Nikt nie kochał zimy tak jak Aurora Middleton.
Potrafiła spędzać długie godziny na mrozie i śniegu tak, jakby te zjawiska pogodowe nie przeszkadzały jej w żadnym wypadku. Mogła siedzieć przy oknie i tylko obserwować delikatną drogę, jaką płatki śniegu pokonywały w bezkresnym tańcu bieli. Nigdy jej się to nie nudziło. Gdy ktoś wtedy patrzył na dziewczynę, mógł mieć wrażenie, że znajduje się w zupełnie innym świecie, odcięta od wszystkiego i wszystkich. Haniebna była to ucieczka od rzeczywistości, lecz widok wszechobecnej bieli uspokajał ją jak nic innego. Dotyk chłodu na dłoniach i policzkach działał kojąco i wyciszał nerwy. Ostatnio jednak o spokoju ducha nie było mowy.
W powietrzu wisiało coś niedobrego, niczym zły duch krążący w ciszy nad ludźmi, gotów zaatakować w każdej chwili. Mogłoby się wydawać, że mrok wyciąga swe łapska po każdego, kto czuł się w Hogwarcie bezpieczny.
Nawet po osobę, która była dla innych światłem w ciemności, dotykiem beztroski.
Aurora z rezygnacją przeglądała notatki z transmutacji, próbując rozwiązać zadanie domowe. Na ostatnich zajęciach przemieniali myszy i szczury w przedmioty użytku domowego, takie jak miotły, garnki czy ręczniki kuchenne. Nieważne jak bardzo by się starała, transmutacja wciąż pozostawała jej piętą Achillesową i każda z wyczarowanych rzeczy wciąż posiadała ślad tej zwierzęcej natury. O tej godzinie Pokój Wspólny był prawie pusty. Większość Krukonów spędzała czas na zewnątrz, by po raz ostatni przed snem cieszyć się z zimowej aury. Blondynka zapatrzyła się za okno, gdzie sylwetki przyjaciół tańczyły wśród białego puchu we wspólnej zabawie. Przypomniała sobie, jak parę dni temu ona również miała okazję do beztroski. Wtedy towarzyszyli jej Rissa i Ian. Dawno nie czuła się tak szczęśliwa jak tego właśnie dnia.
Otrząsnęła się z zamyślenia, próbując skupić na zadaniu. Jednakże jej myśli zaprzątało zupełnie coś innego, to dziwne wrażenie niepokoju, którego za nic w świecie nie mogła się pozbyć. Pokręciła energicznie głową w niemej naganie i chwyciła za pióro, nieco zbyt gwałtownie mocząc końcówkę w atramencie. Tusz rozlał się na notatki.
- No nie wierzę! - jęknęła do siebie, zrywając się z miękkiej sofy, by kapiący atrament nie ubrudził również jej szaty. Machnęła różdżką i odpowiednim zaklęciem posprzątała ten bałagan, wracając na swoje miejsce. Czuła się beznadziejnie zniechęcona do wszelkiej pracy, co nie zdarzało jej się często. Postanowiła, że poczeka na swoich przyjaciół i wtedy ruszy dalej z zadaniem. O ile się nie myliła, Rissa również nie skończyła jeszcze tej nudnej pracy. Middleton ułożyła notatki w równy stos i wstała, przechadzając się bez celu po pokoju. Dorzuciła nieco drewna do kominka, zagrała z jakimś czwartoklasistą w partyjkę magicznych szachów. Chciała wyjść na zewnątrz, jednakże było już dość późno; wiedziała, że za moment drużyna Krukonów wróci z boiska, gdzie odbywali kolejny trening.
Możliwe, że później przysnęła na fotelu, zwinięta w kłębek i zapatrzona w wielkie płatki śniegu, które leniwie opadały z nieba w absolutnej ciszy. Przymknęła powieki i rozluźniła się, jednocześnie pogrążając się w myślach. Czy dobrze zrobiła, nie wracając do domu na te święta? Czy rzeczywiście chce zostać aurorem, czy to może tylko odległe marzenie jej matki? Aurora czuła, że nie potrafiłaby walczyć. Co jeśli jej przeciwnikiem okazałby się ktoś, kogo zna? Co gorsza - zna i lubi? Znajomy z jednego domu, ze szkolnej ławki i towarzysz wielu rozmów i wygłupów... Wyobraźnia podsunęła jej obraz Iana, co spowodowało nieprzyjemne ukłucie w sercu... Czy potrafiłaby wymierzyć w niego różdżkę, wyszeptać zaklęcie?
