to zachowanie wściekła, albo co gorsza – pogrąży się w rozpaczy. Kiedy przemyślał to później, zdecydował, że woli, żeby złościła się na niego, podsycała w sobie płomień nienawiści. Nie miał tylko pewności, czy dziewczyna podąży tą drogą. Miał wrażenie, że wszystko wkoło krąży, kiedy stawiał kolejne kroki naprzód. Kiedy znalazł się na zewnątrz nie czuł zimna. Czuł się pusty. Wiedział, że to kiedyś nadejdzie, że ktoś wypomni mu to, że Rissa go przytrzymuje przed postąpieniem na ścieżkę śmierciożerców. On z d a w a ł sobie z tego sprawę. Tylko nie chciał w to uwierzyć.
         Stawy po kilkunastu minutach szybkiego marszu przed siebie zaczęły odmawiać posłuszeństwa, jakby zamarzły. Chciał wrócić się do Miodowego królestwa. Może Rissa pomyślała, że jej nie usłyszał? Albo nie zauważył? Może będzie próbowała znów do niego dotrzeć, będzie szukała jego towarzystwa? To było oznaką słabości w swoich przekonaniach, ale miał na to nadzieję. Że nie zrezygnuje z niego, nie ważne co. Obawiał się tylko, bardzo się obawiał tego, że się myli.

         Wiatr ze śniegiem wepchnął go do wnętrza „Trzech Mioteł”. Biały puch szybko przedostawał się do wnętrza, gdzie topił się natychmiastowo. Ian zamknął za sobą drzwi z niemałym trudem, wzrokiem objął pomieszczenie. Tutaj był niesamowity tłok, chyba większość uczniów wybrała ten zakamarek na spędzenie wolnych chwil. Ian odetchnął głęboko i ruszył naprzód, zupełnie nie oglądając się na boki. Szedł całkiem szybko. Był zły na siebie i na Blaze'a, który wywierał nadal na niego taki wielki wpływ. Nie zorientował się w pierwszej chwili, że kogoś popchnął, a ten ktoś utrzymał równowagę kosztem ciepłej czekolady rozlanej na podłodze i potłuczonego kubka.
         Na początku nie zamierzał się zatrzymywać ani nawet przepraszać, ale zauważył kątem oka tego parszywego Blacka i to dało mu do myślenia. Zwolnił, zatrzymał się prawie. Gemma odwracała się w jego stronę z wściekłością wymalowaną na twarzy.
         - Ramsay – stwierdziła, nie zapytała. Zmrużyła oczy i przyjrzała mu się pobieżnie. Nie wiedzieć czemu, od razu później potoczyła spojrzeniem po przyjaciołach i zatrzymała je na swojej nieodłącznej przyjaciółce.
         Ian musiał przyznać, że czuł się dziwnie w towarzystwie tej paczki. Przede wszystkim – wyobcowany. Miał też wrażenie, że w ich oczach wygląda na konieczne, wcielone zło i należy go wyeliminować. Nie przejmował się tym nigdy zbytnio. Teraz też tylko uniósł brwi, ruchem głowy wskazał na kontuar, za któym uwijała się madame Rosmerta. Jeden ze sławnych w szkole Huncwotów patrzył na niego spokojnie, bez żadnego wyrzutu. Pomyślał, że nawet mimo tego przyjaznego spojrzenia i tak go nie lubi.
         - Za chwilę dostaniesz nowe. Stawiam, bo rozlałaś przeze mnie.
         Powiedział tylko, co miał powiedzieć i przelotnie spojrzał na Gabrielle. Ona udawała zaś, że wcale go nie widzi, jakby był powietrzem – zachowywała się w ten sposób od jakiegoś czasu, ale on miał poważniejsze sprawy na głowie. Jak na przykład przysłużenie się Czarnemu Panu. Kiedy dostrzegł aprobatę Gryfonki, odwrócił się i odszedł od nich szybko, żeby mogli kontynuować swoją rozmowę.
         Zapłacił za rozlany napój, po czym zajął jedno z wolnych krzeseł barowych. Miał szczerą nadzieję, że nikt go nie znajdzie tutaj, w kącie, odizolowanego słupem od reszty sali „Trzech Mioteł”. Liczył na to, że nikomu nie przyjdzie nawet na myśl go szukać.
         Nie przeliczył się.


