Zajęcia tego dnia dłużyły się jednym bardziej, drugim znacznie mniej. Do tych pierwszych należała bez wątpienia panna Laurissa, która od dłuższego już czasu patrzyła bez celu w okno, za którym powolutku i w małej ilości padały drobne płatki śniegu. Od jakiegoś czasu ten widok był dla niej udręką, wszystko co złe przyniosła ze sobą jej ukochana zima. Będąc młodszą bardzo chętnie głosiła teorię, że śnieg zakrywa wszystko, co brudne i plugawe na świecie, będąc starszą nie rezygnowała z tej myśli, ale nie dzieliła się nią z innymi, a teraz? Teraz mogłaby uśmiechnąć się jadowicie i wyzwać zimę od ohydnych obłudników, jakich dookoła coraz więcej. Pokrywa śniegu była jedynie maską, białym płótnem, które z pozoru wydawało się piękne, a tak naprawdę odgrywało rolę podkładu, na żadnym innym tle krew nie była tak widoczna. Nie tylko ta fizyczna, ta która pulsowała w żyłach każdego, ale była też powodem do jej przelewania, o nie! Tą krew znacznie łatwiej zetrzeć, zakryć kolejną warstwą śniegu i zapomnienia, czasem jednak niektórzy krwawią nie roniąc ani kropli... to daje innym wymówkę, aby się nie mieszali. Laurissa była jednak zdania, że każdy widzi cierpienie drugiej osoby, w tę jedną porę roku, kiedy świat jest taki przejrzysty wychodzą z nas największe demony, egoiści myślący tylko o sobie. Nie potępiała ich, nie głosiła ich win otwarcie... sama należała do ich grona.
- Nie popisała się pani, panno Earnshaw - głos profesora przerwał chwilę zadumy blondynki, a przed nią wylądowało jej wypracowanie z eliksirów. Niekoniecznie chciała usłyszeć takie słowa od mężczyzny, ale nie dała tego po sobie poznać, tym bardzie, że ten zaraz oddał pracę Aurory, tym samym odzyskując swój dobry humor.
- Ian ci tego nie sprawdził? - zagadnęła Middleton, kiedy obie wyszły już z pracowni i wraz z innymi uczniami zaczęły przemieszczać się korytarzem.
- Był zajęty - skłamała, bo sama nie poprosiła Krukona. W zasadzie nigdy nie prosiła, jeśli miała się nad tym zastanowić. Po prostu wciskała mu prace z eliksirów, a on bez słowa, a może nawet z pewną satysfakcją wytykał i poprawiał jej błędy. Powinna być za to na niego zła, ale nigdy jej to nie przeszkadzało. Można powiedzieć, że schlebiał jej fakt, iż chce z nią rywalizować, pokazywać w czym jest lepszy. Tłumaczyła to sobie (błędnie, bądź słusznie) jego potrzebą zaimponowania jej. Prawda jest taka, że i bez starań to robił, ale ostatnio sprawy między nimi się skomplikowały.
- Widziałam go w bibliotece z Liv, jej miał czas pomóc - wymsknęło się Aurorze i chyba z początku nie wiedziała nawet, jak te słowa zabolały jej przyjaciółkę. Laurissa, chociaż z kłamstwem od dawna była na ty, w tej chwili nie powstrzymała wyrazu dziwnego bólu. - Może robili jakąś wspólną pracę, dlatego ci nie pomógł - dodała w pośpiechu, nieco gestykulując przy tym rękami.
- Może, mało mnie to obchodzi - rzuciła sucho Earnshaw. Obie zasępiły się nieco, każda z nich od dłuższego już czasu borykała się z własnymi myślami, podobnie też żadna nie miała odwagi, aby zapytać. Aurora chciała poznać sekrety przyjaciółki, jeszcze nie tak dawno była gotowa zapytać wprost, ale teraz sama miała swoją tajemnicę i nawet nie chodziło o to, że nie chciała powiedzieć o niej Rissie, po prostu nie wiedziała jak ma to zrobić. Pod tym kątem patrzyła też na kapitan drużyny Krukonów, może ona też nie znała słów, którymi należy wypowiadać swoje obawy i przemyślenia?
Ich przyjaźń trwała już tyle lat, obie bez zastanowienia powiedziałyby, że znają siebie doskonale, ale ile w tym prawdy? Jak można mówić, że się kogoś zna, kiedy tak naprawdę widzi się jedynie to, co druga osoba chce pokazać? Aurie nigdy wcześniej o tym nie myślała, możliwe nawet, że była z tego powodu niezadowolona, ale chociaż chciałaby czuć zawód, to nie mogła. Na pewno nie teraz, kiedy widziała, że z jej przyjaciółką nie jest dobrze, nie potrafiła się na nią gniewać i sama także nie mówiła jej o wszystkim.
***
- Blair podaje do Ramsay'a, ten napiera na boczną obręcz, oddaje strzał! Cóż za zmyła, rzuca w środkową obręcz, ale Duckling nie daje się zwieść! Obrońca Puchonów jest dziś w doskonałej formie, widząc, że znając styl Earnshaw, kapitan Hufflepuffu zmienił taktykę z poprzedniego meczu na bardziej ofensywną i przynosi to efekty! - głos komentatora z domu Lwa roznosił się po boisku do quidditcha, przebijając się przez wrzaski kibiców.
To był dobry dzień - mało ambitne stwierdzenia, ale wielu z uczniów Hogwartu właśnie tak go oceniało. Śnieg padał niemiłosiernie, a wiatr przeszkadzał w utrzymaniu pozycji, jednak nie warunki atmosferyczne były najważniejsze. Liczył się duch walki, sport, który jednoczył i dawał namiastkę zwykłego szkolnego życia. Ostatnio młodzież, niezależnie od domu z jakiego pochodziła była tak obarczona przez wszelkie problemy, że nikt nie zamierzał odpuścić sobie widowiska. Tym bardziej, że ostatnio Puchoni popisali się talentem i każdy, kto tego nie widział pluł sobie w brodę.
Teraz wszystkie trybuny były wypełnione. Dom Lwa wyraźnie kibicował Krukom, w nadziei, że zmiażdżą tych, którzy ostatnio triumfowali. Sprawa ze Ślizgonami nie była taka łatwa, trudno było określić komu dokładnie kibicują. Na trybunach znajdował się jednak cały skład Slytherinu, na polecenie Ethan'a Sullivan'a każdy miał dokładnie przypatrywać się taktyce obu drużyn.
Jedni robili to chętniej, inni ze zacznie mniejszym zaangażowaniem. Należała do nich między innymi Evelyn, która niekoniecznie miała teraz głowę do sportu. Mimo wszystko, jeśli ktoś by zapytał, a ona postanowiłaby udzielić odpowiedzi, to za swoich faworytów uznałabym Krukonów. Teraz też uczepiła się widoku Ramsay'a świadoma tego, że w końcu przerzuci piłkę przez obręcz.
Obok niej miejsce zajmował Blaze. Między nimi było dość... dziwnie. Jak widać problemy tych czasów dotykały relacje wszystkich, niezależnie od ich siły, czy osób, które łączyły. Jeśli jednak chodzi o wzrok Hathowaya, to nie był on stabilny, jak ten od Ślizgonki. O nie, spojrzenie miał obślizgłe wręcz, nie przeskakiwało z punktu na punkt, a ześlizgiwało się, jak po wyjątkowo gładkiej powierzchni. Jego celem miało być wyłapanie wzroku Abigail, która siedziała wśród innych Gryfonów. Blondynka jednak uparcie tkwiła we własnych myślach, co niezwykle irytowało Blaze'a. Gdyby spojrzała na niego, mógłby się zająć jej osobą, a tak? Co chwila tracił kontakt z jej sylwetką, na korzyść Ramsay'a, bądź Earnshaw.
Tą drugą nie tak trudno było odnaleźć na boisku. Tkwiła wysoko, w miejscu, jakby prezentowała swoją postawę do świata - była ponad to. Blaze zacisnął dłoń w pięść, musiał nieco unieść głowę, patrząc jak niebieski strój powiewa, a miotła buja się lekko przez wiatr. Wyglądała, jakby zapomniała, gdzie się znajduje, to nie było do niej podobne, nie, gdy była na boisku. Podobała mu się jednak myśl, że jest wysoko, z dala od innych. Nie rozumiał dlaczego, ale te głupie spostrzeżenie wywołało na jego twarzy drobny, ledwo zauważalny uśmiech. Tak się jednak zdarza, że czasem te najmniej istotne i najkrótsze gesty przykuwają najwięcej uwagi.
Abigail jedynie na kilka sekund uniosła spojrzenie i to wystarczyło, aby zauważyła Ślizgona. Zadarta głowa była niczym gorejący znak w którym kierunku sama powinna spojrzeć. Zrobiła to, a powiewających blond włosów i białej jedenastki na stroju nie dało się pomylić. Skrzywiła się lekko, znów dochodząc do wniosku, że pod jej nosem kryje się jakaś tajemnica. Momentalnie zjechała spojrzeniem na Ramsay'a. Ta trójka musiała mieć coś wspólnego, poza tym słyszała o boginie Laurissy. Widok umierającego Ian'a nikogo nie zdziwił, wiele plotek krążyło o tej dwójce, ale Blaze? Czuła się trochę, jakby w jej ręce wpadła oprawa do niesamowicie ciekawej księgi, ale oprócz okładki nie było nic więcej, żadnych stronic, tylko spis bohaterów.