Widziała go w śnie bardzo wyraźnie, niemal realnie. Stali na polanie otoczonej przez mgłę, i wiedziała, c z u ł a , że wokół nich krąży wiele zakapturzonych postaci, czekających na porażkę. Jej upadek. Ramsay również odziany był w długą, czarną szatę, a lewy rękaw miał podwinięty, pokazując Aurorze mroczny znak wypalony na skórze przedramienia. Uśmiechał się z dumą, jego oczy błyszczały dziko i niespokojnie. "Tak uśmiecha się Hathoway", pomyślała wstrząśnięta. Nie mogła się ruszyć, sparaliżował ją strach. Właśnie wtedy Ian uniósł różdżkę, krzyknął zaklęcie, lecz sens słów uleciał gdzieś z jej krzykiem. Widziała tylko zieleń. Mnóstwo, mnóstwo zielonego światła.
Usiadła gwałtownie, przebudzona i wstrząśnięta. Łapczywie łapała oddech, przyciskając obydwie dłonie do serca i próbując się uspokoić. Wmawiała sobie, że tylko okropny koszmar, lecz jednocześnie miała to cholernie głupie wrażenie, że ten sen może się ziścić. Jeszcze nie teraz, nie w szkole. Ale trochę później.
Drzwi do Pokoju Wspólnego otworzyły się i do środka wkroczyła drużyna Krukonów, zmarznięta i najwyraźniej bardzo ponura. To była dla blondynki niejako nowość. Zawsze po treningach planowanych przez Rissę wszyscy wracali z boiska ożywieni, dyskutując i przekrzykując siebie nawzajem, bo nagle mieli nowe pomysły odnośnie gry. Ale nie dzisiaj. Aurora wstała ze swojego miejsca i przywołała na twarz najbardziej pogodny uśmiech, na jaki tylko mogła się zdobyć.
- I jak było?
Laurissa spojrzała na przyjaciółkę i odwzajemniła jej uśmiech, chociaż muśnięte czerwienią usta były smutne i niechętne do tego właśnie gestu. Serce Aurory niemal zamarło.
- Bardzo dobrze - odpowiedziała bez cienia entuzjazmu, kierując kroki w stronę pokoju. Skinęła delikatnie dłonią do Aurie, by ta podążyła za nią. Ale Middleton pozostała na miejscu, patrząc na resztę.
Ezra był wściekły. Gniew emanował z niego jak z wulkanu i to dało się wyczuć. Sheila wymamrotała pod nosem coś o niedokończonym zadaniu na zielarstwo i czmychnęła czym prędzej do siebie, Roslyn w ogóle opuściła pokój, a Ryan i Victor wymienili długie, znaczące spojrzenia. Z twarzy Ramsaya nie dało się nic odczytać; najwyraźniej chciał odejść, lecz Ezra zdecydowanie złapał go za ramię i zatrzymał.
- Co to wszystko miało znaczyć? - syknął wściekle Bennett, niebezpiecznie blisko wybuchu. Aurie postąpiła do przodu, wstrząśnięta, lecz Ryan zastąpił jej drogę, mruknął coś pod nosem. "Nie wtrącaj się, mała."
- Co masz na myśli? - Ian z opanowaniem strząsnął z ramienia dłoń kolegi. - Trening poszedł przecież dobrze.
- Nie udawaj idioty! Robisz nam łaskę, że grasz? Widziałem jak obojętnie zwracałeś się do pani kapitan. W sumie w ogóle się do niej nie zwracałeś, olewałeś polecenia i ignorowałeś uwagi. Co cię do cholery ugryzło?!
W pomieszczeniu zapadła cisza. Ian i Ezra mierzyli się wzrokiem, jeden kompletnie obojętny i opanowany, drugi wściekły i poirytowany. Ryan i Victor zwinęli się po chwili, radząc kolegom odpuścić temat.
