poniedziałek, 6 lipca 2015

Rozdział 9: Deszcz spadających gwiazd.

muzyka

           Głośny śmiech, podobny do drżenia tysiąca dzwoneczków rozległ się wśród zieleni zadbanego ogrodu i wpadł przez otwarte okno do kuchni. Susan przetarła spracowaną dłonią spocone czoło, podnosząc głowę znad naczyń, które myła ręcznie. Młoda wówczas opiekunka oderwała się od swoich zajęć, aby poszukać panienki. Burza czarnych włosów wyraźnie wyróżniała się wśród barwnych kwiatów i zielonych drzew. Drobna postać wskoczyła bosymi nóżkami na kwitnącą wiśnię. Różowe płatki pospadały z drzewa wprost na głowę dziewczynki. Ta jednak z zapałem wymachiwała zwisającymi, nieco obdrapanymi i zabrudzonymi ziemią nogami. Jak tylko Liv zauważyła zbliżającą się sylwetkę charłaczki, zaczęła energicznie machać.
         - Susan! Tutaj jestem!
         - Widzę, kochanie. – Chociaż Susan miała ochotę się roześmiać widząc tego rozczochranego brudaska, zmusiła się na poważniejszą minę. – Ależ, panience nie wypada się tak brudzić!
         - Wypada, czy nie wypada, wszystko mi to jedno! – Wzruszyła ramionami i w tej samej chwili energicznie ześlizgnęła się z drzewa, zadrapując sobie nogę.
         - Psiakrew!
         Opiekunka zaczęła chichotać, aż w końcu roześmiała się. Dziewczynka śmiała się razem z nią, rada, że Susan jej nie upomniała. Ten mały urwis szybko podbił jej serce, nie umiała długo gniewać się na Evelyn. Po chwili uspokoiły się i usiadły pod wiśnią.
         - Susan, opowiedz mi coś jeszcze o mamusi. – Poprosiła, robiąc z kwiatków wianek.
         Tą prośbą wywołała moc wspomnień w głowie opiekunki. Ród Sullivan’ów od zawsze zatrudniał pomoc domową, jednak to Olivia uparła się aby po odejściu starszej gospodyni, zatrudnić właśnie Susan. Robert nie był zadowolony z tego pomysłu, bo jak charłaczka miałaby poradzić sobie z dziećmi i tak dużą rezydencją? Kobieta była niezmiernie wdzięczna Olivii za to, że wstawiła się za nią. Sytuacja w jej domu była ciężka, rodzina wielodzietna a pieniędzy wciąż brakowało. Każda praca dawała dodatkowy galeon, a Olivia widząc jaki zapał posiada Susan, doceniła to i postanowiła pomóc.
         - Twoja matka była kobietą o dobrym sercu, dziecino. – Zaczęła, przyglądając się dziewczynce. – Już teraz jesteś do niej podobna, wiesz? To właśnie ona przyjęła mnie tutaj, jak jeszcze była z tobą w ciąży. Twoi bracia kochali ją całym sercem, a ojciec twój był o nią niezmiernie zazdrosny.
         Zabawiała ją historyjkami z przeszłości przez dobre dwie godziny. Kiedy zrobiła sobie dłuższą przerwę, aby złapać oddech i pomyśleć nad innymi wspomnieniami, Liv zerwała się nagle.
         - Mamusia była aniołkiem, zesłanym tutaj dla nas. Ale najwidoczniej ktoś na górze potrzebował jej bardziej. Chciałabym, aby tatuś troszczył się o mnie tak jak o nią. – Nałożyła opiekunce wianek na głowę. – Dziękuję ci, Susan. Jesteś dla mnie tak dobra, jak dobra byłaby mamusia.
         Kobieta zaniemówiła, nie mogąc wypowiedzieć żadnego słowa gdy dziewczynka zarzuciła jej na szyję chude ramiona. Słowa przepełnione dziecięcą miłością i skierowane w jej stronę wzruszyły ją dogłębnie. Jeszcze nikt nie mówił do niej tak pięknie, nie kochał jej tak bardzo. Mimo tragedii, jaką przeżyła ta mała trzpiotka, nadal potrafiła dzielić się radością. Susan postanowiła, że spróbuje przynajmniej trochę zastąpić panience matkę.
         - Ja też ciebie kocham, szczebiotko – powiedziała już do samej siebie, panienka pobiegła do domu dobrą chwilę temu.
         Wielki żal zebrał w jej sercu, zapominając o obowiązkach zapłakała gorzko nad losem dziewczynki. Przypominała jej bowiem polny kwiatek rzucony niedbale, w zapomnieniu, na zapyloną drogę.

