Ian
leniwie rozłożył się na ławce, patrząc tępym spojrzeniem na
książkę, która leżała przed nim otwarta na zupełnie
przypadkowej stronie. Ignorował obecność przyjaciela u swojego
boku, ignorował nawet podniosły głos nauczycielki transmutacji.
Skupiał spojrzenie na ciemnej oprawie książki, jakby ta zawierała
przepis i odpowiedź na pytanie, które nieświadomie powtarzał
sobie w kółko w głowie. Po wydarzeniach ostatnich tygodni niczego
nie mógł być pewny. Nie mógł nawet być pewny siebie. Zauważył,
że dłoń lekko mu się trzęsie, więc czym prędzej zacisnął ją
na kolanie.
Uważaj
czego sobie życzysz, bo może się to spełnić.
Ktokolwiek
to zauważył, musiał posiadać niezwykłą wiedzę na temat zasad
funkcjonowania oraz zdolność przenikania i rozumienia ludzkich
umysłów. Tak wielką, że nawet młody Krukon mu jej zazdrościł.
A on mało czego i mało komu potrafił zazdrościć.
Rozejrzał
się dookoła, podnosząc się z ławki kiedy wyczuł na sobie
baczne, milczące spojrzenie nauczycielki. Nie musiał skupiać się
na lekcji, już dawno udała mu się jedna z trudniejszych
transmutacji, którą pokazywała. Poza tym Ian był zmęczony swoim
otoczeniem i okazywanie tego, zupełnie jak dziecko, było dla niego
najodpowiedniejszym zachowaniem. Ludzie pojawiali się koło chłopaka
i znikali, krążyli, nie zostawiając głębszych śladów, a może
to on nie pozwalał sobie uzależnić się od innych. Liv pochylała
się nad skowronkiem, który stał spokojnie na ławce, ale była
rozkojarzona i zaklęcie nie wychodziło. Ian skupił na niej wzrok i
spostrzegł od razu, że coś ją rozprasza. Znał ją nie od dziś.
I właśnie dlatego odwrócił spojrzenie. Nie chciał nawiązywać
kontaktów. Nie chciał się przyjaźnić, kochać ani nawet
nienawidzić. Emocje nie dawały mu siły. Wiedział, że uczucia
czynią go słabym i podatnym na ciosy, dlatego powoli zaczął
wznosić mur bezpieczeństwa.
Spojrzenie
skierowane prosto na Blaze'a nie było krokiem, który przybliżał
go do takiego celu. Ślizgon był mistrzem odgradzania się
ostrokołem od innych ludzi i w akcie desperacji Krukon gotowy był
nawet zapytać go o radę. Od niedaleko siedzącego Lestrange'a bił
nieprzyjazny chłód. Ian znów położył głowę na ławce.
Obserwacja książki była najbezpieczniejszym rozwiązaniem w tej
sytuacji.
-
Drodzy państwo, nadeszła pora na koniec lekcji. Proszę przynieść
eseje na przyszły tydzień. Co najmniej pięć stóp długości! –
ktoś jęknął w tyle klasy, a Ian tylko zebrał swoje rzeczy, po
czym za Marcelem podążył do wyjścia z pomieszczenia. - Proszę
pamiętać o pozwoleniach na wyjście do Hogsmeade! - krzyknęła
jeszcze za nimi nauczycielka.
Oboje
odwrócili się w drzwiach. Byli już za daleko, żeby usłyszeć, co
do nich krzyczy, a nadchodzący weekend rozpoczął się z końcem
tej lekcji i nikomu nie było w interesie siedzieć w klasie dłużej
niż to konieczne.
Na
korytarzach zrobiło się tłoczno, kiedy wszystkie klasy naraz
skończyły swoje zajęcia. Pierwszoroczni przemykali pod ścianami,
gonili szybko naprzód, byle na zewnątrz, byle szybciej na błonia.
Tereny wokół zamku nie tak dawno pokryły się śniegiem, który
przyciągał uczniów w swoje lodowate, białe objęcia. Ramsay
pożegnał się skinieniem głowy z drugim Krukonem, skierował się
na klatkę schodową i przeskakując co jeden stopień szybko znalazł
się na odpowiednim piętrze. Nabrał powietrza w płuca, rozglądnął
się. I czekał.
Patrzył
na roześmiane twarze uczniów, którzy zmierzali do pokoju wspólnego
Krukonów, którzy co chwila znikali w krętej klatce schodowej, żeby
dostać się na górę. Przez myśl przeszła mu krótka myśl – a
co jeśli? Jeśli na tym świecie jest za dużo do stracenia, jeżeli
teraz ma wątpliwości, jeśli nie jest już niczego pewien? Przed
nim przeszła Gryfonka z siódmego roku, Gemma. Miała zacięty wyraz
twarzy, zupełnie jakby chciała ukryć uśmiech który pchał się
jej na usta. Za nią szedł Black i Ian szybko dopowiedział sobie
resztę. Wszyscy mieli czas i miejsce w życiu na miłość. Na
nastoletnie problemy, zauroczenia i rozczarowania, na naukę życia.
On nie miał. Jego obdarła z wszelkiej dziecięcej niewinności -
ambicja i potrzeba bycia lepszym niż inni. Jego mocna strona
odwróciła się przeciwko niemu. Zamknął powieki, a kiedy je
otworzył, dwójki uczniów nie było już na korytarzu.
-
Na coś czekasz, Ian? - Ten wysoki, niezbyt donośny głos był mu
dobrze znany. Na twarzy pojawiło się symboliczne pół uśmiechu.
-
Aurie. Chodź, mam coś do pokazania.
Czy
dobrze robił, prowadząc dziewczynę korytarzami w dół, do sali
wyjściowej? Czy postępował słusznie, kiedy zadecydował że to
odpowiedni moment na wzięcie czegoś od swojego nastoletniego życia?
Czasem miał dość tego, że wiecznie uważał się za starszego niż
był naprawdę.