- Na boisku od pierwszych minut nie brakuje nam emocji, jednak trudno zignorować Earnshaw, która zawisła w powietrzu, jak zły omen - Lake miał to do siebie, że oprócz komentowania musiał chwalić się jeszcze swoim nikłym poczuciem humoru, które jednych bawiło bardziej, a innych mniej. Samej Laurissie działało na nerwy, ale nie można mu było odmówić tego, że wyrwał ją z zadumy. - Krukoni grają agresywnie, jak nigdy, podczas gdy sama kapitan obserwuje boisko. Znicza jednak nie widać, mimo to Polkiss szaleje na boisku, jest jej wszędzie pełno, pałkarze nie mają łatwo! Willow i Cross lawirują w powietrzu, ale MinAh zgrabnie macha pałką, cóż za kobieta! - po boisku rozniosła się fala śmiechu, a McGonagall trzasnęła Lake'a w tył głowy, co dodatkowo rozluźniło wszystkich tu zgromadzonych.
Tak, ten dzień był dobry. Dla Laurissy mógł być jednak lepszy, bądź gorszy, wszystko zależało od tego meczu. Ostatni trening był okropny, wszyscy to czuli, ale Earnsha nie chciała, aby to co jest między nią, a Ian'em miało wydźwięk na ich drużynie. Potępiałaby siebie sama za takie zachowanie. Musiała być profesjonalna, nie było innej możliwości. A nade wszystko musiała wygrać ten mecz. Nie dla domu, dla drużyny, nawet nie dla własnej satysfakcji.
W chwili w której na trybuny wszedł Blaze wiedziała już, że pokaże i jemu, i Ramsay'owi ile potrafi. Ten pierwszy miał czuć się okropnie z myślą, że sam może jedynie patrzeć, jak ona odnosi sukcesy, ten drugi miał widzieć, że jej wola walki dalece wykracza ponad jego wyobrażenia. Oboje mieli dostać nauczkę, ale ten pomysł niósł za sobą obawy... co jeśli mimo swoich starań nic nie osiągnie? Co jeśli jej wygrana spłynie po nich, jak po kaczce? Dlatego wciąż tutaj trwała, sama nienawidziła siebie za to, ile wątpliwości rodziło się w jej głowie.
Całe szczęście w największych ciemnościach najlepiej widać najmniejsze błyski.
- Samuelson traci piłkę, ale Blair i Ramsay już pędzą, aby ją odebrać... ale co to! Earnshaw robi nura! Leci w dół w prostej linii! Oby miała plan, bo jak rąbnie o ziemię z takim impetem, to dostaniemy konfiturę z kruka! - Wszyscy patrzyli teraz na blondynkę, nawet zawodnicy na moment skupili na niej swoją uwagę. Zwykle działała rozważnie, a nie odstawiała jakie popisów, jeszcze bez pokrycia.
Ramsay zaklął pod nosem szpetnie, ale kiedy dziewczyna go mijała dotarło do niego, jakie rozkojarzenie panowało na boisku. Wykorzystał to, w jednej chwili ruszył z miejsca, przecinając powietrze. Piłka znów była jego, oddał ją Sheili, która po minięciu Fostera i Stanet'a odrzuciła ją z powrotem starszemu koledze.
- Co tam się dzieje! Krukoni przejęli boisko, Ramsay bez problemu trafia w obręcz! Polkiss nie wie, gdzie lecieć, ale Earnshaw odbija przy ziemi i już ma Puchonkę na ogonie, tylko gdzie leci? Chwila, wyciąga rękę i wlatuje w pozostałych członków drużyny. Czy to znicz? Tak, teraz to on leci w górę, zaledwie centymetry od palców Krukonki. MinAh znów atakuje! Tłuczek leci prosto w Earnshaw, ale spokojnie! Willow wślizgnął się od dołu i wybił niebezpieczeństwo, tym samym zrzucając z ogona swojej kapitan wrogą szukającą! Polkiss została w tyle, ale to jeszcze nie koniec.
Laurissa mimo gogli, które chroniły ją przed śniegiem i tak mrużyła oczy ze zwykłego ludzkiego odruchu. Była przecież tak blisko, a jednak miała wrażenie, że nic nie jest przesądzone. Będąc tak blisko celu najbardziej obawiamy się, że go utracimy. Było jej okropnie zimno, nic dziwnego, bo zamiast ruszać się wraz z innymi, wisiała w powietrzu, ale przecież zauważyła znicz, więc się opłaciło. Teraz pozostawała kwestia złapania go.
Przeleciała przez jedną obręcz za tą cholerną piłką, a tam znów dopadła ją Polkiss. Obie dziewczyny nie odpuszczały, mało na siebie nie wpadły, kiedy korkociągiem leciały w dół, wzdłuż słupka, wokół którego kręciła się złocista kula.
Obie chyba miały już dość tej gonitwy, komentator znów wrócił do opisywania sytuacji innych zawodników, uznając zapewne, że mecz tak szybko się nie skończy. Obie drużyny zdobyły jeszcze kilka punktów, a Krukonka sama ciskała już niecenzuralnymi sowami, które całe szczęście przez zamieć nie dotarły do niczyich uszu, bo jeszcze ktoś by pomyślał, że zapomniała z jakiej rodziny pochodzi.
Znicz latał między zawodnikami, więc omijanie ich było największym problemem, skończenie meczu stawało się niemal niemożliwe. Obie już wiedziały, że tak go nie złapią. Kiedy konwencjonalne metody zawodziły, można było liczyć tylko na szczęście... albo niekonwencjonalne metody. Do tych drugich zawsze była jednak potrzebna zaufana pomoc, a chociaż Laurissa wiedziała, że ostatnimi czasy Ian ją od siebie odtrąca, to czuła, że jeśli mu na to pozwoli, już go nie odzyska. Musi mu więc stale przypominać, że wciąż sobie ufają, znają siebie, jak nikt inny.
- Nie złapią tego znicza i tyle z tego będzie - burknęła Liv, czując się nieco dziwnie w sytuacji, w której będąc obok swojego przyjaciela nie odzywała się do niego słowem.
- Nie wiadomo, upartość niektórych zawodników nie zna granic - odparł blondyn i wsparł brodę na złączonych rękach. Nie ukrywał przed samym sobą, że od jakiegoś już czasu odpuścił sobie polowanie na wzrok Gryfonki i skupił się na meczu. Miał w tym wszystkim sporo racji ale wypowiadając swoje słowa nie mógł przewidzieć tego, co zaraz będzie miało miejsce na boisku.
Znicz upatrzył sobie zawodników na innych pozycjach i wokół każdego robił trzy kółka, po czym ruszył do następnego. Gdyby któraś z dziewczyn podleciała, mogłaby doprowadzić do wypadku, obie więc trzymały się w nie dłużej odległości do momentu w którym znicz nie miał znów się przemieścić - do Ian'a. To była chwila w której ruszyła, jak strzała, a w uszach świsnęło jej groźnie.
- Iaaaan! Robimy podmianę! - nigdy tego nie robili, nie było to też żadnym elementem opracowanej wcześniej strategi. Daleko odbiegało to od tradycyjnej gry a co ważniejsze ta głupia sztuczka była wymysłem pewnego Ślizgona, który lata temu uznał, że dla młodszej koleżanki nie jest to tak bezpieczne, jak dla niego i Ramsay'a. No cóż teraz już dorośli i zaraz się przekonają ile racji miał w przeszłości Hathoway.
Ścigający patrzył na zbliżającą się przyjaciółkę nie kryjąc zaskoczenia. Nie wiedział, czy dobrze ją zrozumiał, ale fakt, że zbliżała się pod idealnym kątem prostym tylko go w tym upewniał. Chociaż wiedział, ze będą wyglądać, jak dwójka zwykłych lamerów, to nie mógł powstrzymać głupiego uśmieszku - tego z politowaniem. Laurissa nie mogła go widzieć, ale doskonale wiedziała, jaką ma minę, sama się uśmiechnęła. Znicz wykonywał drugi obrót wokół Ramsay'a.
- Teraz! - wrzasnęła głośno, a wszyscy zamilkli pewni tego, że dwójka kretynów w akcie desperacji trzaśnie w siebie, by niczym boiskowi Romeo i Julia pieprznąć o ziemię, ważne, że razem. Tylko jeden widz wyprostował się, jakby nie wierząc w to, co się dzieje i bynajmniej nie porównywał ich do męczenników Szekspira, jak już to do też do dwójki kretynów, ale tutaj w znaczeniu pozytywniejszym, niż jakakolwiek myśl Laurissie i Ian'ie na którą pozwolił sobie w ostatnim czasie.
To były zaiste sekundy. Miotły Laurissy i Ian'a przecięły się, z lotu ptaka tworząc idealny krzyż. Nie uderzyły w siebie, ta od dziewczyny przeszła zaledwie kilka centymetrów pod drugą. Żadne z nich nie przejmowało się jednak lotem mioteł, bo w tej chwili to ich osoby były najważniejsze, a teraz niekoniecznie chcieli zlecieć i ziścić domysły prawie wszystkich widzów.
- Nie spieprz tego - dotarł do niej głos ścigającego. W tej samej chwili oboje unieśli swoje nogi, on lewą, ona prawą. Przekręcił się w przeciwny bok i już siedział na jej miotle, która wysunęła się od dołu. Ona zrobiła dokładnie to samo w drugą stronę, już unosząc w powietrzu rękę. Znicz nie był w stanie się wycofać, pewny, że ostatnie trzecie okrążenie wciąż wykona wokół chłopaka, a tym czasem na jego miejscu znalazła się dziewczyna. To nawet nie było złapanie, sam wpadł jej w rękę, a cisza jaka panowała jeszcze chwilę temu, teraz była jedynie wspomnieniem.
- Earnshaw ma znicz! Wygrywa Ravenclaw! Cóż to była za sytuacja! Nie wiem ile to ćwiczyli i po co, ale kto by się tym przejmował! - Lake sam był w świetnym nastroju, a chociaż sama Laurissa nie wołała wesoło, to była zdania, że na boisku nie ma drugiej tak szczęśliwej osoby, jak ona. Mogli ją odpychać, ale ich sukcesy nadal będą wspólne, nawet jeśli tylko jedna osoba będzie do tego brnąć.