muzyka

         Ciszę wśród panującego półmroku przerywał jedynie odgłos brzęczących sztućców. Jedli niemal w pełnym komplecie, jednak każdo z nich było pogrążone we własnych myślach. Nawet na siebie nie patrzyli, ojciec z córką uparcie wbili spojrzenia w talerze. Wreszcie Ethan nie wytrzymał.
         - Więc… Jak było w pracy, tato?
         - Roboty nie brakuje, nie narzekam – odparł bezbarwnym tonem.
         Żadnego „jak było w szkole, dzieciaki?”. Nie, to nie było w stylu Roberta Sullivan. Nie w stosunku do tej dwójki. Ian, najstarszy syn, jeszcze jako tako cieszył się zainteresowaniem ojca. Wyuczył się, poszedł w jego ślady. Został w Ministerstwie, oddając się całkowicie swojej pracoholicznej żądzy sukcesu, nie myślał nawet o rodzinie. Niedaleko przecież pada jabłko od jabłoni. Kiedy go brakowało, ojciec ledwo co odezwał się do Ethana, o Liv nie wspominając. Syn chrząknął niezręcznie, atmosfera stała się jakby gęsta.
         - U nas również wszystko w porządku, jeżeli chciałbyś wiedzieć. – Liv zignorowała karcące spojrzenie brata, Susan biorąca od nich puste talerze kaszlnęła ostrzegawczo.
         Po co właściwie wracała do domu? Do tych niezręcznych posiłków, które tak ją irytowały. Zimnych rozmów, wygodnej ignorancji, kamiennych masek na twarzy. W dzieciństwie próbowała rozluźniać atmosferę, przybrać rolę dziecka-maskotki. Szybko zdała sobie sprawę z tego, że to nie ma sensu. Z wiekiem coraz bardziej denerwował ją twardy wyraz twarzy ojca, oczy pozbawione jakichkolwiek uczuć, sztywne gesty. Zaczynała gubić bezinteresowną chęć pomocy i optymizm matki, budził się w niej bunt. Nudziło ją wyłapywanie ukrytych podtekstów, rozumienie trudnego charakteru Roberta, pytania bez odpowiedzi. Liczbę jego gestów w jej stronę mogła policzyć na palcach. Na szyi nosiła ukryty pod ubraniami naszyjnik, zawierający mały, zdobiony kluczyk. Dostała go na trzynaste urodziny, prezent od ojca, jednak przekazany przez Iana. Robert zapytany kiedyś przy kolacji burknął jedynie, że należał on do jej matki. To była jedyna rzecz, jaką od niego dostała. Rzecz, materia. Och, gdyby wiedział co się dla niej najbardziej liczyło! Liv najbardziej pragnęła tego, czego  nigdy nie zaznała. Rodzinnej miłości, muśnięcia włosów ojcowską dłonią, poczucia bycia potrzebną.
         Gdyby tylko mogła, zostałaby w Hogwarcie na wakacje.
         - No co? – spytała Liv podniesionym głosem, patrząc z wyrzutem na brata. – Próbuję porozmawiać ze swoim tatą.
         „Odpuść, Liv” – niemal słyszała, jak wymawia te słowa. Westchnęła głośno czując ogarniającą ją bezradność. Szuranie krzesła zawierało w sobie więcej pretensjonalności, niż ktokolwiek mógłby wyrazić ją słowami.
         - Muszę wracać do pracy – oznajmił ojciec.
         Ich spojrzenia spotkały się na chwilę. Beznamiętność z temperamentnością. Kiedy jego sylwetka zanikała w mroku korytarzy, Liv rzucała niewerbalne obelgi. Była pewna, że czuje na sobie jej pełne urazy i złości spojrzenie.
         Tchórz!