___________________
Naprawdę zamierzałam napisać i chciałam, żeby to był zgrabny rozdział. Chyba częściowo mi to nie wyszło, aczkolwiek mam nadzieję, że będziecie miały przyjemność czytania :)

13 komentarzy:

  1. Chyba pierwszy raz mam coś takiego, że nie wiem, jak zacząć pisanie rozdziału. No, ale już zaczęłam, a jak powszechnie wiadomo nie lubię wstępów. Jeśli zaś chodzi o Twój wstęp, to naprawdę był on przyjemny. Nie, to zbyt mało powiedziane. Czytałam go i szczerze się uśmiechałam do monitora. Myślę, że jesteśmy już w tym wszystkim wszystkie zakorzenione. Zaczynamy drugą kolejkę, a ja zawsze z łatwością wczuwałam się, może nawet za bardzo w fikcyjne opowiadania. Swoim bohaterom oddaję cząstkę siebie i praktycznie przeżywam wszystko z nimi. Dlatego tak przyjemnie czytało mi się ten początek, zabawę z Aurie, świetne oddanie charakteru Laurissy, tego, że Ian nie odpuścił jej, nie pozwolił jej się całkowicie odizolować. To rozlało autentyczną falę ciepła po moim ciele i nie skłamię, jeśli powiem, że ta scena mnie wzruszyła. Podobnie, jak to, że na wszystko patrzył Blaze, rozdarty między uczuciami, które nie sposób zdefiniować. Kontrast tej sceny robił niesamowite wrażenie, które płynnie przeszło do dalszej części Twojego rozdziału.
    Uwielbiam Twoje opisy, o czym wiesz. Słownictwo dalece wykraczające poza zasób przeciętnego człowieka w Twoim wieku. Potrafisz jednym zdaniem oddać tyle emocji, że chyba nigdy nie przestanę Ciebie za to podziwiać.
    Twój Ian z początku wydawał mi się bardzo pocieszną postacią, ale myślę, że to było cudownym zabiegiem. Zestawienie młodego chłopaka, który nie stara się wcale być dorosłym, z perspektywą tego, że mimo wszystko jego dzieciństwo to tylko kilka chwil w świecie, w którym oczekuje się od niego znacznie więcej, niż wypada.
    Wiem, że piszę nieco chaotycznie i pewnie zapomnę wielu rzeczy, jakie chciałabym napisać. Powiedziałaś mi, że będę na Ciebie zła, a raczej obawiałaś się, że będę. Myślę, że Laurissa mogłaby Ciebie teraz znienawidzić, ja jednak nie jestem nią i szczerze mnie to cieszy, bo to nie przebierając w słowach taka biedna dziewczyna. Przynajmniej w moim odczuciu. Mimo to oddałaś jej postać perfekcyjnie, zaczęłaś tak pięknie, pozytywnie, przez co koniec wydawał mi się jeszcze bardziej okrutny. Symboliczne odwrócenie się od niej, to, że nastąpiło to właśnie po króciutkiej wymianie zdań z Blaze'em - to było czymś niesamowitym. Dodatkowo rozterki Ian'a, to, że nie pozostał obojętny ja swoje czyny. Znał ich konsekwencje i wcale nie był pewny tego, co robi... szczerze... nie wiem, co mam ze sobą zrobić, bo to co napisałaś silnie uderzyło w moje uczucia, czuję się trochę, jak po przeczytaniu mojej ukochanej książki, której tytuł jest Ci doskonale znany.
    To co zrobiłaś naszym postacią, na pewno jest to okrutne, ale ja, jako czytelnik, nie jako właściciel Laurissy nie mogę zabrać Ci tego, że niebywale jest to piękna idea. Piękna w swoim okrucieństwie, jeśli wiesz o co mi chodzi. Sama nie wiem, jak teraz będę miała zabrać się za swój rozdział, ale pierwszy raz od dawna nie boję się tego, że niebawem przyjdzie mi pisać - ponieważ dzięki Tobie wiem już, że w chwili w której zabiorę się za mój wpis, to nie oderwę się od klawiatury. Myślę, że właśnie to jest kolejną piękną ideą wspólnego pisania, nie tworzymy jedynie własnej postaci, tak naprawdę tworzymy cały ogół.
    Miałam jeszcze napisać o innych, właściwie o wszystkim, ale przepraszam... nie potrafię teraz rozpisywać się o jakiś błędach, których było niewiele, czy o tym, jak dobrze zostały ukazane inne postacie. To po prostu nie byłoby fair, gdyby w obliczu tak emocjonującego rozdziału skupiać się na aspektach technicznych. To, że technikę masz świetną i tak już wiesz, ale poruszyć odbiorcę - właśnie to jest sztuką tworzenie i możesz być z siebie dumna, bo niebywale udało Ci się to osiągnąć. To chyba wszystko z mojej strony, będę do tego rozdziału wracać, możesz być pewna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ech, znam już wszystkie wasze komentarze na pamięć, uczę się ich poprzez nieustanne czytanie i podnoszenie sobie samooceny .w.
      Deny kurde no ;.; Dziękuję za wszystko co napisałaś i o czym pomyślałaś, a czego napisać zapomniałaś. Cieszę się, że miałam wpływ na Twoje emocje, chciałabym umieć takie uczucia kontrolować pisaniem :v
      Dziękuję za komentarz i za wszystkie inne ciepłe słowa, ale najbardziej cieszę się, że nie popsułam Ci postaci <3