***
- No, no! Nieźle to sobie wymyśliłaś Laurisso, kto by pomyślał, że ten wasz Ian taki zgrabny i skoczny, istna sarenka! - pochwaliła pół żartem Gemma. Po meczu wszyscy ruszyli świętować, ale Laurissa wolała wrócić w spokojniejszej atmosferze, odetchnąć nieco. Kiedy wyszła z ich szatni czekały już na nią Aurora i jej starsza koleżanka z domu Lwa, która teraz dołączyła do nich i w trójkę kierowały się do Hogwartu.
- To było dość spontaniczne - odparła grzecznie blondynka. Nie znała Gryfonki tak dobrze, jak Aurora, ale obie czuły zapewne, że coś jest nie tak. Prefekt już od dawna się nad tym zastanawiała, Laurissa dopiero teraz, bo chociaż Gemma jak zwykle była wesoła, to w tej jej wesołości brak było typowej dla niej swobody. Jakby zachowywała się jak zwykle nie dlatego, że chce, ale musi.
- Bardzo dobrze, czasem nie taktyka, a losowa sytuacja przesądza o wszystkim.
- Się w tobie poetka odezwała! - zażartowała z niej Aurora, przez co wszystkie mimowolnie zachichotały, każda jednak na swój sposób. Middleton chciała obie je rozluźnić, Laurissa dodała od siebie wydźwięk grzeczności, a Arterton udała, że żart całkowicie zajął jej myśli. Krukonki widziały jednak, że śmiech nie dosięgnął jej oczu.
- A jak! Poczekaj kilka lat, a nasze dzieci będą recytować moje poematy na historii magii.
- No proszę, robisz temu przedmiotowi jeszcze gorszą reklamę, niż nudne wykłady profesora Binns'a - męski głos, który dotarł do nich z tyłu należał do nikogo innego, jak Syriusza Blacka. Laurissa spięła się nieco, nikt jednak tego nie wyczuł, było to zasługą właśnie tego młodzieńca, który skupiał na sobie całą uwagę.
- Tak się składa, że nie dbam o Twoją opinię, zwyczajnie nie znasz się na wartościowej poezji - odgryzła się szybko Gemma, wzruszając ramionami, jak gdyby nigdy nic. Jak się okazało Syriusz przekazał dziewczynie, że wszyscy jej szukali i tak oto oboje odeszli w innym kierunku, gdy byli już na dziedzińcu zamku.
Dwie sylwetki nikły w korytarzu, pozostawiając po sobie jedynie stukot własnych butów. To także mogło wydać się dziwne, bo odeszli w milczeniu i pewnie ktoś, kto znałby ich lepiej, od młodej Earnshaw zachowałby sobie ten szczegół w pamięci. Szkarłatno ustna blondynka wolała natomiast skupić się na czymś innym. Na tym jak tamta para, zapewne nie zdając sobie z tego sprawy oddala się dokładnie tym samym rytmem. Nie jedynie ich nogi robiły kroki o tej samej długości (a warto tu zaznaczyć, że różnica ich wzrostów powinna utrudniać im ten manewr), ale też cała reszta. Włosy poruszające się od tymi samymi kątami, barki unoszące się i opadające. Lekko huśtające się ramiona. Widok ich pleców wyzwolił w Laurissie więcej emocji, niż jakakolwiek wcześniejsza rozmowa z Gemmą, bądź kurtuazyjna wymiana uprzejmości z Syriuszem.
- Ładna z nich para... - głos Earnshaw przebił się przez ciszę, jaka siłą rzezy zapadła pomiędzy przyjaciółkami.
- To chyba nic oficjalnego - wydukała w odpowiedzi prefekt. Oczywiście mogłaby zaraz podzielić się plotkami, wiedzą na temat relacji gryfonów, której zakres sięgał znacznie dalej, niż szczątkowe informacje, jakie posiadała Rissa. Aurora była jednak dobrą koleżanką i chociaż ufała Laurissie, jak nikomu, to dotyczyło to jedynie rozmów o niej samej, nie o innych. Earnshaw właśnie za to ją szanowała, dlatego uśmiechnęła się delikatnie, jakby chciała powiedzieć, że nie pyta o nic, o czym Aurie nie chciałaby mówić.
- Oficjalne to mogą być śluby! - skwitowała, czując potrzebę rozluźnienia atmosfery... ponownie to robiła. Trzeba też podkreślić, że nigdy nie była w tym dobra, a może raczej miała świadomość tego, że to głównie z jej powodu atmosfera często gęstnieje. Nie mniej jednak teraz jej wzrok, mimo hardego tonu wydawał się nieobecny. - A inne uczucia... czy to przyjaźń, czy miłość... sądzę, że oficjalność je zabija, wprowadza niepotrzebną obowiązkowość i oczekiwania otoczenia. Stawia na naszej drodze wybory, których sami, zamknięci we własnym, pozbawionym widzów świecie byśmy sobie nie postawili.
Przy pierwszych słowach pani kapitan, jej przyjaciółka chciała zażartować. Była na to gotowa, można powiedzieć, że teraz nie ślinę przełknęła, a perlisty chichot, który z siłą przeznaczenia miał obijać się od kamiennej posadzki i ścian przez dobre kilkadziesiąt sekund. To byłoby naturalne i młodzieńcze, na pewno odpowiednie w dniu, w którym szczególnie Krukoni mieli zapomnieć o stresach, a skupić się na zabawie. Faktycznie, powinna była się roześmiać i teraz, czując jak przez zaciśnięte pięści, rani sobie środek dłoni paznokciami, przeklinała siebie za to, że dała się wpędzić w melancholijny nastrój wypowiedzi drugiej dziewczyny.
- O czym ty mówisz? - wiedziała, że za tymi słowami stoi coś więcej. Jednak w chwili w której Laurissa spojrzała na nią, a pociągnięte szminką usta wygięły się w niewymuszony uśmiech wiedziała już, że nie pozna odpowiedzi na swoje pytanie. Głupia jednak nie była, znała paradoks swojej przyjaciółki, jakim było to, że jej niewymuszone gesty zwykle były tymi najbardziej sprzecznymi z jej naturą.
- A tak sobie filozofuję. Porwał mnie klimat naszej wcześniejszej rozmowy z Gemmą - odparła lekko, z taką samą lekkością z jaką jej włosy opadły na ramię, gdy zaczesała jej dłonią. Laurissa niewątpliwie potrafiła udawać i Aurie właśnie w tych chwilach, w których Earnshaw była taka perfekcyjna czuła niezwykły żal względem jej osoby.
- Chodźmy już, wolę być w pokoju wspólnym, zanim czwartoklasiści go rozniosą - dobrze wiedziała, że tym przyzwala przyjaciółce na takie zachowanie. Na to, aby Laurissa nadal udawała i kryła się za tymi "niewymuszonymi" gestami. Wiedziała jednak, że jest jej potrzebna, bo w chwilach takich, jak ta zawsze dostrzec mogła ten jeden błysk w bladych oczach Rissy. Błysk mówiący "dziękuję".
Potem Laurissa mrugnęła, gestem tym kończąc niewygodną wymianę zdań.
***
W pokoju wspólnym Krukonów dawno nie było takiego tłumu, a już na pewno takiego hałasu. Jeśli ktoś robił sobie kiedyś żarty z tego domu, sądząc, że to banda moli książkowych, których nosy wychylają się znad książki jedynie w przypadku kichnięcia, to powinien być tu teraz. Muzyka, rozmowy, krzyki, śmiechy, toasty, niewybredne żarty z zawodników z drużyny Puchonów, wyznania miłosne pod adresem własnej drużyny, wszystko to nachodziło na siebie dając atmosferę, o jakiej wydawałoby się, że w tych czasach można pomarzyć.
Nikt nie zamierzał odmawiać sobie zabawy. Nikt! Warto więc zaznaczyć, że nawet sama Rowena Ravenclaw dała wkręcić się w zabawę. No może nie z własnej woli, ale w szaliku, czapce i z dużą, piankową ręką naciągniętą na jej kamienną dłoń wyglądała całkiem zabawnie. Wszyscy jednogłośnie uznali, że w barwach drużyny kamienny pomnik wygląda o wiele przyjemniej. Najbardziej ta opinia spodobała się chyba dwójce piątoklasistów, którzy przebrali tak figurę, bo tym samym mieli świadomość, że uda im się uniknąć kary za ten dowcip.
- Gdy Kruki w quidditch'a grają, innym domom w dupy dają! - nie obyło się bez różnych przyśpiewek, które co rusz mądrzejszy z towarzystwa postanowił wyśpiewać, ciesząc się kilkusekundową sławą.
Aurie, Laurissa, Ezra, Ryan i Victor siedzieli na kanapie, stanowczo przekraczając ciężar, jakim powinien być obciążany ten mebel. Żartowali wesoło, otoczni dodatkowo przez innych uczniów. Nie było co ukrywać, dziś drużyna zbierała same pochwały i była w centrum zainteresowania.
- Jak Ramsay piłką przywali, aż Puchoni się posrali! - znów jakiś mądry zaintonował gdzieś za ich plecami.
- Ech, chyba trzeba ich uciszyć - mruknęła z przekąsem Aurora, gotowa się podnieść, ale zaraz Ezra położył jej dłoń na ramieniu.
- Przestań, niech się bawią, a co do rymów, to możesz być pewna, że jeśli jakiś dom oberwie dziś karne punkty, za rzucaniem mięsem, to pewnie będą to właśnie Puchoni - wypowiedź obrońcy, jak nietrudno się domyślić spotkała się z gromkimi wiwatami aprobaty.