muzyka

         Byli jak spadające gwiazdy, gdy doświadczali kolejnych tragedii współczesnych czasów. Świecili jasno, mieli marzenia, rodziny, plany na przyszłość. Wojna przekreśliła ich życia, odbierała nadzieję, wprowadzała chaos i zamęt. Czym ci młodzi ludzie zasłużyli sobie na taki los? Być może przyszłość przyniesie ze sobą odpowiedzi nurtujące młodzież. Tymczasem byli również studentami, którzy musieli pamiętać o rzeczach tak przyziemnych, jak nieodrobiona praca domowa ze starożytnych run.
         Liv weszła szybko do otwartej klasy, nie zwracając uwagi na dwójkę innych studentów pochłoniętych rozmową. Wyciągnęła podręcznik, notatki i kawałek pergaminu, karcąc się w duchu za swoje roztargnienie. Profesorce Northman nie ujdzie na uwadze brak zadania, ta kobieta nie uznaje żadnych taryf ulgowych.
         Ian szedł spokojnie, nie spiesząc się. Chwilę temu rozstał się z Rissą i Aurorą, które udały się na czwarte piętro, na lekcję transmutacji. Wszedłszy do pomieszczenia, zlustrował je wzrokiem i już miał zamiar usiąść sam w jednej z tylnich ławek, gdy jego uwagę przykuła Liv. Jej pośpiech wcale nie pomagał w napisaniu przekładu, właśnie usuwała różdżką rozlany atrament z pergaminu. Samopiszące pióro znów wzięło się do pracy, zapisując słowa w istnie zawrotnym tempie.
         - Mogę się przysiąść? – spytał.
         - Słucham? A, tak, jasne – odpowiedziała Liv nieco nieprzytomnie, odsuwając się i robiąc chłopakowi miejsce.
         Ramsay usiadł obok, spoglądając na jej pracę. Błędów narobiła moc, a urocza zawziętość dziewczyny obudziła w nim jakąś czułą strunę.
         - Poczekaj, pokaż mi to. – Wziął delikatnie pergamin do ręki. – „Eihwaz” znaczy „obrona”, nie „Ehwaz”. „Ehwaz” to „związek”. Widzisz? Przez to zmienił się cały sens zdania.
         Wspólnie pochylili się nad pracą, dzięki temu w momencie gdy profesorka i pozostali uczniowie weszli do klasy, Liv zwijała pergamin z gotowym przekładem. Uśmiechnęła się szeroko.
         - Dziękuję. Nie dałabym rady tego skończyć.
         - Do usług, być może będziesz miała okazję mi się odwdzięczyć. – Ian uśmiechnął się szarmancko.
         - Panie Ramsay, Panno Sullivan, prosiłabym o zajęcie się lekcją. – Srogi ton nauczycielki wskazywał raczej na polecenie, niż na prośbę.
         Liv wzniosła oczy do nieba, Ian zmarszczył brwi. Lekcja jeszcze dobrze się nie rozpoczęła, wymienili ze sobą zaledwie kilka słów. Po cóż więc to upomnienie? Spojrzeli po swoich minach zdradzających dezaprobatę i uśmiechnęli się. Stopniowo, najpierw delikatnie, następnie Evelyn postawiła podręcznik na ławce i ukryła za nim twarz, Ian zakrył się ręką. Oboje tłumili śmiech ze swoich skwaszonych wyrazów twarzy.
         To dziwne jak bardzo byli do siebie podobni, jak dobrze się zgrywali, jak swobodnie czuli się w swoim towarzystwie. Zupełnie jak za dawnych czasów, gdy zdarzało im się powiedzieć jednocześnie te same słowa.
         Sullivan przyłapywała się na wpatrywaniu się w chłopaka. Napotykając jego pytające spojrzenie wzruszała ramionami i próbowała ponownie skupić się na lekcji. Chociaż dobrze wiedziała, że z takim towarzystwem nic z niej nie wyniesie. On ją rozpraszał.
         - Więc może pan Ramsay powie nam jak nazywamy pary run łączące się w jeden symbol? – Profesor Northman patrzyła wprost na Ian’a, który natychmiast się wyprostował.
         - Hm… - Żadna odpowiedź nie przychodziła mu do głowy. Delikatnie wydął usta w komicznym geście, jak to miał w zwyczaju podczas zastanawiania się.
         Liv zakryła buzię dłonią.
         - Bindruny. – Kaszlnęła cicho.
         - Panie Ramsay… - zaczęła nauczycielka, lecz Ian przerwał jej powtarzając odpowiedź Liv. – Dobrze. Panno Hayes, ile mamy aet?
         Chłopak odwrócił się w stronę przyjaciółki i zauważył, że naśladując go również wydęła usta, wyglądem przypominając zbzikowaną kaczkę. Prychnął rozbawiony.
         - Hej, wcale tak nie robię. – Spojrzał na nią niby urażony, jednak jej mina była ponad jego umiejętności aktorskie. Zaśmiał się i dał Liv lekkiego kuksańca w bok. – Więc teraz jesteśmy kwita!
         - Proszę, otwórzcie podręczniki na stronie 150.
         Na polecenie nauczycielki oboje wyciągnęli ręce w stronę podręcznika. Zetknęli się dotykając okładki książki, dziewczynę przeszedł delikatny dreszcz. Spojrzeli sobie w oczy, oboje zdziwieni tym faktem. Liv po chwili cofnęła dłoń i zanurzyła ją we włosach, chcąc ukryć delikatne speszenie. Ian otworzył podręcznik z lekkim uśmiechem.