- To nie twoja sprawa, Bennett. I szczerze mówiąc, mam wyjebane na twoje zdanie. Zajmij się sobą a mnie zostaw w spokoju.
Krukon odwrócił się napięcie i szybkim krokiem ruszył w stronę schodów, przelotnie zerknąwszy na bladą i zszokowaną Aurorę, która później będzie miała ogromne wyrzuty sumienia z powodu braku reakcji. Ale nie zdążyła. Ramsay zniknął w swojej sypialni a Ezra zaklął głośno i wybył z Pokoju Wspólnego, nie zwracając uwagi na późną porę.
Middleton wróciła do siebie. Rissa brała prysznic, a gdy wróciła najwyraźniej nie miała ochoty na rozmowę. Usiadła na łóżku i sięgnęła po szczotkę do włosów, lecz Aurora zajęła miejsce za nią i bez słowa przejęła przedmiot, delikatnie rozczesując długie włosy koleżanki.
- Czy Ian jest na nas obrażony? - zapytała cicho Aurie, nie mogąc się powstrzymać. Laurissa milczała dobrą chwilę, zbierając myśli.
- Nie, nie sądzę - zaczęła powoli, bardzo ponuro. Siedziała tyłem do koleżanki, lecz Middleton nie musiała widzieć jej twarzy, by dostrzec smutek. To uczucie biło od całej sylwetki Earnshaw. I nagle, jakby Krukonka zdała sobie z tego sprawę. Wyprostowała się niemal dumnie i zerknęła na przyjaciółkę, uśmiechając się lekko. - Nic się nie dzieje. Facet jak to facet, miewa czasem gorsze humory. Nie przejmuj się tym tak bardzo.
Aurora jej uwierzyła.
muzyka
Kolejne dni mijały raczej spokojnie. Szóstoklasiści mieli naprawdę mnóstwo zajęć, gdyż wielkimi krokami zbliżali się do egzaminów. To samo tyczyło się również piątoklasistów i siódmoklasistów, a w tym okresie czasu nauczyciele niemal się zmówili i zasypali podopiecznych mnóstwem prac. Nikt nie miał czasu na myślenie o tym, co dzieje się poza murami szkoły, lub co gorsza - co dzieje się właśnie w ich zaciszu.
- No, nie ma co tego zostawiać na później - Laurissa położyła na stole pokaźny stos książek, który miał służyć dziewczętom za pomoc. Siedziały w bibliotece już sporo czasu, pisząc kolejne prace i niejako ciesząc się swoim towarzystwem. Dobrze było tak posiedzieć w dwójkę i pogadać o wszystkim i o niczym. Aurora wierzyła, że humor Rissy znacznie się poprawił od ostatniego czasu, co uznała za dobry znak. Nie wiedziała jednak, że Earnshaw potrafiła ukryć smutek i rozczarowanie naprawdę głęboko.
Przez dłuższy czas rozmawiały o głupotach i robiły zadania, nie zwracając uwagi na resztę uczniów. W pewnym momencie jednak drzwi do biblioteki otworzyły się i do środka wszedł Blaze w towarzystwie Liv. Hathoway zmierzył dziewczęta spojrzeniem i lekko uniósł brwi na widok Aurie, co ta uznała naiwnie za niemal powitanie. Ostatecznie, odbyli ostatnio wspólnie karę i być może byłby to początek nici porozumienia między nimi... Lecz Middleton nie miała odwagi, by postawić ten krok. Bała się uczniów domu węża, jej boginem był cholerny bazyliszek - czy to nie mówiło zbyt wiele o młodej Krukonce? Evelyn uraczyła niedoszłą siostrę niezbyt ciepłym spojrzeniem. Od paru dni była w wyjątkowo złym nastroju, co Aurora przypisała wizycie Roberta Sullivana. Zignorowałaby ich, lecz Rissa spięła się i jakby zawahała, nie spuszczając spojrzenia z Blaze'a. A gdy ten zniknął za półkami, wstała bardzo powoli.