      Usuń
  2. Ja się naprawdę cieszę, że nie przeczytałam tego wczoraj. To znaczy, naraz się nie-cieszę, że musiałaś czekać a zdaje mi się że mój komentarz jest dla ciebie ważny (samopochlebstwo ╰( ・ ᗜ ・ )╯ ). Ale wczoraj byłam taka zmęczona że pewnie przeczytałabym pobieżnie i napisała jakiś głupi komentarz ;-; A nie zasługuje na to ten rozdział.
    Hmh, nie jestem pewna od czego zacząć. Może to, że muzyka była świetna - zwłaszcza pierwsza, kocham ją *^* - i pasowała do nostalgicznego, smutnego, takiego dobijającego klimatu rozdziału. Nawet kiedy wstawki były weselsze, zawsze kończyło się to tak, że człowiek tracił nadzieję, co oczywiście nie jest żadną wadą rozdziału, bo to nadawało mu charakterystyczny wydźwięk. I mam wrażenie że te zdania jeszcze na długo zostawią u mnie ślad emocjonalny, że się tak wyrażę, zwłaszcza że pogoda się zrobiła chujowa i smutna. Doskonale pokazałaś problematykę swojej postaci, a przy okazji problematykę postaci naszych, zwłaszcza mojej i Deny bo ta relacja chyba jest najsmutniejsza. I pokazałaś to w taki sposób, że jest mi ich strasznie szkoda i bardzo żałuję wielu rzeczy, które zrobił Ian i które zrobił Blaze. I które pewnie dalej będą robić. Bo to jest takie prawdziwe, że ludzie narzucają coś sobie i sami się unieszczęśliwiają mimo że szczęście jest tak blisko na wyciągnięcie ręki, a ty to pokazałaś w ten okrutny sposób, no i... no i... tak się zaczęłam zastanawiać nad swoim życiem. Chyba pójdę popłakać w kącie 。゚(゚´Д`゚)゚。
    Żartuję, co nie ._. Ale smutny ten rozdział tak bardzo!