         Reszta lekcji upłynęła im w świetnym nastroju. Co prawda za ich wygłupy Ravenclaw i Slytherin straciły dziesięć punktów, ale ten fakt nie był w stanie zepsuć im humorów. Po lekcji wyszli na korytarz i rozmawiali, dopóki na horyzoncie nie pokazała się Rissa, a z drugiej strony nadchodził Blaze. Jasnym było to, że za chwilę odejdą do swoich przyjaciół.
         - Chodźmy coś zjeść – mruknęła Liv do Blaze’a po tym, jak pożegnała się z Ianem – Jak tam eliksiry? – zagadnęła.
         - Odrobinę lepiej. Twoje notatki dużo mi pomogły. – Sullivan zdawała się nie słyszeć jego odpowiedzi, słowa docierały do niej jakby przez mgłę. Zapatrzyła się na Earnshaw idącą obok Ramsay’a.
         Nigdy za nią nie przepadała, zresztą z wzajemnością. Miała w sobie coś, co sprawiało, że usilne próby Ethana w poznaniu ze sobą tej dwójki wciąż kończyły się niepowodzeniem. Może była to wyższość blondynki? Jej spojrzenie, pewne siebie i opanowane, gdy na siebie patrzyły. Jakby mówiła „I ty niby miałabyś mi dorównać?”. W pewnym sensie były do siebie podobne. Zbyt dumne, aby odwrócić wzrok, zbyt dumne aby zapomnieć o godności i zamienić ze sobą parę słów nieprzesiąkniętych chłodem i wymuszoną grzecznością.
         Laurissa jakby wyczuła jej spojrzenie na sobie. Rozejrzała się wokół, aż odnalazły się wzrokiem. Liv znów ogarnęło to dziwne poczucie niższości, ale wyprostowała się jeszcze bardziej i trwała w tym niewerbalnym pojedynku, aż ruchome schody sprawiły, że dziewczęta zniknęły ze swoich obszarów widzenia. Właśnie teraz, jeszcze bardziej niż kiedykolwiek, Evelyn Sullivan poprzysięgła sobie, że w niczym nie będzie gorsza od Laurissy Earnshaw.
         - Liv? Czy ty mnie w ogóle słuchasz? – spytał zirytowany Blaze, przymierzając się do pomachania otwartą dłonią przed oczami dziewczyny.
         - Słucham, jasne, że słucham – odpowiedziała Liv. – Jestem po prostu zmęczona. I głodna.
         Wahanie w jej głosie sprawiło, że Hathoway zmarszczył brwi. Zbyt dobrze znał tą dziewczynę, aby w to uwierzyć. Obserwował też jak spoglądała na Rissę. Najwidoczniej nie tylko on chowa w sobie jakiś uraz i ta myśl sprawiła, że uśmiechnął się delikatnie.
         Zeszli na dół, kierując się do Wielkiej Sali. Nie rozmawiali zbyt wiele, oboje pogrążeni we własnych myślach. Ostatnio nawet w towarzystwie Rudolfa i Ethana częściej milczeli, niż się udzielali. Potrzebowali trochę więcej miejsca dla siebie, aby odpocząć i złapać oddech. Najbardziej niezadowolony z tego faktu był Rudolf, który coraz częściej zostawał sam, był zirytowany i nie mógł zrozumieć ich postawy, o czym też często ich informował.
         Ślizgońska para usiadła wśród przyjaciół, a uczucie samotności nie zmalało ani trochę, nawet pośród tłumu i gwary uczniów.
         - Ej, czy to nie jest przypadkiem wasz ojciec? – spytała delikatnie Leila, siedząca po lewej stronie Liv. Ethan natychmiast przestał rozmawiać z Thomasem, widelec z nadzianym kawałkiem kurczaka, który Evelyn trzymała w dłoni gwałtownie zmienił swój tor lotu.
         - Co? Gdzie?
         Rodzeństwo rozejrzało się po Sali i wtedy Liv zauważyła swojego ojca. Stał tuż obok Albusa Dumbledore, zabawiając rozmową profesor Northman i Sprout. Wyglądał zupełnie inaczej, niż pamiętała go Liv. A więc to tak zachowywał się wśród czarodziejów? Odprężony, uśmiechnięty, szarmancki. Miała wrażenie, że patrzy na zupełnie innego mężczyznę. W niczym nie przypominał człowieka o twardym spojrzeniu, zastygłej, niczym u rzeźby twarzy. Co robił tutaj, w Hogwarcie? W miejscu, do którego była przywiązana bardziej, niż do własnego domu?
         W głowie Liv szumiało. Pojawiło się tak wiele pytań, na które chciała znać odpowiedź.
         - Co on tutaj robi? – spytał Ethan, równie zaszokowany co jego siostra.
         - Słyszałam, że ma poprowadzić jakieś zajęcia dla szósto- i siódmoklasistów. Coś w temacie Ministerstwa i przyszłej pracy – odpowiedziała cicho Leila. – Kosztują tylko pięć galeonów za trzy dni.
         - Wygląda na naprawdę miłego faceta – stwierdziła Annie Trimble. – Popatrz, Liv. Macha do ciebie, może z nim porozmawiasz?
         - Wyjaśnijmy sobie coś, Annie – zaczęła Liv ignorując ostrzegawcze kopnięcie Leili. Wokół wręcz roiło się od podsłuchujących tej rozmowy Ślizgonów. – Nie znasz naszego ojca. A teraz przepraszam, muszę iść na historię magii.
         Sullivan wstała od stołu. Nie chciała być niemiła dla Annie, ale poruszając temat jej ojca, stąpała po cienkim lodzie. Blaze poderwał się lekko, jednak Ethan złapał go delikatnie za rękaw szaty. Brat Liv wiedział najlepiej, kiedy należało zostawić ją samą. Grupka znajomych zamilkła, Ślizgoni siedzący dalej zaczęli szeptać między sobą.
         Odchodząc szybko, rzuciła ostatnie spojrzenie w stronę Roberta. W pracy udawał przykładnego tatusia i aktywnego towarzysko dojrzałego mężczyznę. Evelyn wręcz zemdliło na ten widok.
         - Hej, Liv! – Gemma schodziła właśnie do Wielkiej Sali. – Widzimy się na zajęciach twojego taty, prawda? Zapisałam się jako jedna z pierwszych, wydaje się, że będą interesujące.
         Ślizgonka, chociaż życzyła Arterton jak najlepiej, przeklęła siarczyście w myślach. Uśmiech Gemmy nieco zbladł, gdy zobaczyła minę dziewczyny.
         - Wszystko w porządku? – spytała, przyglądając się.
         Evelyn nie chciała drugi raz popełnić tego samego błędu. Nie chciała urazić kolejnej osoby, która przecież nie miała złych intencji. Wzięła głęboki oddech i zmusiła się na delikatny uśmiech, który niestety wypadł sztucznie.
         - Tak, w jak najlepszym – wymamrotała. Dlaczego właśnie teraz wszyscy zaczęli się nią interesować? – Ja… Nie wiem, nie jestem pewna. Zastanawiam się, raczej nie. – Zająknęła się i burcząc coś na kształt przeprosin, wyminęła Gemmę.
         Nie sądziła, albo nie chciało jej się wierzyć, aby ojciec zorganizował te zajęcia po to, aby zdenerwować Liv. Ten człowiek pojawiał się w najmniej odpowiednich momentach, zupełnie nieoczekiwanie. Był największą tajemnicą, której nie potrafiła rozwiązać.

