poniedziałek, 20 lipca 2015

XI. Najgorsze w życiu urodziny



muzyka od 10:50

            Ogień tańczył w kominku, iskry skakały dookoła wesoło, strzelały mocno w górę i przez chwilę świeciły wyjątkowo mocnym, czerwono-złotym blaskiem. Niektóre z nich wypadały poza palenisko, ale gasły w locie na dywan, nigdy go nie dosięgając. Pewnie wypaliłyby małe plamy, choć dookoła ogniska nie było żadnych czarnych dziur świadczących o tym, że któraś się wydostała. Blaze patrzył nieruchomymi oczami na ten dziwny wyścig i liczył na to, że któraś wreszcie spadnie na materiał. Potrzebował chwili dla siebie, odpoczynku od problemów i gapienie się w ogień oraz oczekiwanie na to, co nie nadejdzie wydawało się wspaniałą opcją. Wieczór przechodził w noc. Zielonkawa poświata jeziora ciemniała kiedy słońce zachodziło za horyzont i teraz w pokoju wspólnym jednym ze źródeł światła był właśnie kominek. Chłopak miał wrażenie, że daje niesamowicie mocne światło, chociaż ogień dogasał powoli.
            Kiedy iskry przestały się sypać, podniósł spojrzenie. Był sam, przynajmniej tak to wyglądało na pierwszy, leniwy i niezbyt zainteresowany rzut oka. Wolno spojrzał w kierunku magicznego zegara, który wskazywał na dochodzącą godzinę dwudziestą trzecią. Zdążyło się całkowicie ściemnić i w pomieszczeniu panował swoisty, groźny półmrok. Skóra fotela, na którym do tej pory siedział Ślizgon zatrzeszczała złowrogo, kiedy ten podniósł się z siedzenia. Był to jeden z niewielu dźwięków. Mimo że cichy, rozniósł się po pokoju.
            Coś zaskwierczało w kominku w chwili, w której Blaze już zmierzał do wyjścia z pomieszczenia. To sprawiło, że zatrzymał się, wolno obejrzał przez ramię i na chwilę znieruchomiał, nasłuchując. Dźwięk powtórzył się dopiero po kilku minutach całkowitej, niezmąconej ciszy. Skwierczenie, syczenie… plucie?
            Adrenalina uderzyła mu do głowy. Nagle zdało mu się, że chwiejne cienie się wydłużają i chwytają go swoimi lepkimi, długimi łapami, zmuszają do zrobienia kroku w tamtym kierunku. Coś się poruszyło, tam w kącie? Czy to tylko wyobraźnia? Blaze spiął mięśnie i wolno zwrócił się w stronę miejsca, w którym chwilę temu siedział. Chociaż wcale nie chciał, zrobił jeden uważny krok, później następny i zdał sobie sprawę, że się skrada. Chciał się przywrócić do porządku i zganić za tak głupie okazanie strachu, ale nie zrobił tego i nie przestał uważać na stopy, kątem oka obserwując cienie.
            Kominek drgnął i kaszlnął, pionowo w górę buchnął jasny snop iskier.
            Blondyn stłumił krzyk i gwałtownie cofnął się, wpadając na stolik i o niemal go nie przewracając.
            – Zamknij się! – doszedł go głos z tamtej strony, mimo to chłopak z szeroko otwartymi oczami rozglądnął się dookoła, mocniej przyciskając plecy do ściany i ostrożnym, oszczędnym gestem wpychając rękę do kieszeni, w której trzymał różdżkę. – Schowaj to! I podejdź tu, do ciężkiej cholery! Popiół włazi mi do ust! – padły następne nieznoszące sprzeciwu rozkazy.
            Poznał głos, choć był zniekształcony, i wbrew nakazowi mocniej złapał różdżkę. Ściągnął brwi. I postanowił chociaż w jednym posłuchać, teraz, kiedy domyślał się co się dzieje. Odkleił się od ściany i podszedł do kominka, zaciskając pięść na drewnianej rączce i uparcie wlepiając spojrzenie zmrużonych oczu w palenisko. Kształtowała się w nim twarz, dziwacznie zniekształcona, oprószona popiołem i sypiąca groźnie iskierkami, które wciąż skakały dookoła. Gdzieniegdzie rozniecały się małe płomienie ognia, a wtedy twarz wykrzywiała się groźnie i po chwili ogień znikał. Blaze obserwował uważnie to zjawisko, jeszcze zza oparcia fotela, dziwiąc się okolicznościom i sposobie kontaktu, naraz czując złość oraz jakiś rodzaj niepewności.
            Willa nie odzywałaby się, jeśli nie miałaby ku temu poważnego powodu.
            – Nie mam całego dnia, idioto! – ryknęła znów kupka popiołu i chłopak aż podskoczył, po czym zbliżył się i kucnął nad kominkiem, niepewien czy powinien patrzeć w ogniste oczy czy też gdzie indziej. Jej głos budził u niego nieodpartą potrzebę posłuszności, poddawał się mu.
            – Co… – zaczął groźnym szeptem, ale jak zwykle w obecności kobiety nie dane mu było skończyć.
            – Słuchaj mnie uważnie, bo mam mało czasu i nie będę powtarzać. H – tak nazywała dziadka – coś wie. Nadchodzi coś dużego, o wiele większego niż twoja mała zabawa z Gryfonką. Rozumiesz? Coś groźniejszego. On ścieli trupami ścieżkę, po której idzie. Póki co, nie wiem za wiele i też nie powinnam o tym mówić, chcę tylko żebyś nie był zbyt zdziwiony jak przyjdzie twój czas. Gdy nadejdzie, ktoś wyrwie cię z tego zamczyska, a Czarny Pan – zniżyła głos, wypowiadając to imię – będzie przygotowany na twoje przyjście. Nie tylko twoje. Ramsay zdaje się ma wiele do powiedzenia w tym temacie. Nie przerywaj mi! Jak już mówiłam, nie mam czasu na głupoty. Ukrywam się, nie powinieneś wiedzieć gdzie. Jednak… Jeśli będziesz musiał, podkreślam: tylko w poważnej sytuacji, możesz wysłać mi sowę. Weź starego Heller’a, on zna drogę.
            Coś trzasnęło, strach przemknął po ładnej, dwudziestoczteroletniej twarzy w kominku. Blaze jak zahipnotyzowany się w nią wpatrywał. Jeszcze nie rozumiał, nie wiedział o co chodzi. Ian jest w to zamieszany. Myśli kotłowały mu się w głowie, na miejsce kilku odpowiedzi wskakiwało tysiące nowych pytań.
            – Muszę uciekać, masz towarzystwo. I, Blaze… – głos się zawahał na sekundę, oczy z popiołu mrugnęły szybko. – Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, braciszku – dokończyła, uśmiechnęła się na swój zwyczajny, ponury sposób i zniknęła, zanim chłopak zdołał odpowiedzieć.
            Nie czekał, aż ten ktoś, kto przerwał mu rozmowę z siostrą zobaczy go klęczącego przed kominkiem. Wcisnął różdżkę do kieszeni, błyskawicznie wstał z klęczek i o mało nie wybiegł z pokoju wspólnego Slytherin’u. Evelyn zauważyła właściwie tylko jego pięty, cmoknęła z niezadowoleniem i skrzyżowała ręce na piersiach.
Idąc korytarzem, mrugał gwałtownie, zbyt szybko, nerwowo. Starał się intensywnie myśleć i łączyć fakty, ale tak naprawdę mimo jej słów, Willa nic nie wytłumaczyła, tylko wszystko jeszcze bardziej zagmatwała. Nie wiedział, co o tym sądzić. Dodatkowo przypomniała mu o jutrzejszej głupiej dacie – o jego urodzinach. Na szczęście jego nogi same go zaprowadziły pod pokój nauczycielki run. Dopiero przed masywnymi, dębowymi drzwiami odzyskał chociaż częściowo zdolność dostrzegania tego, co dzieje się dookoła niego. Zaczesał dłonią do tyłu włosy opadające na oczy, zapukał i wszedł.