    Blaze taki zimny! ;_; Wspaniale ci wyszedł, dziękuję że poświęciłaś mu tyle czasu, no uwielbiam cię, uwielbiam go jak o nim piszesz.
    "Postać oparta o zimny, kamienny parapet przechyliła się lekko w przód, wzrokiem obejmując całe błonia." - uwielbiam cały ten fragment o nim, ale to zdanie i to o oczach, mistrzostwo! ╭( ・ㅂ・)و ̑̑ "

    Tak więc naużywałam się emotek japońskich :3 I dziękuję że dałaś nam do przeczytania to cudo! Jak mogłaś mówić że będzie nudno jak to była taka wzruszająca i pouczająca lekcja!
    Pozdrówka, trzymaj się w Krakowie c:


    PS. Tera moja kolej stres mam ;-;

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przepraszam że taki krótki ten komentarz bracie, jakoś tak mi wyszedł ;-; Jak czytam to, co napiszesz to później słów nie mogę znaleźć żeby to opisać bo mam wrażenie że wszystko to, co piszę to za mało ;-;

      Usuń
    2. Nie przepraszaj mnie głupku za długość ;.; To nie ma znaczenia. Bardzo Ci dziękuję za taki piękny komentarz, który niesamowicie podniósł mnie na duchu. Bo właśnie bałam się, że eksperymentując i pisząc ten rozdział nie tylko "zza głowy" Iana, ale także trochę z perspektywy innych postaci, kiedy są same, o czym myślą, jak się zachowują i jak wyglądają, to bałam się że zjebię wszystko na maksa. To była trudna próba, nie powiem. W każdym razie kiedy widzę, że podoba Ci się to co napisałam, to samo to w sobie jest nagrodą i dziękuję <3
      Japońskie emotki rządzo :v To ja dziękuję! ;__;

      Usuń
  3. Choco! Zimny draniu! ;-;
    Poczułam cały klimat. Nawet końcówkami paznokci, ba. A co lepsze włosy mi się zjeżyły na całym ciele kiedy czytałam o fragmencie z Blazem *-* Nie zauważyłam literówek, rozdział czytało się bardzo lekko i przyjemnie. Muzyka mi pasowała, a cały klimat i urok rozdziału rozlewał się po mnie jak Earl Grey w ten chłodny i nieprzyjemny dzień.
    Prawdę mówiąc zastanawiam się co mam powiedzieć. Więcej. I jakiś szczery komentarz - a już wiem! Zamorduję Cię, że przerywasz w takich chwilach. Każdy nowy akapit był dla mnie skokiem w lodowatą wodę, bo chciałam jeszcze i jeszcze ;-; Bardzo mi się podobało - i chociaż wszyscy dobrze wiecie, że nie lubię pisać nieprzyjemnych komentarzy, a raczej same pozytywne, to nigdy nie robię tego w gestii mydlenia oczu. Rozdziały mi się podobają, Twój Choco był jednym z tych, które oceniam baaardzo wysoko.
    Dziękuję Ci, że pokazałaś moją Gemmę aż dwa razy. A drugi całus, pełny szczerości i wdzięczności składam za to, że pamiętasz również o tym jak ważna jest dla mnie moja postać drugoplanowa. Bardzo się cieszę, że jestem z wami i mogę zagłębiać się w wasze spojrzenie na świat stworzony przez J.K.Rowling. Myślę, że tego brakowało mi w życiu, bez względu na jakiekolwiek cienie niepewności, zaciskające się na gardłach każdego z osobna. Bardzo, bardzo mocno Ci dziękuję po raz kolejny i z mocno bijącym serduszkiem wysyłam ogromne fale pozytywnych wibracji!
    Cudnie! *-*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Maru <3
      Gdybym zabrała się za ten rozdział wcześniej być może byłby bardziej dopracowany, być może nie przerywałabym go w takich momentach. Napisałam go jednak brzydko - zupełnie na żywioł. W jeden dzień. Bez przemyślenia. Stąd może akcja urywa się gdzie nie powinna albo pojawiają się tysiące powtórzeń... Następny razem bardziej się postaram! :'D
      To ja dziękuję, jeszcze raz! *^*