- Za moment wrócę - poinformowała przyjaciółkę i ruszyła dokładnie w kierunku, gdzie zniknęli ślizgoni. Aurora poczuła, że jej serce przyśpiesza rytm w niespokojnym marszu. Próbowała skupić się na czytanej lekturze, lecz wtedy nawiedziła ją myśl, że znów jest okrutnie bezużyteczna. Ian zaczął ignorować ją i Rissę, odcinał się powoli od obydwu. Sama Laurissa była przygnębiona i wyraźnie czymś strapiona, lecz nie chciała się tym podzielić z Middleton. Blondynka zerwała się z miejsca, gotowa dowiedzieć się wszystkiego, tu i teraz. Przyjąć ogrom prawdy na swe kruche barki. Wtedy jednak drzwi do biblioteki otworzyły się ponownie.
Do środka weszła Gemma, jak zwykle w towarzystwie Gabrielle i Syriusza Blacka. Krukonka poczuła przypływ wdzięczności, bo z Arterton u boku nie bała się niczego. Z Arterton u boku mogłaby stanąć na wprost Hathowaya i wyrecytować mu wszystko co o nim myśli jak na spowiedzi. Ale Gemma nie zwróciła uwagi na przyjaciółkę, zajęła jakieś oddalone miejsce. Wydawała się dziwnie otępiała i jakby zmęczona, przytłoczona. Aurora przełknęła gorycz i spięła się, bez słowa kierując się w stronę dalszych regałów, gdzie zamierzała spotkać Rissę, Liv i Blaze'a. Najwyraźniej musiała poradzić sobie z tym sama.
Nie musiała nawet podchodzić zbyt blisko, by wszystko usłyszeć. W bibliotece powinna panować bezwzględna cisza, ale pani Connelly przymykała zwykle oko na tą zasadę. Cała trójka szeptała na tyle głośno, by Middleton nie musiała się ujawniać. Początkowo sens tej rozmowy jej umknął, lecz po chwili zdała sobie sprawę z pewnego faktu. Liv z nimi nie było, to po pierwsze. A po drugie, rozmowa dotyczyła czegoś, o czym Aurora nie wiedziała. I najwyraźniej nie powinna wiedzieć.
- ... tej więzi nie da się wymazać tak łatwo. Nie rób takiej miny, wiesz doskonale o czym mówię! Kiedyś byliśmy...
- Nie masz dość po ostatnim? Nie obchodzi mnie już przeszłość, nie jestem w żaden sposób z wami związany. Przestań ciągle o tym pieprzyć!
Łączyła fakty, lecz coś wciąż jej umykało, a serce biło szybko z niepokoju. Najgorsza była jednak świadomość, że Laurissa musiała mieć jakąś tajemnicę, o której nie zechciała opowiedzieć. Coś, co łączyło ją kiedyś z Blaze'em i...? To nadal było niejasne.
Krukonka odwróciła się by odejść, nie chciała już słuchać. Wtedy zobaczyła Liv, swobodnie opartą o najbliższy regał. Mierzyła wzrokiem Middleton, też słyszała wszystko. A może i więcej. Jednakże zamiast wkopać blondynkę, ta bez słowa odsunęła się i pozwoliła jej przejść, zupełnie jakby bez użycia słów zawarły jakieś nieme porozumienie. Aurora zwinęła swoje książki i opuściła pędem bibliotekę, nie zważając już na nic.
muzyka
Podczas kolacji jak zwykle panował niesamowity hałas spowodowany nową informacją w "Proroku Codziennym", która głosiła wszem i wobec, że siły zła mają swoje źródła w Ministerstwie Magii i nieustannie sabotują działania aurorów. Zabito czterech, siedmiu wylądowało w Mungu. Nie złapano żadnego odpowiedzialnego, lecz Minister Magii wyznaczył sporą nagrodę pieniężną za jakiekolwiek wiarygodne informacje.
- Dlaczego wyszłaś z biblioteki? Szukałam cię. Gdzie byłaś? - Rissa zajęła miejsce obok Aurory, która tego wieczoru zrezygnowała z posiłku, popijając tylko herbatę.