Nikt
nie potrafił powiedzieć, kto jako pierwszy zlepił śnieg w zbitą
kulę, która poszybowała w powietrzu i swój lot zakończyła na
czapce Aurory. Nikt nie zauważył nawet, kiedy w bitwę zaangażowało
się kilkunastu uczniów tworzących wyraźne opozycje – nie
podzieleni domami, uprzedzeniami ani rolami, jakie mieli obrać w
nadchodzącej wojnie. Jedyna wojna jaka miała znaczenie to ta tu i
teraz – na śnieżki. Śmiech rozlewał się na całą polanę,
docierał nawet do zakazanego lasu stanowiącego barierę, przez
którą się nie przedostawał, na której cichł i malał.
Niedaleko
zamarzniętej tafli jeziora, tuż pod rozłożystą jabłonią,
siedziała zaczytana dziewczyna, której nie skusiły odgłosy bitwy
śnieżnej. Bardziej interesowała ją książka, którą miała
przed oczami. Podniosła spojrzenie jasnych tęczówek dopiero, kiedy
skrzypienie butów na świeżym śniegu dało jej znać, że ktoś
podchodzi. Jej twarz przybrała cieplejszy wyraz, niż początkowo,
bo sądziła że to któryś z dzieciaków chce zaciągnąć ją do
zabawy.
Ian
uniósł brwi w wyrazie zdziwienia.
-
Siedzisz tu i czytasz, cała zabawa cię ominie – rzucił,
odgarniając mokre włosy opadające na czoło. Nie było mu zimno,
chociaż na zewnątrz temperatura sięgała kilku stopni na minus. -
Poza tym czytać możesz w bibliotece.
-
Lubię świeże powietrze, Ian – Laurissa odpowiedziała z nutą
rozbawienia w głosie. - Nie za stary na to jesteś? - Głową
wskazała toczącą się w najlepsze zabawę. Aurora, która na
moment wstała i rozglądała się w poszukiwaniu przyjaciela
pomachała do nich, uśmiechając się przyjaźnie. Pożałowała
swojej decyzji, kiedy śnieżka uderzyła ją prosto w łopatkę. Nie
zamierzała najwyraźniej pozostać dłużna, schylając się od razu
po nowy zapas śniegu. - Nie masz nawet rękawiczek, dzieciak z
ciebie – powiedziała, przybierając na twarz charakterystyczny
zaczepny wyraz, po czym podniosła książkę z zamiarem kontynuowania lektury.
To
z pozoru oschłe podejście do sprawy nie wzruszyło Iana. Może
gdyby nie zał jej dłużej niż wszyscy inni... Może gdyby ich
życie ułożyło się inaczej, może, może, może. Znał ją
lepiej, widział ten błysk w oku, który sprytnie chciała ukryć za
oprawą książki, uśmieszek, który zakryła szalikiem owiniętym
dookoła jej szyi. Ian naprawdę dobrze ją znał.
-
To ty tutaj jesteś dorosłą sztywniarą – odparował nie
natychmiast, powoli i bez cienia złośliwości w głosie.
Odwrócił
się, gotowy do powrotu do zabawy w piątkowe późne popołudnie.
Słońce o tej porze roku szybko zapadało za horyzont, teraz jednak
wyszło nawet zza ostatniej chmury, oświetlając błonia jasnym,
mroźnym i zimowym światłem. Drobinki białego puchu unosiły się
w powietrzu, a podświetlone przez promienie słoneczne błyszczały
i wirowały jakby wcale nie były tylko płatkami śniegu, które
opadną na ziemię, roztopią się i znikną. Ale jakby były
balerinami przyłapanymi podczas tańca. Ian zapatrzył się na nie,
tylko na moment, a później rzucił się w tył, popychając
Laurissę do wielkiej zaspy śnieżnej. Działał cicho i sprawnie,
chociaż ona podejrzewała co się święci i nie pozostała
nieprzygotowana.
Oboje
wpadli po uszy do śniegu, a ten wdzierał się nieproszony za ich
kołnierze, spływał zimnem w dół pleców. Tyle tylko, że to nie
miało dla nich znaczenia. Rissa nie mogła powstrzymać szczerego
śmiechu, kiedy oboje próbowali bezskutecznie wygramolić się ze
śniegu, a on naprawdę był dumny z siebie, że to jemu przypadł
udział rozweselenia jej. Długo szamotali się w zimnym puchu, zanim
zdołali się wydostać, otrzepać ze śniegu i zauważyć, że oboje
są przemoknięci do suchej nitki.
Nie
wiedzieli, że z otwartego, arkadowego dziedzińca na trzecim
piętrze, gdzie okna wychodzą na szkolną polanę ktoś patrzy na
nich z niemożliwym do rozszyfrowania wyrazem twarzy. Można
podejrzewać jedynie, że z mieszanką żalu i złości, obrzydzenia
i dziwnej do rozgryzienia radości. Ze smutkiem i wściekłością.
Postać oparta o zimny, kamienny parapet przechyliła się lekko w
przód, wzrokiem obejmując całe błonia. Zimny wiatr rozwiewał mu
włosy, które najwidoczniej powinny być w starannie zaplanowanym
miejscu. Spojrzenie, które było nawet bardziej lodowate niż śnieg
skierował na niebo. Wmawiał sobie, że go to nie dotyczy. Że ma
ważniejsze plany, ważniejsze zadania. I zaczął nawet w to
wierzyć, że nic z tych dziecinnych zabaw nie ma dla niego
znaczenia. Bo było mu tak wygodniej.
Oczy
Blaze'a wyrażały jego samotność. A przecież nie był sam, miał
wiele znajomych. Odepchnął się od parapetu i odwrócił do
odejścia. W końcu korytarza dostrzegł sylwetkę Evelyn, która
musiała na niego czekać i dołączył do niej bez ociągania się.