            Starał się odzyskać panowanie nad sobą i przywrócić zwykłą obojętność w oczach, ale mimo to nadal coś się w nich czaiło i profesor Northman, która obrzuciła go spojrzeniem, to „coś” zauważyła. Za nią stała Middleton.
            – Dobrze, że pan wreszcie jest, panie Hathoway – przywitała go ruda nauczycielka, nie szczędząc sobie jeszcze wymownego zerknięcia na zegar, mimo że wiedziała która jest godzina. – Możecie zabierać się do pracy. Tacy jak wy, wyrywający się do pojedynków, na pewno ucieszą się z perspektywy popracowania nad mięśniami – dodała, lekko marszcząc przy tym nos. – Różdżki – wyciągnęła dłonie i oboje niechętnie je oddali.
Otworzyła małe drzwi - miały nie więcej niż pięć stóp (1.5m) - w których wszyscy musieli się schylić, a które prowadziły do pomieszczenia zawalonego księgami od podłogi aż po niski sufit. Nierówne sterty wyglądały jakby były na skraju zawalenia się, regały uginały się groźnie. Kurz w powietrzu był tak mocno wyczuwalny, że stało się ono dużo gęstsze niż na zewnątrz. Miało się wrażenie, że nagle wylądowało się pod wodą. Blaze i Aurora zaczęli kichać jedno przez drugie.
– Poprzedni nauczyciel zdaje się lubił bałagan, a te księgi do run mogłyby się przydać jeśli udałoby się coś tu znaleźć. Zostawiam je wam do uporządkowania alfabetycznie po tytułach. I żeby tu nie został kurz. Powodzenia – powiedziała kobieta z przekąsem, odwróciła się i zostawiła ich samych.
            Popatrzyli po sobie. Prychnęli niemal naraz i rozeszli się w najbardziej oddalone od siebie kąty niewielkiego pomieszczenia bez słowa. Dopiero pół godziny później zorientowali się, że w ten sposób nie ułożą setek ksiąg, bo kiedy jedno przeszło do litery „C”, drugie wciąż układało „A”, psując przy tym cały szyk. Dodatkowo, ustawiali je w dwóch osobnych rzędach na osobnych półkach.
            – Ja stąd spadam. Mam lepsze rzeczy do roboty – w pewnym momencie ciszę przerwał oschły głos chłopaka. Podniósł się nawet i otrzepał z kurzu, kichnął na wskutek drobin unoszących się wszędzie dookoła.
            – Co?! Nigdy w życiu nie zostanę z tym sama. To  t y  się wtedy na mnie rzuciłeś – wycedziła niemal blondynka. – Przez ciebie i twoich głupich znajomych tu siedzimy.
            Nie przejął się. Już jedną nogą przekroczył próg, kiedy dziewczyna rzuciła się do przodu, złapała go za nadgarstek i mocno pociągnęła do tyłu. Odwrócił się z chęcią mordu w oczach i byliby się pobili jak dzieci z powodu braku różdżek, kiedy nagle jedna z nietkniętych jeszcze stert zatrzeszczała złowieszczo, przechyliła wolno i runęła niespodziewanie prosto na nich. Blaze szarpnął się gwałtownie. Nie w odruchu ratowania dziewczyny, po prostu nie chciał zostać przywalony i pogrzebany na tym śmietnisku. Aurora, nadal uczepiona jego ręki, została przez niego pociągnięta. Wszystko to stało się w ułamku sekundy.
            Huk przetoczył się po pomieszczeniu. Wzniósł się prawdziwy tuman gęstego, lepkiego kurzu uniemożliwiającego oddychanie. A oni niemal do siebie przywarli, oboje z szeroko otwartymi oczami, ledwo łapiąc równowagę. Middleton otrząsnęła się pierwsza. Dzwoniło jej nieprzyjemnie w uszach, ale puściła chłopaka i gwałtownie się odsunęła. Oboje mieli coś na kształt odrazy wypisanej na twarzy. Cisza, która nastąpiła po lawinie książek, również dźwięczała w głowie. Nie patrzyli na siebie, tylko tak stali, każde pochłonięte swoimi myślami. Blaze starał się udawać, że ta dziwaczna wymiana zdań go obrzydzała, chociaż bardziej, pierwszy raz od dawna, chciało mu się śmiać.
            – Bierzmy się do roboty, bo nie skończymy do rana – mruknęła Aurora, przerywając tym ciszę. Nie było sensu dziękować, nie ochronił jej przecież przed zasypaniem celowo.
            I rzeczywiście, częściowo ze sobą współpracując, wyszli ze schowka o piątej rano.