- Nienajlepiej się poczułam - skłamała gładko Middleton, lecz nie potrafiła się zmusić do tego, by spojrzeć Earnshaw w oczy. Dodała szybko, że pokrążyła trochę po błoniach, co było jednak prawdą. Zanurzyła dłonie w lodowatym śniegu i odetchnęła parokrotnie mroźnym powietrzem, by zapewnić sobie namiastkę spokoju.
Aurora chciała zapytać Laurissę o wszystko, co ją gryzło. Chciała wyznać przyjaciółce o tym, co usłyszała i wesprzeć ją, nieważne o co tak naprawdę chodziło. "Zły humor" Iana wciąż się utrzymywał, usiadł na drugim końcu stołu, byle dalej od przyjaciółek. Middleton z trudem przełknęła łzy cisnące się do oczu.
- Rissa, słuchaj, czy możemy... - zaczęła, lecz nie dane jej było skończyć. Tuż przed nią wylądowała sowa, wyjątkowo piękny okaz śnieżnej, która bez wahania wyciągnęła nóżkę w stronę blondynki. Aurie wpatrywała się w ptaka jak w najgorszy zły omen. Miała mały układ z Deanną, swoją matką, że ta pisała do córki tylko w weekendy. Dzisiaj z kolei była środa. Któż inny jak nie mama mógł wysłać list?
Laurissa wbiła uważne spojrzenie w pobladłą nagle Middleton, po czym nie wahając się dłużej, ostrożnie odwiązała list i wzięła go. Sowa odleciała. Czujne oczy Rissy od razu wyłapały drobny... błąd(?) w sposobie zaadresowania koperty.
List należał do Aurory S h a w .
Blondynka bez słowa podała kopertę przyjaciółce. Aurora miała wrażenie, że nagle ten cały niepokój ostatnich dni był uzasadniony, że to była cisza przed burzą. A właśnie teraz uderzył pierwszy piorun. Zerwała się z miejsca.
- Aurie...?
- Idę do pokoju - odezwała się słabo Krukonka i odeszła od stołu, szybkim krokiem zmierzając do wyjścia z głównej sali. Ian zauważył tą scenę i odprowadził Aurorę wzrokiem. Zawahał się na moment i wykonał dziwny gest, zupełnie jakby zamierzał wstać i za nią pójść... lecz zaraz jego spojrzenie pomknęło w stronę stołu Ślizgonów, gdzie obserwował go Blaze. Z powrotem opuścił wzrok na talerz, trwając nieugięcie w swojej mrocznej decyzji. Tak było łatwiej.
Gdy w końcu znalazła się sama w dormitorium, zapaliła świecę i usiadła na brzegu łóżka, jeszcze długo wpatrując się w kopertę. W końcu jej drżące palce rozdarły delikatny papier i dostały się do listu, wypisanego na pięknej i bez wątpienia drogiej papeterii. Rozłożyła go ostrożnie. Ktokolwiek do niej napisał, miał piękny charakter pisma.
Auroro,
Zdaje sobie sprawę z tego, iż praktycznie się nie znamy. Przez wiele lat nie mogłam pogodzić się ze zdradą, jakiej dopuścił się mój jedyny syn, sprowadzając hańbę na swoją rodzinę. Uciekł z tą ohydną szlamą i zdradził swoich prawdziwych przyjaciół. Później na świecie pojawiłaś się ty, owoc tego ohydnego postępku, czego tym bardziej nie mogłam zaakceptować. Rozumiem, że to może być dla ciebie trudne do pojęcia bo wychowałaś się wśród szlam i ich wielkich fanów, lecz nie piszę by zdobyć twoje zrozumienie.
Nareszcie nastał nowy porządek i w czarodziejskim świecie pojawił się Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać. Obiecał, że zadba o to, by szlamy i im podobne kreatury zniknęły na zawsze z drogi czystokrwistym i prawym obywatelom naszego społeczeństwa. Jest litościwy i pełen zrozumienia. Dał naszej rodzinie szansę na wymazanie potwornej zdrady Fredericka.
Dał TOBIE szansę na odpokutowanie grzechów ojca.