- Pewnie Polkiss nadal nie może przeżyć tego, jak nasza pani kapitan ją wyrolowała! - podchwycił zaraz Ryan, szczerząc zęby w blasku ognia, z kominka. Laurissa uśmiechnęła się, ale ten gest ograniczyła do ruchu ust. Paradoksalnie od czasu głupiej rymowanki z Ian'em w roli główniej, nie potrafiła pozbyć się myśli o przyjacielu z głowy. Idąc do dormitorium z Aurorą liczyła na to, że będzie już dobrze. Wydawało jej się, że tam, na boisku wszystko wróciło do normy, a jednak było inaczej
Kiedy się tutaj pojawiły tylko raz, na krótką chwilę złapała jego wzrok. Gotowa była przyznać też przed sobą, że zrobił to niechętnie, zmuszony przez tłum, który wziął ich w obroty, ze względu na dziwny manewr, jaki siłą rzeczy oboje wykonali podczas meczu, a później? Później zginął gdzieś w tłumie i teraz, gdy dodatkowo mignęły jej gdzieś niezwykle jasne włosy, sama postanowiła podnieść się z kanapy.
Victor próbował ją zatrzymać, ale nie zareagowała. Wypatrzyła postać Marcela i to w jego kierunku zaczęła się przemieszczać. Droga jednak wydawała się jej znacznie dłuższa, niż była w rzeczywistości. Może przez natłok myśli. Ian'a przy chłopaku nie było. Swoją drogą czemu zachowywał się tak dziwnie? Miała podejrzenia, ale ignorowała je... nie chciała połączyć faktów, tego, jak stała w długiej kolejce, kiedy jej przyjaciel porzucił ją w Miodowym Królestwie, tego, jak wcale nie tak długo po nim nie kupując niczego wyszedł Blaze. Było to dawno, nie tak dawno... oj nie, na tyle dawno, by nie pamiętała dobrze. Sama mieszała sobie w głowie, ale prawda była jedna - pamiętała doskonale każdy szczegół, od chwili w której Ramsay odwrócił się do niej plecami.
- Nie wiem, gdzie on jest - głos blondyna dosięgnął Rissa niespodziewanie. Chłopak stał do niej tyłem, ale w szybie okna przez jakie wyglądał idealnie odbiła się jej sylwetka. Mimo to stała jak wryta, z nieco rozchylonymi ustami, a trzeba przyznać, że nie często pozwala sobie na tak głupi wyraz twarzy. Poza tym Marcel mało się odzywał, więc nie była przygotowana na to, że on jako pierwszy przerwie ciszę. W dodatku odpowiedział na pytanie, którego nie zdążyła wypowiedzieć.
- Może położył się już spać? - podpowiedziała blondynowi, tak jakby to on, a nie ona szukała ich wspólnego przyjaciela. Jednakże jej rozmówca zaraz przecząco pomachał głową. Pewnie nawet nic by więcej nie dodał, jednak widząc, jak Laurissa nerwowo przygryza wargę, zapewne nie wiedząc, czy powinna już odejść, czy szukać w nim dodatkowej pomocy, postanowił zdobyć się na kolejne kilka słów.
- Wyszedł niedługo po tym, jak przyszłaś. Powiedział coś o tym, że musi się przewietrzyć i nie ma ochoty na głupie zabawy.
Niby nic. Kilka nieznaczących słów, na które Laurissa pokiwała mechanicznie głową. Ta wypowiedź uderzyła w nią, a przecież nie była na dobrą sprawę niczym istotnym. Rissa jednak, w swej spokojnej postawie miała skłonności do popadania w furię. Zwykle te jej małe wybuchy nigdy nie uchodziły na zewnątrz, tym razem nie miało być inaczej.
Tyle tylko, że chciała go znaleźć. Wypadła z pokoju wspólnego, nie dbając o późną porę. Miała ochotę wygarnąć swojemu przyjacielowi, darować już sobie ich wspólną grę "ty mnie ranisz, a ja udaję, że nie boli". Wyszedł! Wyszedł z imprezy na cześć ich zwycięstwa! Nie miał do tego głowy! Głupie zabawy? No tak, przecież dla niego jesteśmy wszyscy bandą tępych dzieciaków, a on to wszak przyszły pieprzony śmierciożerca! Po co ma się bawić, skoro na jego barkach ciąży widmo takich oczekiwać!
Te wszystkie myśli wybuchały w głowie blondynki, która wcale nie dbała o to, aby jej kroki były ciche. Na jej szczęście nikogo tutaj nie było. Wszystko zaczęło jej się zlewać w logiczną, chociaż nieco naciąganą całość. Wiedziała jednak, że to musi mieć związek z Blaze'em, bo wszystko tak naprawdę zaczęło się wtedy, w Miodowym Królestwie, a jego obecność nie mogła być przypadkowa.
A to zasrany Ślizgon! Manifestuje to, że nie jest już częścią jej życia, a jednak po kątach w nim miesza, podstępnie i bez widzów! Mogłaby to znieść, naprawdę, zniosłaby każdą zmianę w zachowaniu Ian'a, ale nie miał prawa jej odtrącać. Nie mógł tego robić, na to mu nie pozwoli, choćby przez jej obecność w swoim życiu miał mieć więcej problemów, niż bez niej. Była okrutna, ale potrzebowała ich obu, z tylko jednym z nich jakoś żyła, ale sama... jak miałaby poradzić sobie sama? Na litość wszelkich dusz w tym zamczysku, jak miałaby poradzić sobie bez tej dwójki?
Wypadła na dziedziniec, a chłód powietrza wbił się w jej nagrzane od zabawy i alkoholu ciało. Nigdy nie była wielką fanką picia, pewnie przez wzgląd na wychowanie, ale dziś pozwoliła sobie na nieco szaleństwa. Chciała poczuć się dobrze i pewnie by jej się to udało, gdyby nie Ramsay. Jeśli zaś o celu jej poszukiwań mowa, to usłyszała jakieś głosy. Teraz dopiero zaczęła uważać na to, jak stawia kroki. Podeszła już znacznie ciszej, niż wcześniej.
- ... po raz kolejny mówię, że nie zamierzam przyznać się do jakiegokolwiek błędu! - Pierwszy głos, damski, znajomy. Rissa podeszła dalej.
- W takim razie nie rozumiem dlaczego ze mną tu przyszłaś? Może po prostu boisz się przyznać, że moje towarzystwo przestało Ci przeszkadzać - odpowiedział drugi głos. Tego poznałaby wszędzie i zawsze. W tej jednak chwili nie żal, nie ciepłe uczucia, nie nostalgię w niej wywoływał, a najprawdziwszą wściekłość. Okrążyła więc fragment wieży na której znajdowała się sowiarnia i wtedy ich zobaczyła. Blaze oparty barkiem o mur dostrzegł ją prędzej, a w głowie zaraz pozwolił sobie na szpetne przekleństwo. Abigail odwróciła się dopiero po chwili, ale nie miała okazji jakkolwiek zareagować. Laurissa była szybsza.
To, że szukała Ian'a teraz się nie liczyło. Mało co tak właściwie teraz było istotne. Może tylko to, że widząc znów tą dwójkę razem jeszcze bardziej się poirytowała. Alkohol nie był jej pisany, mimo to gdyby na iskra irytacji nic by się nie wydarzyło. Nie chwiałaby jej się głowa, nie mówiłaby głupich żartów, rano nie czułaby żadnych dolegliwości. Słowem jednym to drinki zmieszane z emocjami okazały się zabójcze, bo chociaż była całkowicie świadoma swoich czynów, to zapomniała o tym, co dla niej najważniejsze - o powściągliwości.
- Ty cholerna gnido! - wysyczała i już była przy Blaze'ie, którego przyparła do muru. Nie było to w żaden sposób trudne, bo już się sam o niego opierał, a teraz oboje, zarówno Ślizgon, jak i Gryfonka nie mogli uwierzyć w to, co widzą.
- Jesteś z siebie zadowolony? Zabrałeś go ode mnie w ramach zemsty? A teraz co? Znów będziesz mi groził? - wypowiadała słowa szybciej, niż gotowa była o tym pomyśleć. Abi sama się podenerwowała, a chociaż w pierwszych sekundach Blaze był zaskoczony, to teraz znów jego opanowanie było wręcz namacalne.
- Haggis wracaj do dormitorium - powiedział spokojnie, a przy tym był to ton nieznoszący sprzeciwu. Kiedy go używał nie na pewno nie brzmiał, jak siedemnastolatek. Mimo to dziewczyna, do które kierował te słowa nie poruszyła się nawet o krok.
- O czym ona mówi?
- Abigail do dormitorium, skoczyliśmy na dziś! - Syknął już mniej cierpliwie, łapiąc przy tym nadgarstek Krukonki, bo ta bezmyślnie ciągnęła go za ubranie.
- Widzisz, mówiłam Ci, że masz się od niego trzymać z daleka! - tym razem Laurissa zwróciła te słowa do swojej rówieśniczki, celując w nią z wyjątkowo paskudnego spojrzenia.
- Zamilcz do cholery -ponowne syknięcie Blaze'a przecięło powietrze i złapał siebie na tym, że nerwowo chciał poprawić włosy, ale gdyby to zrobił najpewniej znów oberwałby od byłej przyjaciółki.
- Bo co? Nic nie możesz mi zrobić... nie boję się ciebie Blaze, jestem dla ciebie nietykalna i oboje wiemy dlaczego - spojrzała mu w oczy. Nie chodziło jej o przyjaźń, a trzeźwość jej wypowiedzi kontrastowała z nietrzeźwością jej gestów. Powietrze gęstniało między nimi.
Mógł jej to nienawidzić. Za liczne haki, jakie posiadała przeciwko niemu. Chociaż mógł jej grozić, byleby pokazać, jak mało istotna jest w jego mniemaniu, to oboje dobrze wiedzieli, że nie są tylko Laurissą i Blaze'em... o nie, tu nie o imiona się rozchodziło. Jako uczniowie mogli się przepychać, skakać sobie do gardeł, czy czytać wspólnie miłosne poematy. Jednakże za każdym z nich stała rodzina, obu zaś przyświecał ten sam cel i właśnie o to chodziło Krukonce. W świetle tej myśli jest nietykalna.