      Usuń
  4. Liv Sullivan (Naiive)13 lipca 2015 17:26

    Z wielkim przejęciem czytam fragmenty, w których jest Liv. Tutaj po raz kolejny chciałabym Cię przeprosić, bo teraz wiem, jak pokierowałabym Ian'em i zrobiłabym to w zupełnie inny sposób. Te relacje, jakie pokazałaś w tym rozdziale między naszą dwójką budzą we mnie tak wielkie emocje, że zrobiło mi się smutno!
    #FunFact numero uno: Wiesz, że w pierwszym podejściu też chciałam urządzić bitwę na śnieżki między innymi z Ian'em, Rissą i Aurorą w rolach głównych? Tobie wyszło to o wiele lepiej, muszę przyznać.
    Muzyka świetna. Szczególnie ostatni i trzeci utwór, bardzo dobrze dobrane, w zgraniu z tekstem dostajemy w pakiecie solidnie utworzony klimat. Uwielbiam Twoje rozdziały i z niecierpliwością ich wyczekuję, nigdy mnie nie zawiedziesz. Wiem, że będę do niego wracała jeszcze kilka razy, tak samo jak do prologu. Zazdroszczę Ci tej łatwości, z jaką przychodzi Ci sterowanie innymi postaciami. Ja zastanawiam się setki razy, czy to co piszę, jest zgodne z relacjami. Tobie przychodzi to z taką łatwością, że nigdy nie przestanie mnie to dziwić. Lubię też to, jak potrafisz pokierować uczuciami czytelnika i cieszę się, że nie jestem jedyną osobą, której nastrój zmienił się na przygnębiony.
    Nie napiszę nic nowego - jak zawsze kawał dobrej roboty. <3 Mam ochotę Cię uściskać za ten rozdział!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Za nic mnie nie już tu przepraszaj! <3 Tamto to były tylko drobne sprzeczności, niewiele znaczące, także w ogóle nie powinnaś się nimi martwić :)
      Niemniej jednak cieszę się, że Ci się podobało to, jak przedstawiłam nasze relacje, Twoją postać i w ogóle. Serio? No proszę! To ja najwidoczniej czytam w myślach z tą bitwą na śnieżki! :D
      Tak po cichu, nie masz mi czego zazdrościć ;) Też czytam po kilka razy co napisałam o innej postaci, zastanawiam się, czy na pewno przedstawić ją tak czy nie inaczej... Bardzo mi miło, kiedy ktoś tak jak Ty pisze, że wychodzi mi to łatwo, bo faktycznie może to świadczy o tym, że moje przemyślenia na temat danej postaci są trafne. A to bardzo pocieszająca perspektywa.
      Dziękuję! <3 Ja ściskam!

      Usuń
  5. Chyba pierwszy raz zdarzyło mi się wiedzieć, od czego powinnam zacząć. FALLING SLOWLY *.* Kocham to :D Tylko usłyszałam pierwsze dźwięki i musiałam najpierw wysłuchać, nim znów zaczęłam czytać.
    Co do rozdziału to początek był dla mnie miłą odskocznią od trochę ponurego Ian'a, który wreszcie szczerze się uśmiechnął. Chyba takie fizyczne odstresowanie dobrze zrobiłoby wszystkim. I ta rozmowa pomiędzy Ramsay'em a Rissą. Uwielbiam te dialogi za nutę zgryźliwości, ale również pełną uczucia jakim się darzą.
    Tak ładnie przeszłaś od bitwy na śnieżki do Blaze'a, który stał samotny gdzieś w zamku, aż żal mi się chłopaka zrobiło. Ta niszcząca relacja pomiędzy chłopakami, obok której nie można przejść obojętnie. Przyznaję, że czekam, aż któryś się złamie i wreszcie powie co czuję. Mam wrażenie, że obaj są tak skryci, że to nigdy nie nastąpi.
    Dziękuje, że Abigail pojawiła się w rozdziale :) Co prawda, nie ustaliłyśmy żadnych głębszych relacji pomiędzy naszymi postaciami, ale myślę że bal coś zmieni.
    Kurcze, jestem zła za Ian'a za akcję z Laurissą. Widać, jak chłopak izoluje się coraz bardziej od ludzi, na których mu zależy i to z wzajemnością. Mam dziwne wrażenie, że każdy z naszych bohaterów jest samotny. Smutne, ale jednocześnie tak bardzo prawdziwe w czasach wojny.
    Co do ogólnego stylu, to jak zwykle przepełniony milionami emocji. Zdarzyło Ci się parę literówek i powtórzeń, ale to jak każdemu i były one minimalistyczne. Ogólnie rozdział bardzo dobry :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Abi, za wstawienie się za Laurissą! Ian okrutnik, nawet nie kupił tych swoich fasolek wszystkich smaków ;^;