muzyka

         Odgłos szybkich kroków roznosił się po pustych korytarzach Hogwartu. Nie dbali o zachowanie ciszy, liczyło się jak najszybsze wymknięcie się z dormitorium.
         - Na brodę Merlina! Natychmiast zgaś to światło, szczeniaku! – warknęła z obrazu postać starego mężczyzny.
         Rodzeństwo nawet na niego nie spojrzało, prowadziło ich jedynie światełko na końcu różdżki Liv. Coraz więcej postaci zaczynało się przebudzać, a ich celem zdecydowanie nie było zgarnięcie szlabanu. Ethan przyśpieszył kroku, nie zważając na sprzeciw siostry.
         - Ethan, po co my to robimy?
         Odwrócił się tak gwałtownie, że truchtająca za nim dziewczyna o mało co w niego nie uderzyła. Złapał ją za ramiona z dziwnym wyrazem twarzy. W panującym półmroku niemal się go przestraszyła.
         - Myślisz, że czegoś się dowiemy jeżeli nie weźmiemy sprawy w swoje ręce? – spytał wpatrując się w siostrę. Widząc jej wyraz twarzy odetchnął i spróbował się nieco rozluźnić. – Przepraszam. Po prostu… Chodź i nie pytaj.
         Liv prychnęła cicho. Fakt iż była prefektem był w tej sytuacji niezmiernie pomocny, właściwie miała wrażenie, że gdy zza rogiem pojawi się jakiś nauczyciel, Ethan liczy na to, że będzie go kryła. Nie podobało jej się to, a jeszcze bardziej niepokoiło ją zachowanie brata. Zachowywał się sztucznie, jakby coś ukrywał. Chłopak w istocie miał coś w zanadrzu. Coś, co otrzymał zupełnie – jak sądził – przez przypadek. Skrawek nieopublikowanego jeszcze Proroka Codziennego sprawił, że wszystko się w nim zagotowało. Nie potrafił ułożyć tych wszystkich wydarzeń w logiczną całość. Potrzebował jeszcze jednego elementu układanki. 
         Nagle usłyszeli kroki. Ethan osunął się bezszelestnie w mrok. Liv ostrożnie podeszła do przodu. Kroki dochodziły z jej lewej strony, a gdy zaczęły się nasilać, gwałtownie skręciła w tamtym kierunku. Różdżka oświetliła twarz człowieka, do którego prowadził ich Ethan.
         - Nie powinniście już spać o tej porze? – spytał ojciec beznamiętnym głosem. Światło z jego różdżki oświetlało również chłopaka. – Opuść różdżkę, synu.
         Ślizgon nadal celował we własnego ojca, pełen złości. Dlaczego zawsze coś przed nimi ukrywał? Ethan zwykle był spokojniejszy niż Liv, ale teraz czuł jak wzbierają w nim negatywne emocje. W rodzinie nie powinno być takich relacji, chociaż to, co łączyło Sullivan’ów z pewnością nie można było nazwać rodzinną więzią.
         - Jestem prefektem, moim obowiązkiem jest obchód korytarzy – mruknęła Liv.
         - Chcemy z tobą porozmawiać – wypalił Ethan, opuszczając delikatnie różdżkę. Robert uniósł jedną brew widząc jego nieufność. – I chcemy, abyś odpowiedział na nasze pytania.
         Wzrok ojca przechodził od syna, do córki. Evelyn nie wyglądała jakby chciała z nim rozmawiać, wcale na niego nie patrzyła. Ethan natomiast przybrał postawę buntownika, co zdarzało się niezwykle rzadko. Robert zmarszczył brwi. Chyba nadchodził kres żałoby, którą przeżywał tak długo. Czy nie potrafili zrozumieć, że nadal nie pogodził się ze stratą wszystkiego, co liczyło się w jego życiu? Był zbyt młody, stanowczo zbyt młody aby znieść śmierć swojej pierwszej miłości. Porównywał Olivię wręcz do anioła, idealizował ją w swojej głowie. Mówią, że czas leczy rany. Gdzie, do cholery, po tych siedemnastu latach jest jego lekarstwo?
         Weszli do gabinetu w którym urzędował. Nie zważając na miny własnych dzieci, rozsiadł się w fotelu. Przecież to nie jego wina, że nie ma smykałki do dzieci. Zawsze zajmowała się nimi Olivia, Robert natomiast ciężko pracował i przynosił do domu pieniądze.
         - Słucham.