- Zaczynacie mnie przerażać - znów przerwała ciszę Abigail, naciągając nerwowo szatę na nadgarstki. Dobrze, że się odezwała. Nie dla Laurissy, a dla blondyna, któremu jej wypowiedź pozwoliła się otrząsnąć.
- Proszę idź już do dormitorium, zaraz zlecą się tutaj prefekci i wszyscy będziemy mieli przesrane - pozwolił sobie na nieco mniej wyszukane słowa, niż te, które zazwyczaj kierował do swojego celu. Może to podziałało.
- Na pewno? - zapytała jeszcze Gryfonka, ale sam wzrok starszego chłopaka dał jej odpowiedź. Mimo to trzy razy obejrzała się za siebie, czując, że nie powinna ich zostawiać. Tylko, że jakby to wyglądało, jeśli by na siłę została? Udowodniłaby tylko, że chce wiedzieć więcej, niż powinna. Musiałaby wówczas przyznać sama ze sobą, że Blaze nie jest jej obojętny.
Jeśli zaś chodzi o dwójkę, która wciąż tkwiła pod wieżą, to mimo zniknięcia Abigail emocje nie opadły. Można by nawet założyć, że dopiero teraz rozpętało się piekło, chociaż wcale nie padało więcej słów, niż wcześniej. Hathoway patrzył bacznie na dziewczynę, w głowie analizując jej słowa. Musiała mieć na myśli Ramsay'a, ale to co mówiła wywoływało w jego głowie sprzeczne emocje.
Z jednej strony jego podświadomość szczerzyła swoje kły w niebezpiecznym uśmieszku samozadowolenia. Jednak z drugiej strony Laurissa pękła. Czy nie o to mu chodziło? Przecież chciał to zobaczyć, powinien więc napawać się jej widokiem, ale te uczucia nie nadeszły.
- Kazałeś mi nie wtrącać się do swojego życia, a tym czasem sam niszczysz moje! - wyrzuciła kolejny osąd. Jednakże teraz nie na oskarżeniach się skupił, a na innych czynnościach. Z łatwością szarpnął ją do boku, przez co już nie on, a ona przyparta była do muru, zabawne... tak jak ostatnio. Zrobił to, bo już dość miał tego, jak nim potrząsała. Jej ruchy nie były przemyślane, kierował nimi chaos i brak wprawy, a to jeszcze bardziej działało mu na nerwy. Teraz jednak coś do niego dotarło i uniósł brwi całkowicie ignorując jej wcześniejsze słowa i to, jakim morderczym spojrzeniem na niego patrzyła.
- Ty piłaś? - sam nie wiedział, czy liczył na odpowiedź na to pytanie. Nie musiał jej dostać, znał już prawdę i nagle zrozumiał, czemu nie czuł satysfakcji. Jej załamanie nie było kierowane samymi emocjami, ale przede wszystkim alkoholem. Nie mógł w tej chwili wiedzieć, że okłamywał sam siebie. W ten sposób łatwiej było mu sobie wmówić, że w innych okolicznościach cieszyłby się widząc, ją w takim stanie.
- Nie o tym mówimy! Masz się trzymać z daleka od Ian'a, rozumiesz? - odepchnęła go od siebie, grożąc mu palcem. - Nie waż się mieszać mu w głowie, albo...
Nikt nigdy nie dowiedział się, jaką groźbę blondynka przygotowała dla Hathowaya. Ona sama zapomniała, co chciała powiedzieć. Bo czas zwolnił.
Płatki śniegu, których wiele w powietrzu nie było teraz zawirowały. Pomalutku wręcz, wszystko było takie powolne, jakby każdy drobiazg błagał o uwiecznienie go w pamięci. Księżyc był piękny tej nocy, ale oboje, ani Blaze, ani Laurissa nie mieli o tym pojęcia. Jeszcze chwilę temu za bardzo przejęci byli wymianą zdań, ale teraz nie było to już ważne. Tylko jedna para oczu zapamiętała tarczę księżyca, powierzając mu swoje sekrety, oddając się mu pod opiekę.
Ciało spadające z wieży leciało z gracją, której nie zobaczył żaden widz leciało niemal bezszelestnie. Nawet czarna szata nie trzepotała, a ciemnowłosa dziewczyna nie wrzasnęła. Umarła, kiedy chciała, sama o sobie decydując, tak jak żyła - cicho. Na własnych zasadach, porzucając obawy, jakich miała wiele, a o których nikt nie wiedział, bo nikt specjalnie nie pytał. Nie była jednak samotna i to było jej największym żalem i winą, to, że uciekała pozostawiając za sobą ślady, niewątpliwie cierpienie, które jeszcze nadejdzie, ale ona... ona była wolna.
Laurissa w jednej chwili spojrzała w bok, jej włosy, zarówno, jak włosy Blaze'a zawirowały lekko, przez pęd spadającej obok dziewczyny. Tak blisko upadło jej ciało, że gdyby Hathoway jakiś czas temu nie zmienił ich pozycji, najpewniej nie wyszliby z tego bez szwanku. Teraz jednak nie oni się liczyli. Blondynka usłyszała krzyk, głośny, docierający w zakamarki duszy, swój własny krzyk, krzyk przerażenia. Zatkała usta dłonią.
Oboje byli wstrząśnięci, a w uszach im huczało. Oboje ledwo pamiętali, jak się tutaj znaleźli, o czym rozmawiali chwilę temu. Bowiem obok, na wyciągnięcie ręki leżała martwa już dziewczyna, a przecież jeszcze chwilę temu żyła. Nie wyglądała, jakby spała, nie wyglądała pięknie i uroczo. Rissę przerażał ten widok, otwartych szeroko oczu, powiększającej się czerwonej plamy na kamiennym bruku.
Nie wiedzieli co robić, ale od krzyku Earnshaw nie minęło wiele. Może minuta, w której wszyscy znajdujący się w zasięgu jej głosu wiedzieli, że coś złego miało miejsce. Tak się stało, że w zasięgu tego krzyku śród duchów, portretów, dwóch nauczycieli i Blaze'a znajdowała się jeszcze dwójka uczniów. Teraz pędzących tutaj co sił, aby wyhamować dokładnie w chwili, w której zobaczyli bezwładną uczennicę, której dusza opuściła już ciało, może nawet jeszcze na długo przed tą decyzją.
Teraz cztery pary rozedrganych oczu śledziło stróżkę krwi, nikt nie patrzył po sobie, nie pytał co zaszło. Pierwszy poruszył się Ian, wraz z nim przybiegła tutaj Evelyn, która podczas patrolu znalazła go błąkającego się po korytarzach. Chłopak miał do siebie żal, że nie darował jej tego widoku, że nie skręcił w inny zakręt, jakieś dwadzieścia minut temu, a tym samym nie doprowadził do spotkania ze Ślizgonką. Teraz było jednak za późno.
Odwrócił wzrok od martwego ciała Amy Griffin, przeniósł go na źródło szybkiego oddechu, jakby dławienia się.
- Nie patrz na to - przerwał ciszę, a chociaż kierował te słowa do Laurissy, to cała trójka drgnęła. Blaze dopiero teraz uświadomił sobie, że nieco osłonił bokiem swoją dawną przyjaciółkę. Nie wiedział kiedy to zrobił, a ona w ogóle nie zauważyła tego gestu.
Ramsay poruszył się, powtórzył te same słowa i sam odwrócił wzrok Krukonki, bez słowa wczepiła w niego palce, w pelerynę na plecach, chowając się przed każdym. Nie dbała o to, że nie są sami, możliwe nawet, że znów zapomniała. Podobnie umknął jej też moment w którym Ramsay i Sullivan znaleźli się tutaj. Nawet jeśli teraz trzęsła się i chowała twarz w jego ramionach, to i tak widziała. Pierwszy raz widziała, jak ktoś umiera i definitywnie nie była na to gotowa.
- Opanuj się, Riss. To dopiero początek, opanuj się - szepnął cicho, tylko do jej ucha, a chociaż wiedział, że nie tak powinien ją pocieszać, nie takie słowa wybrać, to nie mógł w tej chwili kierować się ludzkimi uczuciami. Jeśli miał jej pomóc, to musiał być twardy, może nawet okrutny, ale nie mógł się rozczulać. Nawet jeśli wiedział, że Blaze jest obok, teraz o tym nie myślał i możliwe nawet, że nie musiał. Jeśli przez Laurissę nie podjął jeszcze decyzji, to na pewno będzie musiał to naprawić, ale jeszcze nie teraz, bo w tej chwili miał odwagę, aby jej pomóc, odwagę, która w przypadku Hathoway'a objawiła się lekkim zasłonięciem, którego nawet nie planował. Cieszył się więc, że nikt nie zwrócił na to uwagi. Uniósł spojrzenie i spojrzał na Liv. Wymiana - pomyślał. Już nie stał obok tamtej dwójki, a koło Ślizgonki, która nie wiedziała, co myśleć, a już na pewno nie wiedziała co powiedzieć. Dla każdego ten widok był policzkiem, zapowiedzią... a chociaż źle działo się już od dawna, to wszyscy w głowie mieli to samo, co Ian wyszeptał przed chwilą w ucho Laurissy.
To dopiero początek.
***
- Riss! Laurissa poczekaj! Mcgonagall kazała mi ciebie odprowadzić, a nie ganiać! - zawołał za dziewczyną, po czym złapał ją za nadgarstek i odwrócił w swoją stronę. Jeśli jeszcze chwilę temu miała szkliste, pełne przerażenia oczy, to teraz nie było po tym śladu. Jej spojrzenie paliło się żywym ogniem i chociaż znał ją tak dobrze, to nic już z tego nie zrozumiał. Może chociaż tyle, że próbowała pokazać, że jest silna. Najpewniej dla niego, ciążyła mu ta wiedza bardziej, niż widok martwiej dziewczyny w pamięci.