Cała
trójka – Rissa, Aurora i Ian – wrócili do wieży Rawenclavu
prawie drżący z zimna, ale roześmiani i szczęśliwi. Wszyscy byli
zmęczeni i wszyscy równo nie potrafili przywołać tak pozytywnego
wspomnienia w pamięci ostatnich kilkunastu dni. Rozmawiali głośno,
a Ian po raz pierwszy od dawna cieszył się z nadchodzącego
weekendu. Aurora mówiła jak zwykle za trzech, Rissa nawet zrobiła
się bardziej rozmowna niż ostatnio i z tej trójki to chłopak
mówił najmniej. Po drodze spotkali kilku uczniów z piątych i
szóstych klas, którzy wracali właśnie do pokoju po kolacji i
ostatnie schody pokonali w dużej grupie osób. Kiedy trójka
przyjaciół dotarła już do wnętrza ciepłego, wysoko sklepionego
pomieszczenia, zatrzymali się.
-
Jutro wypad do Hogsmeade – Middleton podchwyciła nagle temat,
patrząc bystrym spojrzeniem po przyjaciołach. - Chyba idziecie?
-
Zastanawiałam się nad tym – przyznała druga dziewczyna.
-
Chodźmy już się przebrać. - Ian zawsze wiedział jak ostudzać
zapał i przede wszystkim psuć zabawę. - Mam wrażenie, że nie mam
już władzy w stopach, chyba mi odmarzły... Rissa, rzucisz na to
okiem? Aurie, masaż by się przydał.
Obie
uśmiechnęły się kpiąco, kręcąc głowami niczym bliźniaczki.
Wszyscy
zgadzali się z tym, że zrobiło się już na tyle zimno, że nawet
w ogrzewanym kominkiem, ciepłym pokoju wspólnym ich usta były
fioletowe, a ciała drżały z zimna. Rozstali się z wypiekami na
twarzach, z mokrymi włosami, przemoczonymi do cna ubraniami.
Wyglądało na to, że podczas zabawy ponieśli same straty, ale to
nie była prawda. Ian kładł się spać uspokojony i całkiem
szczęśliwy.
Przeskakiwał
po kilka stopni naraz, pędząc w dół na złamanie karku. Klął
pod nosem, kiedy po raz kolejny ktoś zagrodził mu drogę i musiał
zwalniać. Dokładnie liczył kiedyś ilość stopni, które miał do
pokonania z pokoju wspólnego na sam dół, do wyjścia z Hogwartu.
Zostało czterysta piętnaście. I dziesięć minut do wyjścia z
zamku. Ian nienawidził się spóźniać.
Na
korytarzu, który prowadził do głównej klatki schodowej wcale nie
było luźniej. Uczniowie, głównie spóźnieni uczniowie tłoczyli
się, żeby poczekać na schody, które w tym momencie wymyśliły
sobie zmianę położenia.
-
Kurwa mać! Zejść mi z drogi, gnoje – syknął chłopak, niezbyt
uprzejmie przepychając się między młodszymi rocznikami.
Zawsze
jednak kosa trafi na kamień i tak też było w tym przypadku.
Zatrzymała go wysoka szatynka, która pilnowała, żeby nikt nie
spadł ze spocznika w dół, żeby wszyscy czekali na swoją kolej.
Ian rozpoznał ją w lot i wiedział, że teraz już niczego nie
zdziała. Po prostu nie było takiej ludzkiej siły. Odetchnął,
rozluźniając spięte mięśnie karku.
-
Nie wiedziałem, że ty też należysz do spóźnialskich, Liv –
zagadnął, obserwując jej włosy rozsypane po plecach.
Może
gdyby miał możliwość być normalnym nastolatkiem powiedziałby
coś innego, spróbował czegoś, żeby zjednać sobie tę
dziewczynę. Teraz nie to było mu już jednak w głowie. Nie był
normalny. Założył sobie plan, który wymagał szeregu wyrzeczeń.
Należały do nich długoletnie przyjaźnie i nastoletnie romanse.
Przeniósł ciężar ciała na jedną nogę, kiedy ona odwracała się
do niego powoli. Wyglądała na przejętą. Jakby od kilkunastu dni
myślała usilnie nad nierozwiązywalną sprawą. Chłopak sprawnie
udał, że tego nie widzi i ona była mu za to wdzięczna.
-
Bo nie należę. Zbieram was, spóźnialskich – odpowiedziała
gładko, zakładając kosmyk włosów za ucho. - Jestem prefektem,
pewnie o tym zapomniałeś. Nie wiem, jak udaje ci się mieć tak
dobre wyniki w nauce.
Oparła
dłonie na biodrach i to był znak, że nie jest zła, może jedynie
zmęczona. Przechyliła lekko głowę w bok, on uniósł brwi i to
był t e n moment. Może chcieli sobie coś powiedzieć, ale
oboje zdezerterowali, a schody w tym samym czasie wróciły na swoje
miejsce. Pierwszy zauważył to Ian i czmychnął przed jej wzrokiem
naprzód, machając tylko ręką na pożegnanie. Bez słowa. Nie
odwrócił się. Evelyn patrzyła, jak znika za rogiem niższej
kondygnacji i stwierdziła, że ona też by się nie odwróciła.
Tacy już byli. Poprowadziła grupę młodszych uczniów schodami w
dół, na miejsce zbiórki.
Śnieg
sypał w oczy od samego początku, ale prawdziwa wichura śnieżna
rozpoczęła się dopiero, kiedy dotarli do centrum magicznej wioski.
Kawałki lodu i śniegu w połączeniu z gradem, który bezwzględnie
biczował wszystko znajdujące się w jego zasięgu były nie do
zniesienia. Większość uczniów oraz nauczyciele, którzy wybrali
się na to wyjście zdecydowała się schronić w „Trzech Miotłach”
lub herbaciarni. Tylko co głupsi i odważniejsi szli dalej, żeby
dostać się do Miodowego królestwa.
Do
głupszych bądź bardziej upartych należeli Ian i Laurissa. Oboje
musieli mrużyć oczy, żeby nie zejść w jedną z bocznych ścieżek,
a to i tak niewiele pomagało w walce ze śniegiem. Rzucane zaklęcia
nie pomagały nawet na chwilę w opanowaniu zawistnej sytuacji
atmosferycznej.