         - Dlaczego tak naprawdę tutaj jesteś? – rzuciła Liv prosto z mostu. Założyła ręce na piersiach.
         - Dostałem propozycję od samego Ministra aby zorganizować zajęcia. Z drugiej strony, nie pomyśleliście o tym, że chciałbym polepszyć nasze relacje? – spytał – Chcę odrobić te siedemnaście lat, ale to zależy od was, czy dacie mi szansę.
         Dziewczyna zmarszczyła brwi, Ethan ledwo powstrzymał się od prychnięcia. Akurat właśnie teraz zaczął się nimi interesować? Czyżby zaniepokoił się o bezpieczeństwo swoich dzieci podczas wojny? Liv bardzo chciałaby w to wierzyć.
         - Polepszyć relacje? Czy może ukrywasz się przed sprawiedliwością, tato? – Wyjął z kieszeni szaty pomiętą kartkę z Proroka Codziennego i położył na biurku.
         Zdjęcie własnego ojca w rubryce „Poszukiwani” z pewnością nie jest miłym widokiem. Wyraz twarzy Roberta gwałtownie się zmienił.
         - Ethan, chciałbym porozmawiać z Evelyn na osobności. – Nie uznawał drugiego imienia, które do niej przylgnęło. Podobieństwo córki do matki było dla niego zbyt bolesnym wspomnieniem, aby pogłębiać je jeszcze bardziej nazywając Evelyn Olivią.
         Chłopakowi nie spodobała się ta decyzja.
         - Dlaczego ja nie mogę być przy tej rozmowie?! Mam prawo wiedzieć, co się dzieje, do cholery!
         - Ethan, wyjdź, proszę. – Cichy głos Liv dołączył do prośby ojca.
         Ślizgon wyszedł przeklinając głośno i kopiąc ze złości w meble. Liv najchętniej wyszłaby razem z nim.
         - Więc nie wróciłeś ze względu na nas – powiedziała głosem pełnym goryczy. – Nigdy się dla ciebie nie liczyliśmy. Ukrywasz się tutaj jak ostatni tchórz pod maską przykładnego ojca?!
         - Nie waż się mówić do mnie takim tonem! – Uderzył pięścią w stół, nie podnosząc znacznie głosu. – Nigdy na was nie krzyczałem.
         - Bo nie musiałeś. W tej rodzinie najobrzydliwsze rzeczy mówi się bez podnoszenia głosu. Cicho, czy głośno wypowiedziane słowa, sens mają jeden i ten sam.
         - Ja… Przepraszam. Wiem, że nie byłem najlepszym ojcem, ale chciałbym to naprawić. Voldemort mnie szuka, chce abym do niego dołączył. W ten sposób zapewni sobie kontrolę w Ministerstwie. Ale ta sprawa jest zbyt poważna, aby z wami o tym rozmawiać.
         Liv rozbolała głowa. Nie przekonywał ją ten łagodny ton i obietnice, zawiódł ją zbyt wiele razy, aby mogła mu tak szybko zaufać. W jej umyśle toczyła się walka. Wypalająca gardło gorycz była wręcz nie do zniesienia.
         - Nie chcę, abyś był tutaj, w Hogwarcie – zaczęła, ledwo powstrzymując się od łez.
         - Pozwól sobie pomóc, córeczko. Tu nie chodzi jedynie o mnie. 
         Przymilający ton sprawiał, że czuła się jeszcze gorzej. Jeszcze bardziej winna, była wyrodną córką.
         - Nie chcę twojej pomocy. Żegnaj, tato. – Wypowiedziała te słowa zanim zdążyłaby pomyśleć, jak prędko zacznie ich żałować. Patrzyła jak machał różdżką, pakując swoje rzeczy. Wyglądał jakby ktoś dodał mu dwadzieścia lat. Zgarbił się, zdawało się, że uleciało z niego powietrze. A niemal mu uwierzyła!
         Pierwszy raz w życiu zauważyła w jego oczach smutek. Po chwili już go nie było, a Liv walczyła z ochotą pobiegnięcia za nim i zatrzymania go. Wiedziała, że wyjedzie za granicę, że być może widzi swojego ojca po raz ostatni. Usiadła w fotelu i rozpłakała się.
         Za oknem panowała bezchmurna noc. Dwie spadające gwiazdy przecięły gwiazdozbiór.


-------
Chciałabym tylko powiedzieć, że pisanie rozdziału to dla mnie nowe doświadczenie, sprawiło mi to ogromną frajdę. Mam nadzieję, że wam się spodoba. <3

9 komentarzy:

  1. Chyba pierwszy komentarz ponownie przypadnie mi - chyba zaczynam się do tego przyzwyczajać, ale możliwe, że to ostatni raz, bo praca ;.;