Nigdy nie zależało mi na tym, by cię poznać. Przez te szesnaście lat twoja osoba nieustannie spędzała mi sen z powiek, bo rodzina Shaw zawsze mogła poszczycić się osobami czystej krwi. Ty jesteś okropnym mieszańcem, ale w szeregach Czarnego Pana nie brakuje i takich jak ty, o wątpliwym pochodzeniu, którzy pragną zaskarbić sobie Jego szacunek i miejsce w nowym świecie.
Wystarczy, że skontaktujesz się z dzieciakami od Lestrange'ów, Hathoway'ów lub Ramsay'ów. Słyszałam, że młody Ian jest w twoim domu, więc pójdzie szybciej. Oni powiedzą ci co dalej. Wybierz słuszną stronę i zasłuż na posiadanie nazwiska Shaw. Nie jest jeszcze za późno. Jeśli zdecydujesz się sprzeciwić, nie będę w stanie więcej chronić ciebie i twojej mugolskiej matki.
Nie odpisuj na ten list.
Desmera Athena Shaw.
Kartka wypadła ze zdrętwiałych palców dziewczyny. Słowa napisane ręką jej babki, której nigdy nie poznała, wyryły się w jej pamięci niczym wypalone. Szlamy, armia, Czarny Pan, nowy porządek. Ramsay. Ale pośród nich przebijało się jedno, jedyne słowo, które wstrząsnęło nią najbardziej.
P O K U T A.
____________________________________
Przepraszam Was bardzo, że musiałyście tyle czekać za tym rozdziałem. ;-; Nie jest zbyt długi i starałam się pokonać zastój w wenie, dlatego pewnie nie zachwyci Was emocjami, chociaż bardzo się starałam, żeby je przekazać. I serio, nie ogarniam ustawiania tej muzy, dwa ostatnie linki nie chcą się ustawić tak jak chce! Przepraszam za to ;-;
I miłego czytania. ^^
Przybywam, nawet na wyjeździe mi to nie umknie i jestem z siebie bardzo dumna *^*
OdpowiedzUsuńZacznę od tego, że cieszy mnie niesamowicie fakt, iż dodałaś dziś posta, bo jutro siedzę 9 godzin w polskim busie i będę mogła pisać. Nie miej jednak nie o tym powinnam wspominać w tym komentarzu.
Długość może nie była wielka, ale na pewno napełniona treścią, co wywarło na mnie bardzo dobre wrażenie. Poza tym cieszę się niezmiernie, że nawiązywałaś do wcześniejszych postów. Naprawę, uwielbiam jak to robicie (tak, to była wiadomość do wszystkich xD)
Tytuł to poezja i piękna klamrowa budowa, bo zakończyłaś tym samym słowem, które pojawiło się w liście. Ten efekt także jest niesamowity, a w połączeniu z Twoimi czarującymi opisami daje napawdę duży efekt.
Poza tym było tam tyle Rissy~~ *q* Jstem mistrzem lubowania się w drobnych, nieznaczących szczegółów i tak też teraz muszę podkreślić, że to, kiedy Aurora zabrała z rąk mojej postaci szczotkę i zaczęła czesać jej włosy mnie rozczuliło. Naprawdę uwielbiam te drobne szczegóły, niby nic, a paradoksalnie bardzo to na mnie działa *^*
Moją ulubioną sceną jest chyba ta, w której praktycznie mojej postaci nie ma, mam tu na myśli wymianę zdań po treningu. Po pierwsze było to czymś nowym, po drugie oddałaś sytuaję między Ian'em i Laurissą, a po trzecie przybliżyłaś nam, jak wyglądał trening, chociaż samego go nie opisywałaś. Jak dla mnie ta scena naprawdę kosi, coś z wyższej półki *^*
Ogólnie dużo się działo, nie było tych typowych "fragmentów z dupy", więc zapomnijmy ile czekaliśmy, bo widać, że nie pisałaś na szybko, ale faktycznie o tym myślałaś i zaplanowałaś.