-
Może jednak zawrócimy?
-
Zwariowałaś? Jesteśmy za daleko żeby wracać! - Ian prawie
krzyczał, żeby pokonać huczący głośno wiatr. I nie miał
najmniejszego zamiaru się teraz cofać. Nie można tak po prostu
przepuścić okazji to kupienia całego zapasu słodyczy.
Rissa
westchnęła, jednak westchnienie to od razu zostało porwane przez
dudniący i wyjący w niebogłosy wiatr. Zaspy śniegu rosły z
minuty na minutę, a przecież były to dopiero początki grudnia.
Zasępiona wrona przykurczona na gałęzi zakrakała żałośnie,
kiedy uczniowie przeszli pod drzewem, które zajmowała, ale nie
poderwała się do lotu. Kiedy Krukoni dotarli już do celu swojej
podróży, nie wiedzieli czy bardziej się cieszą z tego, czy może
z faktu, że jeszcze żyją.
-
Zima daje w kość, co? - zaświergotał zaczarowany kanarek
ustawiony przy drzwiach. Oboje obrzucili go tylko wymownymi
spojrzeniami i weszli w głąb sklepu.
Rozdzielili
się szybko. On skręcił w dział po prawej, ona poszła w lewo.
Lawirowali pomiędzy półkami, zbierając interesujące ich rzeczy.
Ian zaopatrzył się w fasolki wszystkich smaków, które miał
zamiar wykorzystać przy okazji następnej imprezy. Rissa wzięła
swoje ulubione cukierki z półki i poszła w głąb sklepu.
Ramsay
był w trakcie szukania galeonów w kieszeniach spodni – których
pewnie jak zwykle zapomniał, kiedy usłyszał czyjąś rozmowę. Nie
byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że jednym z rozmówców
był na pewno Blaze. Przez moment miał wrażenie, że oberwał
silnym zaklęciem paraliżującym, ale szybko przekalkulował
symptomy i z pewnością to nie było to. Analityczny umysł podsuwał
odpowiedź, której Ian nie chciał przyjmować do wiadomości.
Przełknął ślinę i wychylił się lekko zza regału, żeby
spojrzeć prosto na plecy Ślizgona odziane w wysokiej klasy skórzany
płaszcz do połowy uda.
Przerwali
rozmowę, kiedy dziewczyna – Abigail Haggis, utkwiła spojrzenie w
oczach Iana. Ślizgon, z którym rozmawiała szybko zorientował się,
że coś jest nie tak. Odwrócił się szybko, bez chwili zawahania.
Zmierzył byłego przyjaciela nieprzychylnym – mało powiedziane –
spojrzeniem, od którego Ramsay natychmiast się wyprostował.
-
Matka cię nie uczyła, że się nie podsłuchuje? - warknął,
zakładając ręce na piersi. Musiał przerwać w wyjątkowo ważnej
rozmowie. Ale Abigail? Gryfonka? - Gdzie masz swojego strażnika? -
zapytał nagle blondyn, zupełnie zmienił się jego wyraz twarzy.
Wcześniej oschły i chłodny, teraz cwany i pewny siebie. Wiedział,
na jaką strunę nacisnąć, wiedział dokładnie, jakie słowo dodać
i w jakiej kolejności.
Blaze
nie wiedział o Ianie dużo, podobnie jak Ramsay nie wiedział nic o
obecnym Hathoway'u. Ale są takie rzeczy, które jeśli raz się
pozna, zna się już do końcas życia. Które raz odkryte nigdy nie
zostaną schowane. Ian zmrużył oczy. Może właśnie dlatego nie
odkrywa się słabości przed innymi ludźmi. Może dlatego nie daje
się innym poznać swoich fobii i lęków – te bardzo łatwo się
wykorzystuje w każdej sytuacji. Kiedy wpadną w niepowołane ręce,
odpowiednio wypowiedziane mogą paraliżować strachem i niemocą.
Jeśli
Ian przyjrzałby się lepiej, dostrzegłby moment wahania na twarzy
blondyna. Jakby ten nie wiedział, czy powinien to mówić, czy
powinien postępować w ten sposób. Ale Ramsay się nie przyglądał
ani niczego nie dociekał. Miał w głowie obraz byłego przyjaciela,
obecnego Ślizgona, a na tym obrazie nikt nie namalował pędzelkiem
plamki niechęci do swojego zachowania. Nikt nie musnął płótna
farbą zwątpienia. Ten obraz był bezwzględny, a dla Blaze'a – na
pewno krzywdzący.
-
Daj spokój Hathoway – powiedziała w końcu Abigail, która jako
jedyna notowała mijające dziesiątki sekund milczenia
rozciągającego się między nimi. - Chyba i tak już skończyliśmy.
Widzimy się w zamku, przyjaciele na pewno czekają na ciebie w
którymś pubie.
To
sprawiło, że obydwoje otrząsnęli się z zamyślenia. Oboje
odwrócili się bez słowa i poszli w różne strony. Oboje mieli
teraz na głowie zbyt dużo niewypowiedzianych myśli, które chciały
się krzykiem wydostać z ust. I obydwoje przez zbyt wiele lat
tłumili coś w sobie, żeby dało się tę relację naprawić.
-
Ian, tu jestem – Rissa stanęła na palcach, żeby było ją lepiej
widać zza ludzi czekających w kolejce do zapłaty.
Strażnik,
strażnik, strażnik...
Ramsay
dobrze wiedział, do czego zmierzał Ślizgon. Kłamstwem by było,
gdyby powiedział, że się tym nie przejął. Skłamałby najgorzej,
gdyby pomyślał chociaż, że nie chce wrócić do Rissy i spędzić
z nią kilku godzin wolnego czasu w Hogsmeade. Chciał to zrobić.
Ale ta przyjaźń skazana była na zerwanie. Ta jedyna przystań
człowieczeństwa, jaka mu pozostała w szkole i w przyszłości
skazana była na spłonięcie w ogniu pożogi.