- Nieprawda! Kazała nam wracać Ian, nikt ciebie nie prosił, abyś mnie odprowadzał, ja ciebie nie proszę, rozumiesz? - chciała się wyszarpać, znów zwiększyć dystans, ale poirytowała go tym tylko.
- Czemu się tak zachowujesz?
- Ja? Ja się zachowuję? Masz jeszcze czelność mówić, że to ja się tak zachowuję! - zawołała, ale coś w niej drgnęło. Dostrzegł to, ogień w oczach zaczął jej przygasać. Znów jasne tęczówki przypominały bardziej widok za oknem w deszczowy dzień, niż chłodną stal.
Nie odpowiedział. Nie wiedział, co powiedzieć.
- Zostawiłeś mnie, nie było ciebie, czemu teraz jesteś? Szukałam ciebie, chciałam porozmawiać, zapytać, ale wtedy Blaze i Abi, a potem Amy... cholera! Nic już nie rozumiem, wcześniej byłeś obok, było łatwiej, a teraz? Co on ci nagadał? Czemu posłuchałeś go? Czemu nie mnie, czemu nie byłeś przy mnie?
Korzystając z tego, że on milczał ona wyrzucała tylko dodatkowe słowa, coraz więcej i więcej. Więcej pytań na które nie potrafił odpowiedzieć, a może po prostu nie chciał. Znów się szarpnęła, wiedząc, że to nie ma sensu, a mu zrobiło się tak cholernie jej żal. Tym razem jej wierzganiem nie sterowała złość, a dziwna rozpacz, może bezsilność. W końcu dotarło do niej, że jeśli chce coś osiągnąć, to zgrywanie silnej nic tutaj nie da.
- Puść mnie, zaraz zwymiotuję - przyznała, a było to tak szczere wyznanie, że z chłopaka odpłynęły wszelkie inne emocje, bo zdał sobie sprawę, że Laurissa wciąż jest prawdziwa. Dziwne spostrzeżenie, nie to, żeby kiedyś posądzał ją o sztuczność. Po prostu... wciąż była sobą, dziewczyną, która sama z tym sobie nie poradzi, a nie potrafi prosić o pomoc.
- Chodź, zaraz będzie łazienka.
Poprowadził ją na bok i tak jak mówił dotarli w odpowiednie miejsce. Miała mu coś powiedzieć, ale nie do końca jej to wyszło, poza tym i tak nie przejąłby się tym, że to damska toaleta, gdyby zwróciła mu uwagę.
- Zostaw mnie - jęknęła, czując, że już ledwo się trzyma na nogach.
- Widziałem ciebie na nocniku, jakoś przeżyję - mruknął ucinając temat. Można nawet powiedzieć, że gdyby nie okoliczności, że gdyby nie byli świadkami takiego okropieństwa, to by się roześmiała. Może nawet oburzyła i uderzyła go mocno, ale to były tylko domysły. Nie miała nawet czasu ich dokończyć, żołądek okazał się ważniejszy.
Przez całą drogę powrotną do dormitorium żadne nic nie powiedziało. Żadnego, nawet krótkiego słówka. Laurissa wyglądała okropnie, a jej atrakcyjność w tym momencie stała pod wielkim znakiem zapytania. Na brodzie miała jeszcze delikatną smugę z czerwonej szminki, którą starła papierem w łazience. Włosy potargał jej sam, trzymając je jakiś czas temu i żadne jakoś nie postanowiło ułożyć ich z powrotem. Poza tym na korytarzach nie było już nikogo, w dormitorium nadal jednak grała muzyka, nadal świętowali. Oboje mieli wrażenie, że powinni to przerwać, ale nie zrobili tego. Szybko dostali się do schodów, a nim zniknęli za drzwiami sypialni.
- Ian?
- Tak? - odpowiedział cicho, był pewien, że jeszcze coś powie. Spojrzał na nią, wydawała się teraz znacznie młodsza i słabsza, niż na co dzień.
- Sześć lat temu Tiara powiedziała, że nie wie... że pasuję do Ravenclawu i Slytherinu, że to trudne - mówiła niepewnie, sama nie wiedząc jak powinna dobrać słowa, ale on już znał zakończenie jej wypowiedzi. Nigdy mu tego nie powiedziała, ale te słowa wystarczyły, by zrozumiał jaką odpowiedzialność na niego nakłania. Ogranicza wybory i wie, że robi to świadomie. Chyba mógłby nazwać to samolubstwem z jej strony, ale zwyczajnie nie chciał tego robić. - Zdecydowałam więc sama. Wybrałam ciebie Ian, mając nadzieję, że tym wyborem zachowam was obu - nie czekała na jego reakcję. Pociągnęła za klamkę i zniknęła za drzwiami.
***
- Zebraliśmy się tutaj z powodu pełnej żalu i bólu okoliczności. Amy Griffin była uczennicą dobrą, przyjaciółką jeszcze lepszą. Potrafiła przyjąć do serca każde słowa, niezależnie od tego kto je wypowiadał, kto potrzebował rozmowy. Amy Griffin była dumą Hogwartu, tak jak i wy tu zgromadzeni jesteście! W tej chwili nie liczy się dom, nie liczy się krew, liczy się to, co macie w sobie, a ja... ja widzę nie ludzi, a iskry, w jednych jaśniejsze, w drugich ledwo się tlące. Spójrzcie po sobie, nie powierzchownie, bo sami... sami nie rozpalicie w sobie płomieni! Amy Griffin wiedziała to doskonale, niejednemu pomogła rozpalić własne światło, ale jak widać sama sobie pomóc nie mogła - Dumbledore przerwał na moment, aby nabrać oddechu. Laurissa lubiła jego przemowy, zastanawiała się skąd zawsze wiedział, co powiedzieć... co powiedziałby o niej, gdyby to jej śmierć opłakiwały tuziny ubranych na czarno uczniów i nauczycieli, zebranych w wielkiej sali. Wiedziała jednak, że nie byłyby to równie piękne słowa, niczym na podobne nie zasłużyła. Nawet teraz nie mogła wyzbyć się myśli, że nie lubiła Griffin, zazdrościła jej. Czy nie jest potworem, skoro w takiej chwili pamięta nadal o tej niechęci?
- Wybrała sposób w jaki odeszła - podjął ponownie dyrektor. - Każdy z nas bowiem stoi przed wyborami! Wyborami, których nie może się obawiać! Nadchodzą mroczne czasy i to od naszych decyzji zależy, co ze sobą przyniosą! Niech więc los Amy będzie dla was nauką, pokaże, że wciąż wasze życie leży tylko i wyłącznie w waszych rękach! Nikt bowiem nie zabierze wam tego, co macie w sobie, tego kim jesteście... a bez wątpienia... jesteście nadzieją na lepsze jutro.
Spotkanie dobiegło końca, światła na cześć dziewczyny poszybowały w górę, panowała cisza. Pierwszy o dziwo wyszedł Arthur Fay, jednak jednej osoby to nie zdziwiło, a może było ich więcej. Laurissa chciała wyjść za nim. Chciała mu pomóc. Rozpalić jego ogień, który teraz tlił się lekko. Nie mogła tego robić. W niej miała być ciemność. Musiała pozwolić się jej objąć, jeśli chce cierpieć mniej, jeśli chce nadal stać przy Ian'ie, tak jak teraz. Jeśli chce wierzyć, że odzyska Blaze'a. Jeśli chce wierzyć, że kiedyś, jeśli przyjdzie potrzeba ukryje Aurorę. O tak, to było jej nadzieją na lepsze jutro.
Sama musiała zgasić swój płomień i żyć mimo to.
_______________________________________
Na świeżo wycięłam z tego kilka scen pozbawionych zgoła sensu.
Przepraszam za dramatyczność końcowych wydarzeń, aczkolwiek uznałam, że wypada wpleść też jakąś katastrofę w mury Hogwartu. Mam nadzieję, że wybaczycie mi uśmiercenie tej dziewczyny. Nie decydowałam się też na żaden zamach, uznałam, że byłoby to nazbyt przerysowane.
Ogólnie powiem szczerze, że bardzo się tym wszystkim stresuję, chciałam zacząć nieco pozytywniej i złączyć ze sobą klimat zabawy z klimatem żałoby. Jak to wyszło? Nie wiem :v Jeśli jednak ktoś będzie oburzony tym, kogo zabiłam, albo okaże się, że miał plany co do tej postaci - gotowa jestem to zmienić. Dlatego też usunęłam ostatnią scenę, aby było to możliwe, więc spokojnie ;)
O, kobieto. Tyle emocji mi się pcha na myśl, tyle słów na klawiaturę, a jak zaczynam pisać to nie potrafię przekazać ani jednego kawałka z całej tej układanki, którą we mnie zbudowałaś swoim rozdziałem. Mieszanina uczuć, bo rozdział znów imponująco długi, to ciągłe przeplatanie się nastrojów, raz lekki, raz mroczny, prawie zawsze dający wyczuć przepychający się między nimi odwieczny, ciągły smutek.
OdpowiedzUsuńNa początku chciałabym cię pochwalić (to mało powiedziane :v może bardziej "wynieść pod niebiosa") za to, co zrobiłaś z Rissą. Toż to jest prawdziwa bohaterka z krwi i kości - chyba już to pisałam pod ostatnim twoim rozdziałem, prawda? - która zachowuje swoją logikę i nie zmienia się do każdej sytuacji tak, żeby wyjść w niej jak najlepiej. Jest opisana bardzo konsekwentnie, nawet jeżeli to oznacza, że nie będzie wypchnięta na pierwszy plan, że popełni błąd, że zwymiotuje, że w czymś przegra, że w czymś jest słaba. Nawet jeśli to oznacza, że nie zachowa zimnej krwi na widok rozbitego na posadzce kilka metrów dalej trupa - uwielbiam cię za jej reakcję, za wszystkich ich reakcje w tej scenie, bo przyznam się szczerze że czekałam na to, aż ktoś wyskoczy ze swoją niezachwianą odwagą, a - na szczęście! - tak się nie stało. Realizm, który oddałaś głównie w tej scenie, śliczna piosenka i efekt zatrzymanego czasu... Niesamowite połączenie. I na dodatek, pewnie celowo, w tej scenie w łazience piosenka, w której powtarzają się słowa "jestem tylko człowiekiem"...