            Następny dzień był wyjątkowo paskudny. Padał deszcz - nawet nie śnieg mimo przedostatniego dnia roku i mimo kalendarzowej zimy - rozchlapując wszelkie pozostałości białego puchu w obrzydliwą, szarą maź lepiącą się do butów i utrudniającą chodzenie. Temperatura utrzymywała się około zera, a niebo zasnute było szarymi, brzydkimi chmurami. Słowem, koszmarna pogoda. Niewiele osób wychodziło z zamku, jeszcze mniej zapuszczało się dalej, nad jezioro i w okolice boiska Quidditch’a.
            Blaze prawie nie spał. Położył się nad ranem po odpracowaniu szlabanu i chciał zostać w łóżku przynajmniej do południa, ignorując śniadanie, bo zajęć nie było w przerwie świątecznej. Ale obudził się o siódmej, po zaledwie dwóch godzinach snu i za nic nie mógł już więcej usnąć. Organizm zdawał się być wyjątkowo pobudzony, myśli krążyły mu po głowie niczym stado sępów nad padliną. Dlatego teraz, z rękami w kieszeniach i kapturem zaciągniętym na oczy przechadzał się w deszczu wzdłuż linii jeziora. Przemókł, ale mu to nie przeszkadzało. Wiatr przeszywał go do szpiku kości, ale nie osłaniał się przed nim. Był sam, ale samotności potrzebował. Mimo że sobie tego nie życzył, nie chciał o tym pamiętać a nawet wspominać, nachodziły go wizje z przeszłości. Wszystkie urodziny, które dotychczas obchodził i które pamięta. Te pierwsze, szczęśliwe. I później, samotne, szare takie jak te dzisiaj, już po tym jak życie wielokrotnie go złamało, dostosowało jego wybory do swoich zachcianek, ukształtowało charakter. Odrzuciło niepotrzebny balast.

            – Blaze, najpierw otwórz mój!
            – Nie! Dlaczego znowu twój?! To dlatego że chłopacy się trzymają razem! To niesprawiedliwe! Blaaaze!
            – Nie krzycz tak! On pierwszy otworzy ten, który będzie chciał…
            Kolorowe światła tańczą dookoła, ciepło kominka ogrzewa skórę, kiedy Rissa rzuca się na niego z płaczem, mocno wtula jasną główkę w zagłębienie szyi. Ian cmoka pogardliwie, ale Blaze już wie, że ustąpi, bo w końcu zawsze to robi. Bo w gruncie rzeczy troszczy się o nią i jest mu żal, kiedy tak płacze. Chociaż wie, że ona robi to tylko po to, aby postawić na swoim.
            Fasolki wszystkich smaków, czekoladowe żaby i ujawniacz od Rissy. Kompas miotlarski i woreczek ze skóry wsiąkiewki od Ian’a.
Głośny śmiech. Jeszcze więcej kolorów i świateł. Szczęście.

            Przeszyło go mocne ukłucie w boku, ledwo powstrzymał się od skulenia. Te myśli, które powodowały, że był słaby, nachodziły go coraz częściej, tak samo jak wątpliwości które rodziły się mu w głowie. To, czego czasem nie potrafił odeprzeć; wrażenie, że zostawił za sobą tak dużo, że już nic szczęśliwego mu nie pozostało. Że przeżył swoje życie w wieku szesnastu lat.
            Zadrżał. Z zimna albo ze strachu, to nieistotne, bo dookoła nie było nikogo. Przeszedł jeszcze kilkadziesiąt metrów brzegiem jeziora, mając nadzieję że lodowaty grudniowy wiatr wygoni z niego to cholerne poczucie starty i winy. Że do zamku wróci oczyszczony, całkowicie nowy - mężczyzna, który porzucił swoją przeszłość żeby budować przyszłość, w której chciałby żyć. Miał też nadzieję, że przemoczona szata smagana wiatrem nie przyniesie tylko wysokiej gorączki. Myślał o tym, jaką rolę Ian ma odegrać w przyszłości. Dlaczego Willa wspomniała o nim? Blaze odcinał od siebie przeszłość, ale ona sama za nim bezustannie goniła, szarpała końcówkę szaty i za nią ciągnęła go na dno – tam, gdzie wspomnienia królują. Niby nieistotne wydarzenia, nie powiązane ze sobą zbiegi okoliczności, to one powodowały, że Blaze wciąż stał na krawędzi, mimo że tyle razy obiecywał sobie stanowczość.
            Gdzieś w oddali zauważył sylwetkę kogoś, kto mimo deszczu postanowił powłóczyć się tak, jak on. Zmrużył oczy i przystanął. Arterton, to na pewno była ona. Ale Blaze’a nie obchodziło co ona tu robi i nie miał ochoty na konfrontację.
            Zmienił kierunek i zaczął wracać do wejścia do zamku. Tym samym, starał się skupić jak najmocniej na teraźniejszości, na skrzypiących z przemrożenia stawach, na bólu głowy od niewyspania, na Abigail Haggis. Uczepił się myśli o niej, bo to pomagało mu zostawić przeszłość i wyglądać na zimnego, oschłego drania czekającego tylko na okazję aby kogoś z zimną krwią zamordować. Tak chciał wyglądać w oczach ludzi i to po części nawet mu się udało. Dużo ludzi się go bało.
Dygocąc lekko, wszedł do sali wejściowej i stanął niemal oko w oko z Ian’em. Coś w brzuchu wierzgnęło, błagając o wypuszczenie na wolność. Blaze z całych sił powstrzymał to coś. Ramsay wyglądał jak zwykle – na ironicznie rozbawionego, jakby nic, czemu stawia czoło nie potrafiło go wybić z równowagi. Hathoway z łatwością zauważył, że nie ma przy jego boku Laurissy. Przypomniał sobie ostatnie ich spotkanie w Hogsmeade i sam też starał się uśmiechnąć w ten sposób, co chłopak naprzeciwko.
– Nie ma Laurissy – zauważył Blaze, niby mimochodem, rozglądając się dookoła. Nie podziałało, Ian nie zareagował niczym jak tylko tym swoim półuśmiechem.
– Kiedyś to była Rissa – odszczeknął, nie dając się zbić z pantałyku i lekko unosząc brwi.
– Nie dla mnie, już od dawna.
Zapadła cisza. Pierwsza poważna rozmowa pomiędzy tą dwójką nie polegająca na obrzucaniu się obelgami od dawna, przyszła tak niespodziewanie i oboje nie byli pewni, co robić. Blaze musiał przygryzać język, tak bardzo chciał zapytać o to, o czym wczorajszego wieczoru mówiła Willa.
– Sto lat – mówiąc to, Ramsay przerwał milczenie, a blondyn poczuł ciężar jego dłoni na ramieniu. Głos był smutny, ciężki, jakby ktoś dawno temu wyprał go ze szczęścia i nie pozostawił nawet nitki radości. Zaskoczony, podniósł na Ian’a spojrzenie mówiące zbyt wiele. Wiedział, że tamten wszystko wyczyta.
Wziął rękę. I odszedł. Mimo wszystko – pamiętał. On też nie mógł sobie poradzić z przeszłością. Blaze i Ian mieli o wiele więcej wspólnego niż każdy z nich mógłby kiedykolwiek przyznać.