Wiem, że nieco niepewnie podchodziłaś do tego, jak moja postać będzie się zachowywać, ale uważam, że dobrze sobie z tym poradziłaś, tak więc głowa do góry *^* Normalnie cieszę się, że Rissa ma taką przyjaciółkę, jak Aurora. No i znów muszę pochwalić kogoś za to, że nie gloryfikuje własnej postaci! Brawo! Jedyny minusik, a właściwie nie minus, bo to byłaby podłość, o którym chcę wspomnieć, to taka drobna sugestia, co do listu. Laurissa też jest ze znanej rodziny śmierciożerców i nikt z dorosłych nie myśli o tym, że jej zdanie może być inne xP No, ale to nie jest istotne *^*
Trzy razy tak, bardzo się cieszę, że ten post się pojawił, bo ie ukrywam, że dał mi kopa do pisania własnego... tylko muszę coś najpierw wymyślić "D
Omg bro, nawet na wyjeździe jesteś pierwszorzędnym komentatorem! Szacuneczek B)
UsuńW ogóle przyznaję, że czytałam ten komentarz milijon razy, no normalnie umieram ze szczęścia, że mój rozdział wzbudził tak pozytywne wrażenia! Przez cały czas miałam wrażenie, że piszę w ten sposób, że sytuacje mogą wydawać się dla czytelnika nudne i banalne, a jednak Tobie się spodobało, więc pękam z dumy kurdebele */////* I sama się rozczuliłam tą sceną z czesaniem włosów, ich przyjaźń taka piękna! ;-; <3
A, właśnie, nazwisko. Ja się zastanawiałam i głowiłam czy tam Rissy ród wpisać i to była walka, czy pisać do Ciebie na fb czy nie o to ;-; Ale stwierdziłam, że ostatnio ze mnie Janusz Pytań i nie będę Ci zawracała głowy gdy spędzasz ostatnią noc u przyjaciółki, także nie wpisałam i to był błąd ;-; Ale spoko, zwalmy to na sklerozę babki Shaw, ona już ma swoje lata XD
Jednym słowem : dziękuję ♥ Przeogromnie wręcz dziękuję za tą opinię i bardzo się cieszę, że zmotywowałam Cię do pisania. Nie mogę się doczekać Twojego rozdziału! *^*
No dobrze, postaram się zaprezentować to co wyleciało z moich ust po przeczytaniu rozdziału (ze ścisłą cenzurą):
OdpowiedzUsuńPiiiii piiiii piiiiiiiiiiiiiii..~
W tłumaczeniu - Zamorduję Cię, panno Sumiko, uduszę, ukatrupię, potem odprawię taniec zgwałconej meduzy zanim wypuszczę cię w łódce na wodę i będę tańczyć nago w świetle księżyca, popijając jabola.
Genialne *-*
W prawdzie Gemmy malutko, ale pozwolę sobie zacytować coś co mnie ubodło i rozgrzało:
"Krukonka poczuła przypływ wdzięczności, bo z Arterton u boku nie bała się niczego. Z Arterton u boku mogłaby stanąć na wprost Hathowaya i wyrecytować mu wszystko co o nim myśli jak na spowiedzi." Iaaah *^* Mile łechcesz moją próżność, milordzie!
A tak kompletnie szczerze, to list od babki mnie zabił, zamordował, przybił do ściany i umarłam na śmierć, o.
Chcę więcej. Nie każ mi czekać. Rozpłatam cię nad kominkiem jak dorodnego szczupaka! ♥
Nie jestem tak dobra w elaboratach komentarzowych jak Deny, ale psia jego kurdebele mać, jeszcze się wybiję (Deny, rozłożę cię na łopatki i kiedyś pierwsza coś skomentuję, o! Z przytupem!)
Madame, uroczyście przysięgam, że jesteś the best! ♥
Jestem wreszcie ;-; tak późno, przepraszam Janusz, ostatnio nie miałam siły na internety i te wszystkie rzeczy z nimi związane, a ponadto jest jakiś tysiąc stopni i mam ochotę leżeć bez ruchu cały dzień, ewentualnie łazić na basen ;-;
OdpowiedzUsuńNo, ale skoro się już wytłumaczyłam (tylko winny to robi :v) to mogę przejść do komentarza.