Teraz dalej.. Chociaż boję się że połowę swoich przemyśleń zapomnę albo nie będę umiała ubrać w słowa. Następną godną pochwały rzeczą jest relacja. Relacje. Ludzkość ludzi, których opisujesz, naszych postaci. Jestem ci bardzo wdzięczna za nich, za to że są tacy prawdziwi, bo w końcu to też są tylko ludzie i jako ludzie mają swoje granice, popełniają błędy. Zadziwiające jak dobrze czytało mi się o porażkach Blaze'a w twoim rozdziale. Normalnie chybabym się obraziła, to znaczy oczywiście, każdy z nas woli czytać jak jego postać jest wygranym bohaterem. Ale tu u ciebie, uwielbiam go właśnie za słabości. Za braki. Tak samo Ian'a. Ich wszystkich, noo... To, co razem tak niepozornie wymyśliłyśmy.. Mam nadzieję że nawet jak wszyscy odejdą, my zostaniemy bo szkoda by było takiej wspaniałej, ciężkiej i trudnej relacji, którą tak lekko opisujesz.
Scena na boisku - mistrzostwo jedno. Jak ślicznie wepchnęłaś tam Blaze'a, który przecież nie gra z nimi. I w ogóle, cały czas miałam wrażenie, że nawet jeśli nie ma Blaze'a albo Ian'a, to i tak czuć było ich obecność, rozdział by nimi przesiąknięty, kocham cię za to! ♥ I ten tekst, zaraz zaraz, już szukam. O, ten: "Całe szczęście w największych ciemnościach najlepiej widać najmniejsze błyski." O kobieto! Ile innych, podobnych do tego znalazłam smaczków w tym rozdziale! Takie trochę gry słowne, ale naprawdę tak idealnie dobrane zdania i porównania!
"To dopiero początek." - to było już oznaką geniuszu, nie tylko zwykły przebłysk dobrego dobrania słów. Naprawdę, podziw za ten fragment, za tą odzywkę Ian'a.
I jeszcze jedno, które mnie bardzo wzruszyło i zasmuciło, które spowodowało że serce mi się ścisnęło z żalu nad Blaze'm:
"Zdecydowałam więc sama. Wybrałam ciebie Ian, mając nadzieję, że tym wyborem zachowam was obu"
I jeszcze wszystkie te momenty, gdzie Blaze był we własnej osobie. Kocham cię. Kocham cię za ten rozdział ;-; I za niego, za wszystko ;-;
Świetnie sobie poradziłaś, oby tak dalej, bo do takich rozdziałów aż chce się wracać! ♥♥♥
PS. I dialogi widzę że dobrze zapisane! : D
Jestem pierwsza, co za szczęście, wreszcie! ;____;
UsuńVal jak mogłaś?! XD moje życie straciło seeeeens! ;-;
UsuńJeju, Val, Ty to potrafisz dobrać się do mojej samooceny i wpompować w nią pokłady pozytywnej energii ;.; Naprawdę, musiałam sobie nieco ochłonąć przed odpowiedziami na wasze komentarze (zarówno na Twój, jak i Maru) bo jest mi tak miło, że nie wiem jeszcze, jak się w tym odnaleźć. Tym bardziej, że naprawdę bałam się, jak przyjmiecie ten rozdział ;w;
UsuńNo, a teraz po kolei, bo i dla mnie komentowanie Waszych komentarzy, to nie lada wyczyn *^*
Chyba nic nigdy tak mnie nie cieszy, jak chwalenie mojej bohaterki. Ja wiem, że to zabrzmiało egoistycznie i niepoprawnie, przepraszam za to. Chodzi jednak o to, że staram się ją budować na wielu płaszczyznach, no i czasem korci (każdego korci) mówiąc patetyczną metaforą "dotknąć nią gwiazd", dlatego tak bardzo się cieszę, że udaje mi się oddać jej realizm. Wydaje mi się, że pokazując ją od słabszych stron tak naprawdę uwidaczniam te mocniejsze, że dzięki temu nie muszę pokazywać jej w cudownym świetle, aby ktoś był w stanie ją polubić jako postać ;.; No i masz rację, ta piosenka została właśnie wykorzystana z tego powodu. Nie jestem fanką tak popularno-smętnych hitów, nawet starałam się znaleźć jakiś cover, ale jednak oryginał mimo wszystko najlepiej mi pasował do tej sceny.
Co do Blaze'a, ja wiem, że kopię go w dupę, mówiąc kolokwialnie i także cieszę się niezwykle, że nie masz mi tego za złe. Nigdy bowiem nie chciałam umniejszyć tego, jak istotną postacią jest, bo wiesz, że go uwielbiam za Twoją kreację. Powiem Ci szczerze, że podchodzę do niego trochę, jak do Rissy - to w ich słabościach trzeba szukać ich mocnych, pozytywnych stron.
No i nawet gry słowne zwróciły Twoją uwagę! *^* Boże, to mój wygryw, bo to powiem szczerze, mój ulubiony zabieg, wiem, że mogę przesadzać z niektórymi "górnolotnymi" wtrąceniami, taki mój styl, nie każdemu odpowiada, wiem to doskonale. Nawet nie wiesz, jak się ciesze po przeczytaniu Twojego komentarza ;.;
A co do samego zakończenia, tej okropnej, paskudnej wypowiedzi Rissy, prawdy, której powinna się wstydzić i pewnie się wstydzi... ja też najchętniej bym przytuliła Blaze'a. Długo się zastanawiałam, czy zostawiać tą wypowiedź, bo była okrutnie szczera ;.; Ona jednak była wtedy mała, ach usprawiedliwiam ją! Nie mogę tak >.< Liczę, że w kolejnych rozdziałach coraz więcej się rozjaśni, bo mam wrażenie, że jeszcze wiele ważnych słów nie padło!
Ja też Ciebie kocham <3
I tak, tak... dialogi to była masakra, bo odruch do pisania po swojemu był wielki "DDD
PIERWSZA!
OdpowiedzUsuń*dziki taniec kałamarnico-meduzy, transformowanej po nalewce z gumijagód*
Pomyśl jak musiało mi się podobać, że wczoraj aż do ciebie napisałam! Hoho, teraz czas się tutaj wypocić, choć pewnikiem nie będzie to tak długi elaborat jakbym sobie tego życzyła (do pięt ci nie dorastam komentarzami, czorcie).
Podniecam-się. W-cholerę-kurwa-mać. Najpewniej domyślasz się o co mi chodzi. Oczywiście - najpierw walnę sobie podziękowania i wychwalę się pod niebiosa za pokazanie Gemmy. A jak ją pokazałaś? Tak jak sobie to wyobrażałam *-* Jesteś geniuszem, człowieku. Ge-niu-szem. Poza tym to piękne i nienaganne pokazanie Arterton i Blacka... ♥ Po prostu jestem oczarowana i do tej pory bardzo szeroko uśmiecham się, że pokazałaś Gemmę tak obszernie. Dziękuję * ^ *
Teraz do rzeczy - śmierć Amy mnie roztargała na kawałeczki. I jeśli mam być szczera, to mi się łzy w oczach tliły. Ale będę twarda niczym żelka z Biednej - powiedziałam sobie i otarłam baaardzo skrupulatnie nosek. W sumie to nie spodziewałam się, że pokażesz coś takiego. Mega mnie zaskoczyłaś, ale pozytywnie (o ile śmierć kogokolwiek może być czymś pozytywnym, brawo ja po prostu...).
Tres - relacje. Ian i Blaze. Blaze i Ian. Rissa i Blaze, trololo, reszta tak samo. Blaze'a zaczynam coraz bardziej lubić - taka wredna małpa trochu, ale przecież dlaczego mielibyśmy nie kochać badassów? * V * W sumie to chyba do końca będę się zachwycać orzeczeniem Iana. "To dopiero początek". Ja cię pieprzę w krzakach ciotki Kryśki, aż mi włosy dęba stanęły! Poza tym dorzucenie Arthura Faya - czytasz mi w myślach czy jak? XD W następnym rozdziale miałam zamiar go trochę pokazać (nie tym co będzie, kolejnym) i w sumie trochę wy*uchać, o xD Ale nie zdradzę tej tajemnicy, bo - karwasz twarz - zniszczę sobie cokół, który rośnie za każdym razem gdy ktoś mile łechce moją próżność!
Komentarze sportowe - pałka. Boże - kisnę i nie wstaję! I akcja z podmianą... Weź, bo zaraz się spuszczę, co to będzie wtedy? Staph, Deny, staph xD
Ogólnie to tak - muzyka mi się podobała, długość jest cacy, jest ciekawie, jest burżuj-Maru przez komputerem - innymi słowy żyć nie umierać i jedynie cieszyć się, że dodałaś rozdział! Wkradło się parę literówek, czasem pozjadałaś co nieco, ale to jasne kiedy przepisuje się rozdział na szybko. U mnie pewnie też będzie w cholerę błędów, ale pozwolę sobie posiedzieć nawet i całe godziny aby go ogarnąć. Tym się nie przejmuj - błędy czy nie, po prostu pokazałaś klasę i jestem bardzo zadowolona z tego, co tutaj na mnie czekało!
W sumie to podzielę się swoją egoistyczną częścią - wczoraj doczytałam do fragmentu z Gemmą i narobiłam sobie napięcia, żeby resztę doczytać dziś. I się opłacało, bo znów skakałam jak dekl pod sufit (dodam, że o mało nie potłukłam zastawy do herbaty, super by było).