    Zacznę od tego, co we mnie uderzyło i myślę, że zasługuje na wyraźne podkreślenie - jestem zdania, że ze wszystkich rozdziałów, jakie dotychczas się pojawiły, ten bezkompromisowo miał najlepiej dobraną muzykę! Gratuluję z całego serca, bo przyznam się, albo je wyłączam, albo ściszam w 70% przypadków, a tym razem, jak nie starczyło melodii do tekstu, to puszczałam od początku. Pięknie to nadało klimat, przy czym mogłabym podejrzewać, że mało jest osób w Polsce, które tak jak ja lubują się w barwie głosu Skylar Grey, więc to dodatkowy plus.
    Długość wyszła Ci świetna, bo przepełniona dobrą treścią. Faktycznie, mam niemały niedosyt obecności innych postaci w Twoim rozdziale, ale nawet, jak pisałaś głównie o historii Liv, to było to naprawdę ciekawe. Muszę też zaznaczyć, że jestem fanką jej ojca, czuję, że to epicka postać i pod koniec miałam wrażenie, że nieco się pogubiłaś w jego kreacji, a może zbyt szybko opisywałaś poszczególne emocje i zajścia, bo tak wiele się wydarzyło w kilku linijkach. To niebywale był pewien minus.
    Co do postaci, ciszę się, że moja Laurissa dostała swój fragment. Niby nic nie mówiła, ale opisałaś ją naprawdę świetnie. Dziękuję Ci za to <3 Miałam pewne obiekcje co do kreacji Ian'a i Blaze'a, ale też o tym wypowiadać się nie będę, bo to nie moje postacie i Wy pewnie lepiej wiecie, jak ustaliłyście sobie relacje i jak to ma wyglądać.
    Z początku miałam wrażenie, że budowa przypomina nieco mój rozdział, nie piszę tego z jakąś pretensją, mam na myśli to zaczęcie od retrospekcji, więc bardzo się cieszę, że nie zamknęłaś tego w pojęciu "snu", bo to jednak odróżniło nasze prace.
    Co do błędów, to jak w przypadku każdego - było ich kilka, ale kto by się tym przejmował? Muszę Ci powiedzieć, że nie spodziewałam się, że tak mnie to wciągnie i już teraz zaklepuję sobie bycie fanką numer jeden Roberta! Liv taka niedobra córka, niech on wraca ;.;

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Liv Sullivan (Naiive)6 lipca 2015 21:14

      Serce mi waliło jak młotem gdy czytałam ten komentarz xD jeju dziękuję Ci bardzo za tak miłe słowa! Nad muzyką siedziałam spory kawał czasu i strasznie się cieszę że przypadła Ci do gustu :D Zgodzę się co do postaci, sama zastanawiałam się czy nie powinnam dodać kogoś jeszcze, ale kompletnie nie miałam pomysłów na sceny. Koniec to zdecydowanie moja najsłabsza część, sama edytowałam ją kilka razy i ostatecznie nie wyszła tak dobrze, jak chciałam. :/ Cieszy mnie fakt, że polubiłaś Roberta! Nie chciałam go stawiać w samym złym świetle, pokazać że jednak ma w sobie chociaż kapkę człowieczeństwa.
      Dziękuję Ci bardzo za ten komentarz, bardzo dużo dla mnie znaczy. Aż nie mogę przestać się uśmiechać. :D

      Usuń
  2. No i powracając po upalnym dniu zastałam coś przyjemnego dla oka~!
    Yay, bardzo zafascynowana! Oceniam wysoko, prawdę mówiąc może tylko jedna melodia nieco mi nie pasowała, ale to jest dobranie indywidualne i chociaż mnie mogło odrobineczkę kłuć, tobie mogło się podobać - i tak ma być, kicia! Muzyka wyraża odpowiednie fragmenty, rozdział ma długość przyswajalną i ciepłą, nie to co mój. Mało tego pokazałaś tutaj Liv taką, jak ją widzisz - najważniejsze aby kanon Twojej postaci zawierał się w tym co piszesz bez względu na jakiekolwiek konwenanse, jestem zauroczona.
    Mało tego - dziękuję Ci, że dałaś tutaj odrobinę Gemmy. I co najważniejsze! Pokazałaś ją jako osobę o gorącej głowie, bo wypaliła co miała na końcu języka, ale również jako troskliwą i nie obserwującą, czy też dzielącą ludzi względem przynależności do domu. Mnie niestety się to nie udało, ale zajrzałaś mi w głąb duszy widocznie i po prostu mnie oczarowałaś. Bardzo, bardzo gorąco dziękuję Ci kochana za to, zwłaszcza, że nie było to jedno zdanie. I chociaż Gemma przemknęła ledwie, to naprawdę biję Ci owacje na stojąco, bo z dumą czytałam o swojej postaci w takich superlatywach u Ciebie. Tak bardzo Cię całuję, że o Boże drogi!
    Mało tego. Pokazanie jej relacji z ojcem - perfettamente! Wzbijasz się w moich oczach na wyżyny i aż mam ogromną ochotę Cię uściskać, choć znając moje szczęście i mój wzrost sięgnęłabym ci pod dekolt. Sumiko wie o czym mówię!
    Naprawdę bardzo mi się rozdział spodobał i jestem pod ogromnym wrażeniem. Całuję rączki i czekam na Twój kolejny rozdział, nie mogę się aż doczekać! <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Liv Sullivan (Naiive)7 lipca 2015 18:38