 muzyka
           
            Wrócił do łóżka, ale przemarznięcie na porannym spacerze nie spowodowało senności, tylko wciąż kichał i przewalał się wściekle z boku na bok. Był w dormitorium sam. Klął paskudnie pod nosem, warczał, co chwila przewracał poduszkę, ale w każdej pozycji go gniotła. Pękał mu łeb.
            Podstawowe pytanie nie pozwalające mu zmrużyć oka: Dlaczego Ian to zrobił?
            Odpowiedź: Na pewno coś kombinuje. O coś mu musi chodzić.
            Przypuszczenia: On także pragnie powrotu tej przyjaźni, zwłaszcza że najwidoczniej – z tego co mówiła mu siostra – też szykuje się do wstąpienia w szeregi Śmierciożerców.
            – Blaze! – krzyk spowodował, że mało co nie podskoczył w łóżku. Było mu gorąco i zimno naraz, ale w tym momencie kołdrę miał naciągniętą na głowę i leżał twarzą do ściany. To był kobiecy głos. Na dodatek dobrze znany. W męskim dormitorium, przecież co jej szkodzi. – Zwariowałeś do reszty? Co ty jeszcze robisz w łóżku? Kurna, jest dwunasta.
            Zdarła z niego przykrycie, ale ani drgnął. Nie chciał się do niej obracać, w ogóle nie miał ochoty na kontakt z kimkolwiek. Wolał pogrążać się w zadumie, w myślach które powoli zjadały go od środka. Zrozumiał, że z nią to niemożliwe, kiedy mocno potrząsnęła go za ramię.
            – Dobra! Dobra – warknął, gwałtownie się podnosząc i stając boso na zimnym kamieniu. – Co cię to obchodzi do której śpię? Są cholerne święta! – wycedził w jej kierunku, rzucając jej złe, groźne spojrzenie. Evelyn, chociaż miała ochotę zrobić krok do tyłu, powstrzymała się i nie cofnęła się, tylko zadarła wyżej brodę. Wyglądała kiepsko, jakby ją coś dręczyło. Wiedział, że nic mu nie da wyżywanie się na Liv, mimo to nie potrafił się powstrzymać. Oddalili się od siebie. Nawet ona. – Zostaw mnie w spokoju – mruknął, siadając z powrotem na łóżku.
            Posłuchała i wyszła, chociaż miał wrażenie że chce mu coś powiedzieć. Pewnie była tak samo samotna jak on, ale on nie potrafił jej pomóc – nie mógł przecież pomóc nawet sobie. Mimo że im obojgu kogoś brakowało, jak na ironię dogadywali się coraz gorzej i powoli, skutecznie odsuwali się od siebie. W końcu, miał urodziny. Wszystkie jego urodziny w Hogrwacie wyglądały w ten sposób, pewnie dlatego że sam od siebie odpychał ludzi. Chciał być sam, a jednocześnie łaknął towarzystwa i zrozumienia, którego i tak nie otrzyma. Bo ludzie potępiają takich jak on, bo ludzie sądzą że tylko ich wybory są prawe i dobre, a wszyscy którzy myślą inaczej zasługują co najwyżej na wzgardzenie. Nie ważne są motywy, nie ważne powody – ludzie oceniają tylko rezultaty, nie zagłębiając się w sprawę więcej, niż to konieczne do wydania osądu.
            Blaze uśmiechnął się sam do siebie, kiedy zakładał koszulę. A co niby to jego obchodzi? Poczuł, że wraca mu trochę starej, dobrej pewności siebie i ignorancji dla otoczenia.
            W prawie dobrym humorze wyszedł na korytarz. Miał nadzieję odszukać Abigail, której nie widział chyba od balu Bożonarodzeniowego, a z którą – jak mu się wydawało – szło coraz lepiej. Musiała zostać w zamku na święta, a ponieważ większość irytujących dzieciaków się wyniosła, może będzie miał z nią chwilę na osobności. W tym celu skierował kroki do biblioteki, ignorując uporczywe burczenie brzucha domagającego się śniadania.
            Siedziała tam. Na początku jej nie zauważył, bo rozglądał się zbyt pobieżnie i zdawało się, że oprócz bibliotekarki między wysokimi regałami nie ma nikogo. Kiedy już chciał się odwrócić i wycofać, jego spojrzenie padło w kąt, zaciemniony, ustronny i tam zauważył pochylającą się nad jakimś listem Abigail. Przywołał całą pewność siebie i ruszył tam stanowczym krokiem. Sądził, że uśmiech to już przesada jeśli brać pod uwagę jego dzisiejszy humor, dlatego pozostał poważny i, jak początkowo sądził, niewzruszony. Nie wiedział, co go czeka.
            Zauważyła go, kiedy się zbliżył, bo był pierwszym uczniem którego tu zauważyła, ale poza szybkim ruchem oczu jej postać nie ruszyła się. Gdy oparł się na blacie, mocniej zacisnęła w dłoni list, jakby jego treść była najcenniejszym skarbem. Blaze postanowił nie interesować się nim, mimo że poczuł irytujące ukłucie ciekawości.
            Na chwilę zapadła cisza i blondyn zdał sobie sprawę, że nie wie co powiedzieć. Ona jednak nie zamierzała mu pomóc.
            – Nie widzieliśmy się od balu – rzucił od niechcenia, opadając na krzesło naprzeciwko dziewczyny i wbijając w nią natarczywe spojrzenie. Nie ugięła się, nie liczył na to nawet, i nie spuściła wzroku.
            – Dlaczego nie pojechałeś do domu? – zapytała po chwili ignorując jego uwagę, a w jej głosie przebrzmiewało coś dziwnego.
Zdał sobie nagle sprawę, że to nie wróży niczego dobrego. Uniósł lekko brwi. I przypatrzył się jej uważniej. Wyglądała tak samo jak zawsze, włosy miała rozpuszczone, szatę starannie ułożoną, czerwono-złoty krawat na wierzchu. Coś w jej twarzy, minimalna zmiana, której nie umiał wyłapać, ale wydawało mu się że niemal ją widzi. Nagle zdał sobie sprawę, że przeszył go strach, chociaż nieuzasadniony, to bardzo silny.
– Czemu nie odpowiadasz? – zapytała ściszonym głosem, ale nie czekała wcale na odpowiedź. – Z resztą, to nieważne, nie wysilaj się. Uważasz mnie za idiotkę? Bo nie uwierzę, że szukasz adoratorki. Dlaczego, Blaze? Dlaczego za mną chodzisz? Ktoś taki jak ty nagle interesuje się mną, a chwilę później giną członkowie mojej rodziny. Zjawiasz się znikąd i zapraszasz na bal jakbyśmy byli dobrymi znajomymi… – zawahała się na chwilę, a przez jej głos przemawiało głównie rozgoryczenie. – Może Laurissa miała rację – dodała z udawanym namysłem po chwili ciszy, która zapadła. Obserwowała go przez cały ten czas, gotowa wyczytać każdą zmianę na twarzy chłopaka. I zauważyła.
Blaze najpierw zaniemówił. Później strach się nasilił i zaczął go zżerać powoli, od środka, wypisując się jawnie w oczach. A na końcu zagotowała się w nim jeszcze czysta, destylowana wściekłość. Usłyszenie imienia dawnej przyjaciółki z ust jego ofiary całkowicie wytrąciło go z chwiejnej równowagi, w jakiej się znajdywał jeszcze przed przyjściem tutaj. Chciał uciec, wybiec stąd i biec aż do utraty tchu. Abigail dalej go obserwowała, twarda i nie znosząca sprzeciwu. Pragnąca prawdy, której on nie mógł dać.
Nieudolnie starał się odzyskać panowanie nad sobą. Jedną myślą przesłaniającą wszystkie inne było odszukanie Laurissy.
– Cokolwiek ci powiedziała, objawem głupoty albo naiwności byłoby uwierzenie jej. Jest bardziej przebiegła niż możesz zdawać sobie sprawę – wymamrotał, zdając sobie sprawę, że te słowa niewiele już zmienią i są raczej na jego marne pocieszenie niż dla przekonania Abigail do swojej racji. – Skoro tak, rozmowa skończona. Jak zorientujesz się o swoim błędzie, daj mi znać – powiedział, za zębami powstrzymując „o ile jeszcze będziesz żyła”, bo nie miał głowy do niepokrytych gróźb. Chciał jak najszybciej odejść z tego miejsca, znaleźć  j ą  i zapytać wprost.
Podniósł się i zostawił dziewczynę. Jej pewnie też w miejscu kilku mizernych odpowiedzi pojawiało się setki pytań.