Ogólnie rzecz biorąc - madane, rozjebałaś mnie i tyle. Brawo! *-* ♥
Na wstępie powiem, że może nie byłaś pierwsza tutaj, ale nadal jako pierwsza wyraziłaś swoją opinię prywatnie, na facebook'u, więc głowa do góry, bo to też się liczy, a ja o tym nie zapomnę *^*
UsuńMuszę przyznać Maru, że gdyby nawet pozbawić Twojego komentarza podpisu i części w której dziękujesz za ukazanie Gemmy, mało tego gdyby zostawić z niego jedynie pierwsze pięć linijek, to i tak wiedziałabym, że to Ty to napisałaś. Masz tak charakterystyczny sposób komentowania *v*
Już wczoraj niesamowicie ucieszyła mnie Twoja wiadomość. Tym razem dzięki Tobie poznałam już nieco Twoją postać, więc swobodniej było mi o niej pisać, tak sądzę. Poza tym sądzę, że ta scena w której ona była, była temu rozdziałowi potrzebna. Nie tylko niemu, bo Gemma, jeśli pozwolisz mi na to stwierdzenie jest takim przyjaznym powiewem pozytywnej energii, nawet teraz, kiedy najpewniej (dowiemy się tego dopiero w Twoim rozdziale) przeżywa własne problemy, to jednak chciałam pokazać, że nie obciąża nimi innych, a stara się być sobą. Mam nadzieję, że mi się to udało, a jeśli Ci się podoba, to pozostaje mi jedynie cieszyć się z Tobą *^*
A zaskoczenie, jakie udało mi się wywołać - Boże, znów się jaram, jak czytam te komentarze, aż mi chyba nie wypada, bo popadnę jeszcze w jakiś samozachwyt. Nie mniej jednak cieszę się przeogromnie, nawet jeśli temat faktycznie przykry, a wręcz przygnębiający.
Poza tym to co mi się w Twoim komentarzu spodobało najbardziej - jeśli dzięki mnie zaczynasz coraz bardziej lubić cudzą postać (Blaze'a) to kurna ja dziś świętuję! Zawsze się boję używać cudzych postaci, bo obawiam się, że ktoś mi wypomni "a ten koleś, to by się tak nie zachował" - serio, to jedno z takich komentarzy na które nie potrafiłabym się bronić ;.; Dlatego cieszę się, że "mój Blaze" również przypadł Ci do gustu *^*
Boże, ależ ja się rozpisuję w tych komentarzach, ale widzę, że i Ty popłynęłaś :D
Nie wiem, czy czytam Ci w myślach, ale sama również mam pewne pomysły na wplątanie Arthura, bo nie chciałabym się skupiać też (nie popadajmy ze skrajności w skrajność) wyłącznie na naszych postaciach. Wielowymiarowość mi się marzy, ale zobaczymy jak to będzie *^*
No i moje górnolotne poczucie humoru ktoś docenił! Jeee! (tak, jadę sama po sobie "D) A akcja z podmianą to była najtrudniejsza pod względem mechanicznym scena (czego w ogóle nie widać w efekcie końcowym, musicie mi uwierzyć na słowo). Zwyczajnie wyłączyłam laptopa i zaczęłam się zastanawiać, jak powinni się zamienić, aby nie zgrywać akrobatów, ale z drugiej też strony aby żadne nie rąbnęło o ziemię "D
No to już na zakończenie podziękuję Ci jeszcze bardzo serdecznie *^* Niesamowicie się cieszę przez Twój komentarz i mam nadzieję, że w przyszłych rozdziałach nie zawiodę *^*
A ja jestem w chuj późno i przykro mi za to, bo nie chciałam Cię zawodzić, ale teraz widzę, że jak zwykle - straciłam wiele. Postaram się przelać na ten komentarz to, co czuję, ale że czuję tak wiele i jednocześnie czuję się jakaś pusta, może mi wyjść kiepsko. Mimo wszystko: nigdy nie warto zwlekać, żeby przeczytać Twój rozdział. I nie zrobię już tego, bo czytanie ich to sama przyjemność, piszę to zupełnie szczerze.
OdpowiedzUsuńPrzede wszystkim, bo zacznę od początku, genialnie opisałaś mecz quidditcha. Tak, swoją drogą, dziwnie się czuję, bo mogłabym Ci to wszystko powiedzieć teraz twarzą w twarz, al mimo wszystko chcę to napisać, bo zawsze mieć lepiej napisane ._. Zaczynając od meczu... Jakoś mnie rozczulił ten opis. Nie mam pojęcia dlaczego - może dlatego, że sama nie podejmuję się takich trudnych tematów. Cieszę się jednak, że Ty się go nie bałaś, bo muszę przyznać, że wyszło to zjawiskowo. No i epicka końcówka meczu, ale może o mojej postaci i relacjach z nią napiszę na końcu, jakieś zdanie podsumowujące.
Bardzo podoba mi się to, jak budujesz klimat i świat przedstawiony. Robisz to tak, jak uwielbiam ._. Nic nie jest wyłożone przed czytelnikiem jak przed debilem czarno na białym. Nie, czytelnik musi pomyśleć, zastanowić się. Dobrać skojarzenia i myśli. To jest objaw bardzo dojrzałego, wartościowego pisarstwa i radzę Ci ja - pamiętaj o tym, nie zgub tego. Bo to cenny dar albo wyćwiczona umiejętność, którą sobie cenię przede wszystkim.
Co jest jeszcze ważne w tym momencie - bardzo lubię subtelne przedstawienie relacji w Twoim wykonaniu. Tak subtelne jak to między Aurorą i Laurissą, albo Laurissą i innymi postaciami, nie tylko pierwszoplanowymi. To jest ważne teraz, bo od teraz przechodzę do "ciężkiej" części tego rozdziału i być może nie będę miała okazji o tym napomknąć.
Zaskoczyła mnie ta śmierć. Naprawdę bardzo mnie zaskoczyła, ale jakoś podświadomie szukając którejś z postaci pobocznych pasujących do opisu, podejrzewałam, że to będzie Amy. Nie wiem dlaczego, ale oto geniusz Twojego pisarstwa .-. Zaskoczyła mnie oczywiście pozytywnie i bardzo się cieszę, że to wstawiłaś, bo uważam że rozdział wiele by stracił, gdyby jednak jej nie było. To było nagłe oderwanie się od problemów skupionych na trój- czworo- więcej-kącie niż nasze postaci. To było coś świeżego, co wprowadziło nowy, ponury nastrój charakterystyczny dla tamtych czasów.
Oczywiście co warto jeszcze mi tutaj wymienić, to nie tylko zajebiste opisy, o których wiesz, ale przede wszystkim niewymuszone dialogi. W tym rozdziale naprawdę zauważyłam, że nie opisy są jedyną mocną stroną, jaką posiadasz, ale też dialogi. Często były błyskotliwe, realne, no... Genialne. Zupełnie jakby wyjęte z ust realnym postaciom, myślę że to coś, czego osiągnięcia można gratulować.
A teraz na sam koniec nieskładnego komentarza... nie wiem czym Ty się martwiłaś .-. Nie mam pojęcia, ale jeśli chodzi o mnie, oczywiście nie mam żadnych zastrzeżeń. Sama nie napisałabym inaczej, a już na pewno nie lepiej, dlatego z czystym sumieniem piszę, że nic nie zepsułaś. I że nie powinnaś się tak bardzo martwić na przyszłość. Wręcz przeciwnie, natchnęłaś mnie do spojrzenia na Iana z jakiejś innej strony i wdzięczna za to jestem... Zawsze warto na każdą postać popatrzeć z różnych perspektyw : )
Teraz już naprawdę na koniec - to przedstawienie Iana w rozdziale. Nie odpuściłabym sobie tego xd Przede wszystkim podobał mi się wszędzie, bo nie mam pojęcia jak to zrobiłaś, ale nawet kiedy go nie było czułam, że cały czas jest. Tak samo jak Blaze i Aurora w większości. Poza tym wszelkie gesty i teksty, wszelka nieobecność i małe role - to wszystko, co kreuje postacie w Twoich rozdziałach. Piękne jest to, że nieobecność i cisza jest czasem bardziej wymowna niż długie dialogi i przemyślenia. Bardzo się cieszę, że przeczytałam to jeszcze dzisiaj. Mam nadzieję, że nie spieprzę teraz tego, co zaczęłaś, że będę umiała odpowiednio kontynuować wszystkie postacie...
UsuńWysoko postawiłaś poprzeczkę .-.
Przepraszam, jeśli komentarz jest nieskładny. Chciałabym Ci tu napisać dzieło sztuki współczesnej albo jakiejś, ale... No, jakoś nie potrafię. Przytłaczasz mnie swoimi umiejętnościami : D
Kocham~! ♥ Obi więcej, oby szybciej Twoje rozdziały... :3
... ._.
Nie zmieścił się XD Chuj, dobra, wyszło mi długo... ;-;
Co mam napisać... Przyznaję, że jestem w dziwnej rozterce po przeczytaniu tego rozdziału. Śmierć niewinnej osoby tak bardzo dotyka nawet tych, którzy jej nie znali. Voldemort pomału zbiera swoje ofiary, nawet nie używając do tego siły fizycznej. Wyniszcza psychicznie. Może jednak dzięki temu wydarzeniu coś zmieni się pomiędzy Blaze'm, Ian'em a Rissą. W końcu takie sytuację zbliżają do siebie ludzi.
OdpowiedzUsuńWtargnięcie Laurissy pomiędzy rozmowę Abby i Ślizgona, na pewno wpłynie na sposób postrzegania rzeczywistości mojej bohaterki. Przyznaję, że pomiędzy wiersze zaczyna się wkradać strach, ale i ciekawość.
W trakcie meczu ładnie pokazałaś, że przyjaźni nie da się tak łatwo odstawić na tor boczny. Ludzi, których znamy ,,od podszewki" nie można wymazać. Zawsze będą częścią naszego życia i nić porozumienia będzie mocniejsza od stali. Tak są połączeni ze sobą Ian i Rissa, a może i Blaze...