Odwrócił
się, wolno. Widział zdziwienie na twarzy Ernshaw. Ian podejrzewał,
że będzie na to zachowanie wściekła, albo co gorsza – pogrąży
się w rozpaczy. Kiedy przemyślał to później, zdecydował, że
woli, żeby złościła się na niego, podsycała w sobie płomień
nienawiści. Nie miał tylko pewności, czy dziewczyna podąży tą
drogą. Miał wrażenie, że wszystko wkoło krąży, kiedy stawiał
kolejne kroki naprzód. Kiedy znalazł się na zewnątrz nie czuł
zimna. Czuł się pusty. Wiedział, że to kiedyś nadejdzie, że
ktoś wypomni mu to, że Rissa go przytrzymuje przed postąpieniem na
ścieżkę śmierciożerców. On z d a w a ł sobie z tego
sprawę. Tylko nie chciał w to uwierzyć.
Stawy
po kilkunastu minutach szybkiego marszu przed siebie zaczęły
odmawiać posłuszeństwa, jakby zamarzły. Chciał wrócić się do
Miodowego królestwa. Może Rissa pomyślała, że jej nie usłyszał?
Albo nie zauważył? Może będzie próbowała znów do niego
dotrzeć, będzie szukała jego towarzystwa? To było oznaką
słabości w swoich przekonaniach, ale miał na to nadzieję. Że nie
zrezygnuje z niego, nie ważne co. Obawiał się tylko, bardzo się
obawiał tego, że się myli.
Wiatr
ze śniegiem wepchnął go do wnętrza „Trzech Mioteł”. Biały
puch szybko przedostawał się do wnętrza, gdzie topił się
natychmiastowo. Ian zamknął za sobą drzwi z niemałym trudem,
wzrokiem objął pomieszczenie. Tutaj był niesamowity tłok, chyba
większość uczniów wybrała ten zakamarek na spędzenie wolnych
chwil. Ian odetchnął głęboko i ruszył naprzód, zupełnie nie
oglądając się na boki. Szedł całkiem szybko. Był zły na siebie
i na Blaze'a, który wywierał nadal na niego taki wielki wpływ. Nie
zorientował się w pierwszej chwili, że kogoś popchnął, a ten
ktoś utrzymał równowagę kosztem ciepłej czekolady rozlanej na
podłodze i potłuczonego kubka.
Na
początku nie zamierzał się zatrzymywać ani nawet przepraszać,
ale zauważył kątem oka tego parszywego Blacka i to dało mu do
myślenia. Zwolnił, zatrzymał się prawie. Gemma odwracała się w
jego stronę z wściekłością wymalowaną na twarzy.
-
Ramsay – stwierdziła, nie zapytała. Zmrużyła oczy i przyjrzała
mu się pobieżnie. Nie wiedzieć czemu, od razu później potoczyła
spojrzeniem po przyjaciołach i zatrzymała je na swojej nieodłącznej
przyjaciółce.
Ian
musiał przyznać, że czuł się dziwnie w towarzystwie tej paczki.
Przede wszystkim – wyobcowany. Miał też wrażenie, że w ich
oczach wygląda na konieczne, wcielone zło i należy go
wyeliminować. Nie przejmował się tym nigdy zbytnio. Teraz też
tylko uniósł brwi, ruchem głowy wskazał na kontuar, za któym
uwijała się madame Rosmerta. Jeden ze sławnych w szkole Huncwotów
patrzył na niego spokojnie, bez żadnego wyrzutu. Pomyślał, że
nawet mimo tego przyjaznego spojrzenia i tak go nie lubi.
-
Za chwilę dostaniesz nowe. Stawiam, bo rozlałaś przeze mnie.
Powiedział
tylko, co miał powiedzieć i przelotnie spojrzał na Gabrielle. Ona
udawała zaś, że wcale go nie widzi, jakby był powietrzem –
zachowywała się w ten sposób od jakiegoś czasu, ale on miał
poważniejsze sprawy na głowie. Jak na przykład przysłużenie się
Czarnemu Panu. Kiedy dostrzegł aprobatę Gryfonki, odwrócił się i
odszedł od nich szybko, żeby mogli kontynuować swoją rozmowę.
Zapłacił
za rozlany napój, po czym zajął jedno z wolnych krzeseł barowych.
Miał szczerą nadzieję, że nikt go nie znajdzie tutaj, w kącie,
odizolowanego słupem od reszty sali „Trzech Mioteł”. Liczył na
to, że nikomu nie przyjdzie nawet na myśl go szukać.
Nie
przeliczył się.
___________________
Naprawdę zamierzałam napisać i chciałam, żeby to był zgrabny rozdział. Chyba częściowo mi to nie wyszło, aczkolwiek mam nadzieję, że będziecie miały przyjemność czytania :)
Chyba pierwszy raz mam coś takiego, że nie wiem, jak zacząć pisanie rozdziału. No, ale już zaczęłam, a jak powszechnie wiadomo nie lubię wstępów. Jeśli zaś chodzi o Twój wstęp, to naprawdę był on przyjemny. Nie, to zbyt mało powiedziane. Czytałam go i szczerze się uśmiechałam do monitora. Myślę, że jesteśmy już w tym wszystkim wszystkie zakorzenione. Zaczynamy drugą kolejkę, a ja zawsze z łatwością wczuwałam się, może nawet za bardzo w fikcyjne opowiadania. Swoim bohaterom oddaję cząstkę siebie i praktycznie przeżywam wszystko z nimi. Dlatego tak przyjemnie czytało mi się ten początek, zabawę z Aurie, świetne oddanie charakteru Laurissy, tego, że Ian nie odpuścił jej, nie pozwolił jej się całkowicie odizolować. To rozlało autentyczną falę ciepła po moim ciele i nie skłamię, jeśli powiem, że ta scena mnie wzruszyła. Podobnie, jak to, że na wszystko patrzył Blaze, rozdarty między uczuciami, które nie sposób zdefiniować. Kontrast tej sceny robił niesamowite wrażenie, które płynnie przeszło do dalszej części Twojego rozdziału.