            Odgłos ciężkich, gwałtownych kroków niósł się echem po korytarzu. Blaze nie panował nad sobą, nie mógł się uspokoić, urywał mu się oddech, serce waliło jak szalone. Miał wrażenie, że wisi nad nim widmo śmierci za niewykonane, zaprzepaszczone pierwsze zadanie od Czarnego Pana. Siłą powstrzymywał drżenie rąk, chociaż i tak wiedział, że cały się trzęsie. Miał wrażenie że spada, coraz niżej i niżej, w ciemną otchłań która pożre go całego. Wcześniej myślał, że przeżył swoje życie, a teraz – gdy wisiała nad nim burzowa chmura – zdawało mu się, że nigdy jeszcze nie  ż y ł .
            Chciał tylko ją dopaść, chciał uświadomić jej, że przyczyniła się do jego śmierci. Chciał widzieć jej cierpienie, chociaż naraz przerażała go ta myśl, jakby nie należąca do niego, obca ale tak silna, że przesłaniała wszystko inne.
Zamek zionął chłodem z grubych, kamiennych ścian i ciszą spomiędzy nich. Wydawało się, że wszyscy wyjechali na święta, chociaż to nie była prawda. Dużo osób zostało, a każda z nich była w jakimś sensie osamotniona. Blaze nie liczył na cudowne spotkanie, dlatego przemierzał korytarze wzdłuż i wszerz, a im dłużej chodził, tym bardziej był podenerwowany. Raz minął tą hałaśliwą i irytującą bandę palantów z Gryffindor’u, którzy szukali jakiejś laski. Jego o nią nie zapytali, chociaż przez chwilę przebiegła mu po głowie myśl o samotnej postaci spotkanej na porannej przechadzce nad jeziorem. Nie patrzył za nimi, miał większe problemy niż zaginiona nastolatka. Odszedł, nic nie mówiąc.
Dopiero po kilkudziesięciu minutach bezcelowego biegania po korytarzach, kiedy nadchodziła pora obiadu, miał trochę szczęścia. Minęła go większa grupa Krukonów. Zamrugał, oglądnął się i zaczaił w cieniu jednej z licznych w Hogwarcie wnęk w ścianie. Skoro oni tędy szli, Laurissa też będzie musiała. Czekał cierpliwie.
Pojawiła się dopiero po kilkunastu minutach, szła z Aurorą. Rozmawiały, wyglądały naprawdę jak normalne nastolatki nie znające pojęcia problemu. Blondyn poczuł mocny ucisk gniewu na jej widok. Krew zaszumiała mu w uszach i już nie potrafił zobaczyć w niej starej przyjaciółki. Wystąpił z cienia, lecz cień gniewu na twarzy pozostał.
Laurissa ściągnęła brwi, zawahała się, przystanęła. Natomiast Aurora początkowo w ogóle nie zwróciła na niego uwagi, nie miała tak silnego poczucia przywiązania, nie wyczuwała jego obecności tak, jak pozostała dwójka ją czuła między sobą. Blaze kompletnie zignorował Middleton, całą wściekłość w spojrzeniu kierując na dawną znajomą.
– Dogonię cię – powiedziała cicho Laurissa, nie odrywając wzroku od chłopaka i tylko lekko kierując podbródek w stronę przyjaciółki. Tamta przez chwilę się wahała, ale w końcu ruszyła dalej, ociągając się i zerkając w ich kierunku dopóki nie zniknęła za rogiem.
Blaze zrobił pierwszy krok w jej stronę. Napięcie, które zawsze było między nimi wyczuwalne, tym razem wręcz iskrzyło i pełzało nieprzyjemnie pod jego skórą. Oboje mieli ochotę zostać i stawić czoła temu, co musiało nadejść, ale oboje też chcieli uciec i zostawić rozstrzygnięcie tej zawiłej znajomości na później. Bo wtedy przez jakiś czas można jeszcze było chociaż udawać, że jest co ratować.
Stanęli ze sobą niemal oko w oko, w ciszy. Blisko na wyciągnięcie ręki, sami w szerokim korytarzu. Zamknął oczy i na kilka sekund wspomnienia zatańczyły mu pod powiekami. Kiedy je otworzył, wróciła rzeczywistość i Blaze miał wrażenie, że tym razem odczuwa ją mocniej niż kiedykolwiek. Nie da się przywrócić tego, co minęło.
– Co powiedziałaś Haggis? – zapytał po prostu, nie chcąc bawić się w gierki słowne. Nie z nią.
– Że powinna na ciebie uważać – odpowiedziała tak samo chłodno, z tą samą determinacją i brakiem zainteresowania owijaniem w bawełnę.
Przełknął ślinę. Prawda uderzyła go mocniej niż fizyczny cios w splot słoneczny. Zamknął na chwilę oczy, ale nie było już przeszłości, kolorowych obrazów i śmiechu. Zostały tylko wizje śmierci w męczarniach. Blaze bał się śmierci. A przez strach w człowieku budzą się zwierzęce, pierwotne instynkty pozwalające na przetrwanie.
Popchnął ją i przyparł do zimnego muru, przedramieniem przyciskając jej smukłą szyję mocniej do ściany, a drugą ręką celując różdżką w jej skroń. Był od niej przynajmniej fizycznie silniejszy, poza tym na jego korzyść działał też element zaskoczenia. Bo właśnie zdziwienie na chwilę odmalowało się w jej tęczówkach.
– Nie wtrącaj się w moje życie – wycedził, nachylając się nad nią jeszcze trochę i skracając odległość pomiędzy ich oczami. – Zapomnij o tym, kim byłem kiedyś. Zapomnij o tym miłym chłopaku, bo on jest pogrzebany głęboko, głęboko w nowym, bardzo niemiłym mężczyźnie.
Puścił ją i odszedł. Ale mimo to dosłyszał jej ciche, ostre jak brzytwa przecinająca powietrze słowa.
Nie tak głęboko jakbyś chciał, Blaze.
Te urodziny zdecydowanie były najgorszymi w jego życiu.