      Usuń
    2. Jestem bardzo wdzięczna za Twój komentarz <3 Dziękuję <3
      A tak, Falling Slowly to jest dopiero piosenka! Cieszę się, że trafiłam z nią w Twoje gusta :D No i przede wszystkim przepraszam, że Abi było tak mało - następnym razem jakoś rozwinę te relacje tak, żeby móc napisać o niej więcej, bo w tym rozdziale to jedyna postać główna, którą trochę "pominęłam" ;.;
      Dzięki! <3

      Usuń
  6. Ostatni będą pierwszymi, więc wynika z tego, że mój komentarz jest pierwszy! Deal with it B)

    A teraz już na poważnie. Ten rozdział wzbudził we mnie taki ogrom feelsów, że w pewnym momencie musiałam przerwać czytanie, odejść od kompa i trochę sobie odetchnąć, bo nie zniosłabym tej fali uczuć na jeden raz. Wrażliwy ze mnie typ, a kiedy ktoś w tak umiejętny sposób przekazuje swoje emocje, to ciężko mi się później pozbierać. A Ty mi to robisz zbyt często, Janusz! ;-;
    Ogólnie rzecz ujmując, to jestem pod ogromnym wrażeniem. Sposób, w jaki wykreowałaś Ian'a w tym rozdziale był nieco inny niż we wcześniejszym Twojego autorstwa, takie przynajmniej moje wrażenie. Widać było, że Ramsay już na poważnie rozważa chęć bycia Śmierciożercą i ten cel jest dla niego tak ważny, że jest w stanie poświęcić przyjaźń z Laurissą. To był bardzo mocny fragment. I biedny zapomniał kupić fasolek! ;-;
    Scena bitwy na śnieżki była super. Ten fragment: "Nikt nie zauważył nawet, kiedy w bitwę zaangażowało się kilkunastu uczniów tworzących wyraźne opozycje – nie podzieleni domami, uprzedzeniami ani rolami, jakie mieli obrać w nadchodzącej wojnie. Jedyna wojna jaka miała znaczenie to ta tu i teraz – na śnieżki. Śmiech rozlewał się na całą polanę, docierał nawet do zakazanego lasu stanowiącego barierę, przez którą się nie przedostawał, na której cichł i malał." był szczególnie taki... nie wiem, istotny dla mnie? Bo rzeczywiście, poza Hogwartem ludzie umierają, walczą i cierpią, a uczniowie rzucali się śnieżkami i po prostu dobrze spędzali czas. To było tak niesamowicie prawdziwe i szczere. Po raz pierwszy w Hogwarcie chyba taka luźna atmosfera, każdy miał chwilę, by odetchnąć ;')
    Dziękuję, że było tutaj miejsce dla Aurory, z przyjemnością czytałam każdy poświęcony jej fragment. Bardzo dobrze oddałaś jej beztroskę ^^ I Aurora robiąca masaż - czy to jakiś przekaz dla mnie, przyszłej masażystki? xD
    Reasumując, overload feelsów razy milijon. Dobra robota, z górnej półki rozdział. Coś pięknego, królu złoty. ♥

    OdpowiedzUsuń