OdpowiedzUsuńUwielbiam Twoje opisy, o czym wiesz. Słownictwo dalece wykraczające poza zasób przeciętnego człowieka w Twoim wieku. Potrafisz jednym zdaniem oddać tyle emocji, że chyba nigdy nie przestanę Ciebie za to podziwiać.
Twój Ian z początku wydawał mi się bardzo pocieszną postacią, ale myślę, że to było cudownym zabiegiem. Zestawienie młodego chłopaka, który nie stara się wcale być dorosłym, z perspektywą tego, że mimo wszystko jego dzieciństwo to tylko kilka chwil w świecie, w którym oczekuje się od niego znacznie więcej, niż wypada.
Wiem, że piszę nieco chaotycznie i pewnie zapomnę wielu rzeczy, jakie chciałabym napisać. Powiedziałaś mi, że będę na Ciebie zła, a raczej obawiałaś się, że będę. Myślę, że Laurissa mogłaby Ciebie teraz znienawidzić, ja jednak nie jestem nią i szczerze mnie to cieszy, bo to nie przebierając w słowach taka biedna dziewczyna. Przynajmniej w moim odczuciu. Mimo to oddałaś jej postać perfekcyjnie, zaczęłaś tak pięknie, pozytywnie, przez co koniec wydawał mi się jeszcze bardziej okrutny. Symboliczne odwrócenie się od niej, to, że nastąpiło to właśnie po króciutkiej wymianie zdań z Blaze'em - to było czymś niesamowitym. Dodatkowo rozterki Ian'a, to, że nie pozostał obojętny ja swoje czyny. Znał ich konsekwencje i wcale nie był pewny tego, co robi... szczerze... nie wiem, co mam ze sobą zrobić, bo to co napisałaś silnie uderzyło w moje uczucia, czuję się trochę, jak po przeczytaniu mojej ukochanej książki, której tytuł jest Ci doskonale znany.
To co zrobiłaś naszym postacią, na pewno jest to okrutne, ale ja, jako czytelnik, nie jako właściciel Laurissy nie mogę zabrać Ci tego, że niebywale jest to piękna idea. Piękna w swoim okrucieństwie, jeśli wiesz o co mi chodzi. Sama nie wiem, jak teraz będę miała zabrać się za swój rozdział, ale pierwszy raz od dawna nie boję się tego, że niebawem przyjdzie mi pisać - ponieważ dzięki Tobie wiem już, że w chwili w której zabiorę się za mój wpis, to nie oderwę się od klawiatury. Myślę, że właśnie to jest kolejną piękną ideą wspólnego pisania, nie tworzymy jedynie własnej postaci, tak naprawdę tworzymy cały ogół.
Miałam jeszcze napisać o innych, właściwie o wszystkim, ale przepraszam... nie potrafię teraz rozpisywać się o jakiś błędach, których było niewiele, czy o tym, jak dobrze zostały ukazane inne postacie. To po prostu nie byłoby fair, gdyby w obliczu tak emocjonującego rozdziału skupiać się na aspektach technicznych. To, że technikę masz świetną i tak już wiesz, ale poruszyć odbiorcę - właśnie to jest sztuką tworzenie i możesz być z siebie dumna, bo niebywale udało Ci się to osiągnąć. To chyba wszystko z mojej strony, będę do tego rozdziału wracać, możesz być pewna.
Ech, znam już wszystkie wasze komentarze na pamięć, uczę się ich poprzez nieustanne czytanie i podnoszenie sobie samooceny .w.
UsuńDeny kurde no ;.; Dziękuję za wszystko co napisałaś i o czym pomyślałaś, a czego napisać zapomniałaś. Cieszę się, że miałam wpływ na Twoje emocje, chciałabym umieć takie uczucia kontrolować pisaniem :v
Dziękuję za komentarz i za wszystkie inne ciepłe słowa, ale najbardziej cieszę się, że nie popsułam Ci postaci <3
Ja się naprawdę cieszę, że nie przeczytałam tego wczoraj. To znaczy, naraz się nie-cieszę, że musiałaś czekać a zdaje mi się że mój komentarz jest dla ciebie ważny (samopochlebstwo ╰( ・ ᗜ ・ )╯ ). Ale wczoraj byłam taka zmęczona że pewnie przeczytałabym pobieżnie i napisała jakiś głupi komentarz ;-; A nie zasługuje na to ten rozdział.
OdpowiedzUsuńHmh, nie jestem pewna od czego zacząć. Może to, że muzyka była świetna - zwłaszcza pierwsza, kocham ją *^* - i pasowała do nostalgicznego, smutnego, takiego dobijającego klimatu rozdziału. Nawet kiedy wstawki były weselsze, zawsze kończyło się to tak, że człowiek tracił nadzieję, co oczywiście nie jest żadną wadą rozdziału, bo to nadawało mu charakterystyczny wydźwięk. I mam wrażenie że te zdania jeszcze na długo zostawią u mnie ślad emocjonalny, że się tak wyrażę, zwłaszcza że pogoda się zrobiła chujowa i smutna. Doskonale pokazałaś problematykę swojej postaci, a przy okazji problematykę postaci naszych, zwłaszcza mojej i Deny bo ta relacja chyba jest najsmutniejsza. I pokazałaś to w taki sposób, że jest mi ich strasznie szkoda i bardzo żałuję wielu rzeczy, które zrobił Ian i które zrobił Blaze. I które pewnie dalej będą robić. Bo to jest takie prawdziwe, że ludzie narzucają coś sobie i sami się unieszczęśliwiają mimo że szczęście jest tak blisko na wyciągnięcie ręki, a ty to pokazałaś w ten okrutny sposób, no i... no i... tak się zaczęłam zastanawiać nad swoim życiem. Chyba pójdę popłakać w kącie 。゚(゚´Д`゚)゚。
Żartuję, co nie ._. Ale smutny ten rozdział tak bardzo!