______________
Wiecie, jak to jest. Chciałam żeby było fajnie a wyszło jak zwykle :v
Przepraszam że musiałyście tak długo czekać i zdaję sobie sprawę że muzyka, zwłaszcza dwie ostatnie piosenki, jest kiepsko dopasowana ale już chciałam dodać i nie męczyć się z szukaniem jej przez następne dwie godziny. Mam nadzieję że nie zepsuła lektury : )

13 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. Przede wszystkim na wstępie przepraszam, że tyle to trwało, że piszę dopiero teraz, że w ogóle nie zabrałam się za to od razu. Goni mnie silne poczucie winy. Przepraszam.
      I teraz ostateczny komentarz, specjalnie dla Ciebie zarezerwowany na samej górze :3

      Kiedy mówiłaś, że ten rozdział to głównie sam Blaze, to zastanawiałam się, jak to będzie wyglądać i może bałam się też trochę, że poczuję jakiś niedosyt po przeczytaniu. Na samym początku dlatego zaznaczam, że czytałam to jednym tchem, jak najlepszą książkę, jak ulubione opowiadanie, od którego nie da się oderwać. A fakt, że osadzasz ten rozdział w różnych relacjach z nami jest dopełnieniem tej całości, którą tworzymy. To skarb mieć Cię między nami, jestem pewna, że to nie jest tylko moja opinia. W gruncie rzeczy w ogóle nie przeszkadzało mi to, że większość czasu on był sam. Mam takie przeczucie, że to jest bohater na temat którego można napisać oddzielne zupełnie opowiadanie. Wykreowałaś go... Co najmniej niesamowicie. I opisujesz go z taką lekkością, tak swobodnie, jakbyś zupełnie była w jego skórze. Podziwiam to, przede wszystkim, że czytając ten rozdział wcale nie było czuć, ile pracy w niego włożyłaś. Nie męczyłam się, patrząc ile jeszcze zostało do samego dołu. Akcja, płynnie przechodząca ze sceny do sceny nie dłużyła się i nie miałam ochoty odłożyć tego na później.
      Inni mogą się obrazić, ale to skarb, że jesteś i piszesz.
      Pomysł z urodzinami, z połączeniem i spięciem całej akcji - genialny. Nie byłabym chyba sobą, gdybym tu jeszcze nie wtrąciła czegoś o Twoim sposobie opisywania mojej postaci. Pozwolę poświęcić sobie na to trochę miejsca w komentarzu. Otóż: Ian wychodzi Ci genialnie. W ogóle sposób opisywania innych postaci jest godny pozazdroszczenia. Przykro mi tylko, że sama nie piszesz jakiegoś opowiadania indywidualnego. I przy okazji mam nadzieję, że kiedyś się do stworzenia jakiegoś przekonasz.
      Tutaj jeszcze jedna wstawka - przepraszam, że taki bylejaki wychodzi mi ten komentarz. Mam taki uczuć i emocj taki, tyle spraw teraz do przemyślenia, że nie mogę się zebrać... W ogóle kiedy zobaczyłam, jak zajebiście piszesz, wszystkie moja słowa, jakimi mogłabym Cię obdarzyć uciekły.
      Urocza scena z Aurorą podczas sprzątania ksiąg. I mi uśmiech cisnął się na twarz, co pewnie widziałaś, bo siedziałaś obok. Było pełno wkoło mnie tego kurzu i klimatu, chociaż przecież nie tylko w tej scenie. Ułożyłaś to w taki sposób, że każdą pojedynczą scenę przeżywałam i wizualizowałam sobie inaczej i to jest Twój talent - wprowadziłaś mnie do świata Blaze'a, do klimatu tego rozdziału bezbłędnie. Z pewnością przeczytam go jeszcze kilka razy. I myślę, że będę mogła się wiele z niego nauczyć, wieloma Twoimi bezbłędnymi opisami zainspirować.
      Dzięki, że dałaś nam coś tak wspaniałego do przeczytania ;) Po prostu sądzę, że warto było czekać, a Tobie się nad nim męczyć, bo masz z czego być dumna i zadowolona.
      Kocham mocno, pisz dużo ~♥