Zauroczyły mnie twoje opisy, małe rzeczy, które były idealnie na miejscu, dobór słów i budowanie napięcia... Czytając to poczułam się jakbym czytała książkę, bo wszystko było tak dobrze dopasowane, takie lekkie mimo że pewnie włożyłaś w to naprawdę dużo pracy. I dialogi - były takie naturalne, prawdziwe, niewymuszone, aż mi się ryjek cieszył do niektórych z nich! Poza tym akcja tak zwięźle i płynnie przechodziła od sceny do sceny, łącząc je ze sobą w prześliczną, emocjonalną całość, że nie mogłam się oderwać od lektury.
Tylko Janusz, dlaczego ;-; dlaczego to było takie krótkie, przecież człowiek to połknął w kilka sekund i chciał krzyczeć a całe gardło "jeszcze"! ;-; Już nie mówiąc o sposobie zakończenia posta, to straszne - taki smaczek zostawić na koniec i nic za wiele nie wytłumaczyć! Wyobraźnia pracuje, moja przynajmniej. Mimo że dalej cię za to nienawidzę ;-; to piękne, że nie podajesz wszystkiego na tacy, że zostawiasz do przemyślenia.
Scena z Ian'em po meczu mnie kompletnie rozbroiła. I ogólnie ten rozdział zostawił we mnie taki smutek, bo chociaż nie był wprost smutny, to między wierszami przeciskała się melancholia i ból.
Gratulacje Januszku, dobra robota! c:
Nadszedł i dzień, kiedy ja się zjawiam. Przepraszam przede wszystkim za opóźnienia i za to, że prawdopodobnie ten komentarz nie wyjdzie mi taki, jaki sobie zaplanowałam. Będzie "dobry", a nienawidzę rzeczy robionych tylko na dobrze... W każdym razie nie o tym miałam pisać.
OdpowiedzUsuńFajnie było mi wbić się do klimatu tego opowiadania po tak długiej przerwie za pomocą Twojego rozdziału. Bo przyznam szczerze, że bardzo podoba mi się to, jak piszesz, opisujesz, Twoje opisy w liczbie trzeciej są barwne i przede wszystkim nie męczące. Takie lekkie, zabawne, czasem przytłaczające, ogólnie po prostu tekst połykałam. Fakt, rozdział był trochę krótki, aczkolwiek nie uważam tego za minus (zawsze lepiej poczytać więcej, ale pisać na siłę też nie dobrze).
Ja jestem fanką tego, jak przedstawiłaś płynnie wszystkie postacie, a poza tym bardzo podobał mi się motyw - nie wiem czy zamierzony czy nie - że przez większość rozdziału nie skupiałaś się jedynie na przeżyciach swojej postaci, to Cię nie ograniczało. Ogólnie chciałabym też tak potrafić. Bo to nie narzuca nam Aurory w sposób oczywisty, nie wykłada jej postaci jak kawy na ławę, a jednocześnie daje odczucie o postaci. To może brzmieć zawile, ale... Nie umiem tego wytłumaczyć.
Świetnie przedstawiłaś Iana, a moc wszystkiego zawiera się w małych detalach. Chociaż ważny jest ogólny zamysł, to przejęły mnie drobne gesty i słowa postaci nie należących do Ciebie, a najbardziej chyba spodobało mi się przedstawienie Rissy (chociaż Ianowi też nie ujmuję). Cudo. Wyśmienicie czytało się ten rozdział.
Pozdrawiam : )
Chyba największe spóźnienie mam ja :)
OdpowiedzUsuńCześć Auroro przede wszystkim. Rozdział przeczytany lata świetlne temu, ale wreszcie mam czas i warunki do napisania swojego skromnego komentarza. Do rzeczy.
Zacznę od końca, bo tak mnie zaskoczył ten list, że wciąż o nim myślę. Aż mi się wierzyć nie chce, że ta Aurora: grzeczna, poukładana, od zawsze po jasnej stronie pani prefekt będzie musiała zmierzyć się z czymś takim, jakim jest rodzina po stronie Voldemorta. Wydaje mi się, że to bardzo zbliży ją z Rissą, w końcu będą uwikłane w ten sam problem. Naprawdę ciekawa jestem jak to rozegrasz dalej.
Pozdrawiam :)