Blaze taki zimny! ;_; Wspaniale ci wyszedł, dziękuję że poświęciłaś mu tyle czasu, no uwielbiam cię, uwielbiam go jak o nim piszesz.
"Postać oparta o zimny, kamienny parapet przechyliła się lekko w przód, wzrokiem obejmując całe błonia." - uwielbiam cały ten fragment o nim, ale to zdanie i to o oczach, mistrzostwo! ╭( ・ㅂ・)و ̑̑ "
Tak więc naużywałam się emotek japońskich :3 I dziękuję że dałaś nam do przeczytania to cudo! Jak mogłaś mówić że będzie nudno jak to była taka wzruszająca i pouczająca lekcja!
Pozdrówka, trzymaj się w Krakowie c:
PS. Tera moja kolej stres mam ;-;
Przepraszam że taki krótki ten komentarz bracie, jakoś tak mi wyszedł ;-; Jak czytam to, co napiszesz to później słów nie mogę znaleźć żeby to opisać bo mam wrażenie że wszystko to, co piszę to za mało ;-;
UsuńNie przepraszaj mnie głupku za długość ;.; To nie ma znaczenia. Bardzo Ci dziękuję za taki piękny komentarz, który niesamowicie podniósł mnie na duchu. Bo właśnie bałam się, że eksperymentując i pisząc ten rozdział nie tylko "zza głowy" Iana, ale także trochę z perspektywy innych postaci, kiedy są same, o czym myślą, jak się zachowują i jak wyglądają, to bałam się że zjebię wszystko na maksa. To była trudna próba, nie powiem. W każdym razie kiedy widzę, że podoba Ci się to co napisałam, to samo to w sobie jest nagrodą i dziękuję <3
UsuńJapońskie emotki rządzo :v To ja dziękuję! ;__;
Choco! Zimny draniu! ;-;
OdpowiedzUsuńPoczułam cały klimat. Nawet końcówkami paznokci, ba. A co lepsze włosy mi się zjeżyły na całym ciele kiedy czytałam o fragmencie z Blazem *-* Nie zauważyłam literówek, rozdział czytało się bardzo lekko i przyjemnie. Muzyka mi pasowała, a cały klimat i urok rozdziału rozlewał się po mnie jak Earl Grey w ten chłodny i nieprzyjemny dzień.
Prawdę mówiąc zastanawiam się co mam powiedzieć. Więcej. I jakiś szczery komentarz - a już wiem! Zamorduję Cię, że przerywasz w takich chwilach. Każdy nowy akapit był dla mnie skokiem w lodowatą wodę, bo chciałam jeszcze i jeszcze ;-; Bardzo mi się podobało - i chociaż wszyscy dobrze wiecie, że nie lubię pisać nieprzyjemnych komentarzy, a raczej same pozytywne, to nigdy nie robię tego w gestii mydlenia oczu. Rozdziały mi się podobają, Twój Choco był jednym z tych, które oceniam baaardzo wysoko.
Dziękuję Ci, że pokazałaś moją Gemmę aż dwa razy. A drugi całus, pełny szczerości i wdzięczności składam za to, że pamiętasz również o tym jak ważna jest dla mnie moja postać drugoplanowa. Bardzo się cieszę, że jestem z wami i mogę zagłębiać się w wasze spojrzenie na świat stworzony przez J.K.Rowling. Myślę, że tego brakowało mi w życiu, bez względu na jakiekolwiek cienie niepewności, zaciskające się na gardłach każdego z osobna. Bardzo, bardzo mocno Ci dziękuję po raz kolejny i z mocno bijącym serduszkiem wysyłam ogromne fale pozytywnych wibracji!
Cudnie! *-*
Dzięki Maru <3
UsuńGdybym zabrała się za ten rozdział wcześniej być może byłby bardziej dopracowany, być może nie przerywałabym go w takich momentach. Napisałam go jednak brzydko - zupełnie na żywioł. W jeden dzień. Bez przemyślenia. Stąd może akcja urywa się gdzie nie powinna albo pojawiają się tysiące powtórzeń... Następny razem bardziej się postaram! :'D
To ja dziękuję, jeszcze raz! *^*
Z wielkim przejęciem czytam fragmenty, w których jest Liv. Tutaj po raz kolejny chciałabym Cię przeprosić, bo teraz wiem, jak pokierowałabym Ian'em i zrobiłabym to w zupełnie inny sposób. Te relacje, jakie pokazałaś w tym rozdziale między naszą dwójką budzą we mnie tak wielkie emocje, że zrobiło mi się smutno!
OdpowiedzUsuń#FunFact numero uno: Wiesz, że w pierwszym podejściu też chciałam urządzić bitwę na śnieżki między innymi z Ian'em, Rissą i Aurorą w rolach głównych? Tobie wyszło to o wiele lepiej, muszę przyznać.
Muzyka świetna. Szczególnie ostatni i trzeci utwór, bardzo dobrze dobrane, w zgraniu z tekstem dostajemy w pakiecie solidnie utworzony klimat. Uwielbiam Twoje rozdziały i z niecierpliwością ich wyczekuję, nigdy mnie nie zawiedziesz. Wiem, że będę do niego wracała jeszcze kilka razy, tak samo jak do prologu. Zazdroszczę Ci tej łatwości, z jaką przychodzi Ci sterowanie innymi postaciami. Ja zastanawiam się setki razy, czy to co piszę, jest zgodne z relacjami. Tobie przychodzi to z taką łatwością, że nigdy nie przestanie mnie to dziwić. Lubię też to, jak potrafisz pokierować uczuciami czytelnika i cieszę się, że nie jestem jedyną osobą, której nastrój zmienił się na przygnębiony.
Nie napiszę nic nowego - jak zawsze kawał dobrej roboty. <3 Mam ochotę Cię uściskać za ten rozdział!