      Usuń
    2. Aha, aha! Jeszcze cytat dnia, którego oczywiście zapomniałam wkleić. I jeszcze jedno - Twoje podejście do pokazania sposobu działania śmierciożerców... Ach, rozpływam się. To, że nad Blaze'm zawisły czarne chmury, widmo śmierci - to wszystko było takie straszne i nie mówiąc już o tym, że pięknie pokazałaś to, że przyjaźń nie jest w prawdziwym życiu czymś nierozerwalnym, a że opowiadanie może być do prawdziwego życia podobne.
      Widzi mi się, że trójka naszych bohaterów popadła w kłopoty w relacjach między sobą... I kocham to, choć okrutnie to brzmi. Mam nadzieję, że każdy z nich znajdzie własnę drogę ;)

      Cytat tygodnia:
      "mężczyzna, który porzucił swoją przeszłość żeby budować przyszłość, w której chciałby żyć"
      Tak, natchnęłaś mnie do napisania wielu rzeczy (tylko nie do konstruktywnych komentarzy). Do przemyślenia wielu spraw i zastanowienia się nad nimi. Dziękuję ; //// ; ♥

      Usuń
    3. Rezerwacja pro, zawsze mi się to kojarzy z dodawaniem komentarzy na wyścigi z Gaśką ;p

      Po pierwsze, dziękuję za te wszystkie miłe słowa, mam wrażenie że na nie nie zasługuję ale tak miło było je czytać~! ;////////////;
      Co do opowiadania indywidualnego to na razie w to wątpię, mało możliwe :v ale myślałam nad jakimś opowiadaniem fantastycznym tylko wyobraźnię mam kiepską to i by pewnie było nudne albo proste, takie moje wymyślenie świata :v
      Komentarz świetny jak już mówiłam a uśmiechu nie widziałam bo nie paczyłam :v

      Mają kłopoty, zgadzam się. Biedna Deny musi sobie teraz z tym jakoś poradzić c:

      Dziękuję ja - za super komentarz <3

      Usuń
    4. Odnoszę wrażenie, że wszyscy dobrze się bawią, kiedy Rissa cierpi :V Wandale :V

      Usuń
    5. Tak tak, mi też się to przypomina! :D
      Nie ma za co, polecam się na przyszłość :"3 Skoro tak, to Cię przycisnę kiedyś i jeszcze napiszesz, zobaczysz wtedy jak to jest, będzie odwet :'Y
      Dzięki ja za to że świetny! <3

      Nope, Deny, to nie ma nic wspólnego z Rissą :"D Ja się po prostu świetnie bawię kiedy moja postać cierpi :"D

      Usuń
  2. Cho, wiedziałam, że zrobisz coś takiego, po prostu wiedziałam "D Nawet zastanawiałam się, czy samej tak nie zrobić, ale potem stwierdziłam, że nie ma co xD


    No to zacznę od kurna największego minusa, jak mnie boli i za jaki powinnam Ciebie znienawidzić po prostu! Jak mogłaś mi to zrobić, Val? Jak mogłaś? Dlaczego tak mnie zraniłaś... To ja miałam użyć Castle of Glass >3> No dobra, napięcie zbudowane, pewnie już Ciebie wystraszyłam, ale teraz będzie już tylko lepiej *^*

    Cholernie podoba mi się Twój wstęp, a ja naprawdę zwykle na nie narzekam. Jednakże Twoje opisy, co już kiedyś chyba pisałam, są na tym samym wysokim poziomie, co u Cho. Obie potraficie tak zestawić słowa i budowę zdania, aby powstał niesamowicie emocjonalny przekaz. Nawet w błahych przedmiotach, jakim jest ogień z kominka. No doprawdy, oczarowało mnie to niesamowicie. Tak samo jak coś nowego, miło jest jak wplatamy więcej postaci spoza Hogwartu, przynajmniej dla mnie opowiadanie staje się przez to ciekawsze, bardziej otwarte, wielopoziomowe.
    Przedstawiłaś dużo postaci, więc długość była bardzo dobrze przepełniona treścią. Zrezygnowałam z obiadu dla Ciebie, tak mnie to wciągnęło. Bardzo podobał mi się fragment z Aurorą, bo pokazuje, że Blaze mimo wszystko nie jest pozbawiony uczuć - bardzo dobrze zaznaczyłaś to tym, że nie chciał ratować Aurory, ale po wszystkim chciał się zaśmiać. Kiedy o nim czytam w takich chwilach, to mam ochotę sama przenieść się do naszego opowiadania i nie wiem... pomóc mu jakoś @A@ Naprawdę bym chciała~~
    W ogóle widzę, że Abi zdradziła to, co zrobiła Rissa i już wtedy sobie pomyślałam, że ma przechlapane, ale żeby aż tak! Mówiłaś, że chcesz zrobić coś z wielkim tupnięciem i Ci się udało, bardziej, niż zrzucenie z urwiska ;.; Kocham Ciebie za to, że Rissa w Twoim wydaniu zachowała zimną krew, mimo, że teraz nie ma ani Blaze'a, ani Ian'a, co sama zauważyłaś, to jednak nie robi z siebie ofiary. Poza tym ten fragment, gdzie opisałaś jego wcześniejsze urodziny... Laurissa na pewno płakałaby własnie po tym, aby coś od niego wyciągnąć, kocham Ciebie też za to, prawie się wzruszyłam, bo tak cholernie mi ich żal, że sobie nawet nie wyobrażasz.
    Nawet nie wiem, czy napiszę wszystko, co chciałam napisać, jak coś to dopiszę. Twoja kreacja innych postaci, jak dla mnie była idealna. Bardzo konsekwentnie wracasz do tego, co miało już miejsce w naszych rozdziałach, przez to chyba jeszcze dogłębniej przezywam każde nowe zdanie, które dane mi było przeczytać. Poza tym mam duży niedosyt, chciałabym jeszcze i jeszcze. Moja postać niby pojawiła się na sam koniec, ale poprowadziłaś to tak, że jej obecność była po prostu wyczuwalna cały czas, za to ogromnie dziękuję.
    Wiem, że mój komentarz jest bardzo chaotyczny, ale cóż mogę poradzić? U Ciebie chaosu nie było, nawet żadnego błędu nie wyłapałam, taki szacun, że nie wiem ;.; No i zawsze mam jakiś szczegół, który sobie wypatrzę w waszych rozdziałach, coś co mnie urzeka. U Ciebie wśród wielu niesamowicie poruszających zdań, ja znalazłam swoje ulubiona:

    " Zapomnij o tym miłym chłopaku, bo on jest pogrzebany głęboko, głęboko w nowym, bardzo niemiłym mężczyźnie."

    Nie wiem, czy zrobiłaś to umyślnie, czy nie! Jednak wiedź, że nawiązanie do tej piosenki rozłożyło mnie na łopatki i przepełniło wielką falą emocji, o których pewnie nawet nie myślałaś stawiając te słowa. Mam nadzieję, że zrozumiesz o co mi tutaj chodzi. ;.;
    To chyba tyle, kocham Blaze'a, kocham to, że to kolejny rozdział po którym chcę więcej i kocham Twój styl <3

    Pozdrawiam, rozkochana Deny ;.;

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Btw, może Cho zaklepała sobie pierwszy komentarz, ale mój i tak jest pierwszy :v Huehuehue, nie ze mną takie numery, menszu xD

      Usuń
    2. Przecież ci mówiłam że użyję do rozdziału, złodzieju! >3> I ta druga moja, też ją użyję w swoim czasie, proszę nie kraść bo ja z dobroci serca ci wysyłam taką wspaniałą nutę! .3.

      Zrezygnowałaś z obiadu! Jak miło~~ :3 i nieodpowiedzialnie :v
      Starałam się, ale z Rissą szczerze powiedziawszy szło mi najciężej, w ogóle zacinałam się tysiąc razy i chciałam, żeby jej było więcej ale nie wyszło i jest praktycznie tylko w końcówce tak w swojej osobie ;-;

      Co do cytatu, tak, miałam w głowie słowa tej piosenki ale nie spodziewałam się rzeczywiście że tak mocno one na kogoś podziałają. Cieszę się : )

      Dziękuję za taki kochany komentarz! :3

      Usuń
    3. Serio? Nie wiem czemu myślałam, że ja to znalazłam xD No dobra, może masz trochę racji >3>

      Może nie było jej wiele, ale za to intensywnie *^* I tak, podziałały na mnie mocno, mam pustkę w głowie i zero pomysłów co do swojego rozdziału, a to już niebawem :v

      Usuń
  3. Bardzo się wczułam i nie mogłam oderwać od lektury i miło czytało mi się z muzyką. Czytając twój rozdział lepiej wykreowałam sobie w głowie postać Blaze'a, o dziwo zaskoczyłaś mnie i to niebywale frasujące doświadczenie, nawet dla laika jak ja.
    Długość rozdziału była naprawdę przyjemna. Lubię długie rozdziały zwłaszcza, gdy czytając je wyobrażam sobie najmniejszy fragment świata przedstawionego. W niemal namacalny sposób umiałam przedstawić w swojej głowie te iskierki z kominka! Jestem zadowolona z tego rozdziału, nie wychwyciłam błędów, muzyka jest w porządku. Good job, bro ;)
    W sumie troszeczkę mi smutno, że przedstawiłaś mało Gemmy, ale z drugiej strony i tak nie wiem jak mogłabyś pokazać ją więcej, skoro Blaze i Arterton ze sobą nie rozmawiają. Lekki niedosyt mimo wszystko pozostaje, chociaż w cale go nie chcę i usiłuję wyrzucić z głowy.
    Bardzo, bardzo podobało mi się jak Hathoway czaił się do kominka. Aż śmiechłam, bo wyobrażałam go sobie jako całkowicie pozbawionego strachu gostka, a tu miłe zaskoczenie! Drugim fenomenalnym momentem było odbycie szlabanu przez Middleton i Blaze'a. Kuhwa, ślinię się po prostu.
    Więcej, więcej, więcej.... ;-;

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! *.* O muzykę się bałam, ale skoro tak mówisz to cieszę się bardzo, bardzo - że wszystkiego nie zepsuła. Dziękuję za tyle miłych słów, nawet wszystkie nie wiecie jak mnie cieszą wasze komentarze! Czekam na każdy z wytęsknieniem :3
      No widzisz, właśnie mi też szkoda że tak pobieżnie ją potraktowałam :< ale mają ze sobą tak mało wspólnego... Musimy coś wymyślić żeby było ciekawiej, może jakaś akcja na następny rozdział? :3

      Dzięki za komentarz! c:

      Usuń
  4. Czytając to zdałam sobie sprawę, jakie życie wiodą nasi bohaterowie. Mimo tak młodego wieku, bo przecież mają 16-17 lat to zmagają się z problemami, których nie potrafiłby rozwiązać dorosły człowiek. A oni nie mają wyjścia. Muszą szybko dorosnąć. I chyba przez to dotknęło mnie tak słowo ,,mężczyzna", choć powinno być jeszcze ,,chłopak".
    Między Blaze'm a Abby pojawiła się kolejna warstwa muru, który oboje jednocześnie budują i burzą. Miliony pytań bez odpowiedzi i coraz większy nacisk na Ślizgona, mogą doprowadzić albo do pojednania albo do zabójstwa. Tak mi się wydaje...
    Co do języka, muzyki i ogólnej prezentacji to jak zwykle nie mam nic do narzucenia. Czytając rozdział w mojej głowie pojawiło się tysiące pomysłów.
    Ps: Cieszę się, że wróciłam :)

    OdpowiedzUsuń