Za nic mnie nie już tu przepraszaj! <3 Tamto to były tylko drobne sprzeczności, niewiele znaczące, także w ogóle nie powinnaś się nimi martwić :)
UsuńNiemniej jednak cieszę się, że Ci się podobało to, jak przedstawiłam nasze relacje, Twoją postać i w ogóle. Serio? No proszę! To ja najwidoczniej czytam w myślach z tą bitwą na śnieżki! :D
Tak po cichu, nie masz mi czego zazdrościć ;) Też czytam po kilka razy co napisałam o innej postaci, zastanawiam się, czy na pewno przedstawić ją tak czy nie inaczej... Bardzo mi miło, kiedy ktoś tak jak Ty pisze, że wychodzi mi to łatwo, bo faktycznie może to świadczy o tym, że moje przemyślenia na temat danej postaci są trafne. A to bardzo pocieszająca perspektywa.
Dziękuję! <3 Ja ściskam!
Chyba pierwszy raz zdarzyło mi się wiedzieć, od czego powinnam zacząć. FALLING SLOWLY *.* Kocham to :D Tylko usłyszałam pierwsze dźwięki i musiałam najpierw wysłuchać, nim znów zaczęłam czytać.
OdpowiedzUsuńCo do rozdziału to początek był dla mnie miłą odskocznią od trochę ponurego Ian'a, który wreszcie szczerze się uśmiechnął. Chyba takie fizyczne odstresowanie dobrze zrobiłoby wszystkim. I ta rozmowa pomiędzy Ramsay'em a Rissą. Uwielbiam te dialogi za nutę zgryźliwości, ale również pełną uczucia jakim się darzą.
Tak ładnie przeszłaś od bitwy na śnieżki do Blaze'a, który stał samotny gdzieś w zamku, aż żal mi się chłopaka zrobiło. Ta niszcząca relacja pomiędzy chłopakami, obok której nie można przejść obojętnie. Przyznaję, że czekam, aż któryś się złamie i wreszcie powie co czuję. Mam wrażenie, że obaj są tak skryci, że to nigdy nie nastąpi.
Dziękuje, że Abigail pojawiła się w rozdziale :) Co prawda, nie ustaliłyśmy żadnych głębszych relacji pomiędzy naszymi postaciami, ale myślę że bal coś zmieni.
Kurcze, jestem zła za Ian'a za akcję z Laurissą. Widać, jak chłopak izoluje się coraz bardziej od ludzi, na których mu zależy i to z wzajemnością. Mam dziwne wrażenie, że każdy z naszych bohaterów jest samotny. Smutne, ale jednocześnie tak bardzo prawdziwe w czasach wojny.
Co do ogólnego stylu, to jak zwykle przepełniony milionami emocji. Zdarzyło Ci się parę literówek i powtórzeń, ale to jak każdemu i były one minimalistyczne. Ogólnie rozdział bardzo dobry :)
Dziękuję Abi, za wstawienie się za Laurissą! Ian okrutnik, nawet nie kupił tych swoich fasolek wszystkich smaków ;^;
UsuńJestem bardzo wdzięczna za Twój komentarz <3 Dziękuję <3
UsuńA tak, Falling Slowly to jest dopiero piosenka! Cieszę się, że trafiłam z nią w Twoje gusta :D No i przede wszystkim przepraszam, że Abi było tak mało - następnym razem jakoś rozwinę te relacje tak, żeby móc napisać o niej więcej, bo w tym rozdziale to jedyna postać główna, którą trochę "pominęłam" ;.;
Dzięki! <3
Ostatni będą pierwszymi, więc wynika z tego, że mój komentarz jest pierwszy! Deal with it B)
OdpowiedzUsuńA teraz już na poważnie. Ten rozdział wzbudził we mnie taki ogrom feelsów, że w pewnym momencie musiałam przerwać czytanie, odejść od kompa i trochę sobie odetchnąć, bo nie zniosłabym tej fali uczuć na jeden raz. Wrażliwy ze mnie typ, a kiedy ktoś w tak umiejętny sposób przekazuje swoje emocje, to ciężko mi się później pozbierać. A Ty mi to robisz zbyt często, Janusz! ;-;
Ogólnie rzecz ujmując, to jestem pod ogromnym wrażeniem. Sposób, w jaki wykreowałaś Ian'a w tym rozdziale był nieco inny niż we wcześniejszym Twojego autorstwa, takie przynajmniej moje wrażenie. Widać było, że Ramsay już na poważnie rozważa chęć bycia Śmierciożercą i ten cel jest dla niego tak ważny, że jest w stanie poświęcić przyjaźń z Laurissą. To był bardzo mocny fragment. I biedny zapomniał kupić fasolek! ;-;
Scena bitwy na śnieżki była super. Ten fragment: "Nikt nie zauważył nawet, kiedy w bitwę zaangażowało się kilkunastu uczniów tworzących wyraźne opozycje – nie podzieleni domami, uprzedzeniami ani rolami, jakie mieli obrać w nadchodzącej wojnie. Jedyna wojna jaka miała znaczenie to ta tu i teraz – na śnieżki. Śmiech rozlewał się na całą polanę, docierał nawet do zakazanego lasu stanowiącego barierę, przez którą się nie przedostawał, na której cichł i malał." był szczególnie taki... nie wiem, istotny dla mnie? Bo rzeczywiście, poza Hogwartem ludzie umierają, walczą i cierpią, a uczniowie rzucali się śnieżkami i po prostu dobrze spędzali czas. To było tak niesamowicie prawdziwe i szczere. Po raz pierwszy w Hogwarcie chyba taka luźna atmosfera, każdy miał chwilę, by odetchnąć ;')
Dziękuję, że było tutaj miejsce dla Aurory, z przyjemnością czytałam każdy poświęcony jej fragment. Bardzo dobrze oddałaś jej beztroskę ^^ I Aurora robiąca masaż - czy to jakiś przekaz dla mnie, przyszłej masażystki? xD
Reasumując, overload feelsów razy milijon. Dobra robota, z górnej półki rozdział. Coś pięknego, królu złoty. ♥