      Ojej, dziękuję Ci bardzo! <3 Czytam ten komentarz po raz kolejny i zaczynam popadać w samozachwyt xD Miło jest czytać takie słowa, aż chce się pisać kolejne rozdziały. Przepraszam, że tak mało ujęłam Gemmy w swoim rozdziale.
      Cieszę się, że Ci się spodobało! :D

      Usuń
    2. Nie szkodzi, ja jestem szczęśliwa, że ją pokazałaś! <3 Ile byś nie napisała o niej, będę wdzięczna. I nie obrastaj w piórka, bo lubię kurczaki :v

      Usuń
  3. No witam B) Nie wiem czy straciłam umiejętność wyrażania myśli czy może konstruktywnego komentowania, dlatego z góry przepraszam, jeżeli ten komentarz okaże się... Śmieciowy? To tak na wstępie.
    Muszę Ci powiedzieć, że dobrze ukryłaś epickość swojej postaci, bo jakoś nigdy wcześniej nie wyobrażałam sobie Liv w świetle, w którym ją przedstawiłaś. Czuję, że to przemyślana, konsekwentna postać, ze swoimi wadami, ułomnościami, swoimi sprawami. Zwyczajnie - realna, zajebista postać. Ja cechuję się nieszczęśliwie tym, że nie lubię damskich postaci (a może to dlatego że boję się je kreować) i zazwyczaj one stanowią o największym minusie rozdziału czy opowiadania. A tutaj - oczarowałaś mnie, bo uwielbiam Liv, uwielbiam to w jakim świetle ją przedstawiasz i mam szczerą nadzieję, że kiedy ja będę o niej pisać nie wyjdzie mi to dużo gorzej. Da się ją ukochać, wiesz?
    Jednak najbardziej podobała mi się sama treść. Konsekwencja. Zwłaszcza przy opisie relacji rodzinnych, które z jednej strony stanowią o jakimś powtarzalnym schemacie, ale z drugiej nie są schematycznie opisane. Każdy ma jakieś wyobrażenia o ojcu, o żonie, córce, każdy w związku z tragedią ma własne podejście do sprawy. I cholera jasna, muszę przyznać, że ten rozdział czytałam z właściwą mu przyjemnością, myślę, że przeczytam go jeszcze nie raz, bo faktycznie mnie zachwycił.
    Teraz trochę o naszych postaciach, bo bez skomentowania tego bym się nie obeszła. Na pierwszy ogień idzie Ian :v Wydaje mi się, że opisałaś go... Uroczo. To chyba odpowiednie słowo. Czytałam o nim i miałam wrażenie, że to może być właśnie on, że pochyliłby się nad tym pergaminem, pomógł jej. Może... Piszę to z oporem, bo nie chcę Cię urazić, ale może fragmentami miałam wrażenie, że jest aż zbyt "przytulaśny", ale ostatecznie powierzyłabym Ci go na wieki, jeśli chciałabyś zaadoptować sobie nową postać. Kawał dobrej roboty, gratuluję.
    Moją uwagę przykuło to, jak sprawnie opisywałaś relacje Liv z innymi postaciami. Subtelnie, nie wykładając kawy na ławę w kilku słowach, czyli dokładnie tak, jak uwielbiam. Twoja bohaterka mnie zaintrygowała, chyba nie doceniałam jej na początku, co przyznaję szczerze i z wyrzutami sumienia.
    Nie zostaje mi nic innego, jak tylko wypatrywać kolejnego Twojego rozdziału, bo ja wiem co piszę: jest na co czekać.
    Duuuużo weny i szczęśliwych wakacji~! <3

    OdpowiedzUsuń
  4. Liv Sullivan (Naiive)7 lipca 2015 19:16

    Strasznie dziękuję Ci za ten komentarz! Przyznam, że Twojej i Val opinii bałam się (boję) najbardziej, bo nie miałam pojęcia, czy sposób w jakim kieruję waszymi postaciami jest dobry. Niestety, nie udało mi się wyczuć Iana w całości, za co strasznie przepraszam. Ale ulżyło mi, bo myślałam, że całkiem nie spodoba Ci się to jak nim pokierowałam. <3 Łaaa, z chęcią zaadoptowałabym Iana! Jest jedną z moich ulubionych postaci męskich w tym opowiadaniu.
    Bardzo mi miło, że polubiłaś Liv! I w ogóle, ekscytuję się bo od dawna czytałam Twoje posty na sf i wręcz uwielbiam Twoje postacie i styl, w jakim piszesz, więc tymbardziej cieszę się, że spodobał Ci się mój rozdział! Wykrzyknik, wykrzyknik!
    Tyle dobrych słów. <3 Jeszcze raz bardzo dziękuję i Tobie również życzę udanych wakacji :D

    OdpowiedzUsuń
  5. To ja! ;-; Przepraszam że tak późno, dopiero co zaczęłam wakacje i się opiłam wolnością i jakoś dopiero teraz, jak przeczytałam posta Choco to komentuję ;-; Bo przeczytałam od razu tylko nie miałam sił i czasu na komentowanie. No, już się nie usprawiedliwiam i przechodzę do sedna. Wybacz jeśli komentarz będzie zwyczajnie beznadziejny, chyba straciłam umiejętność poruszania palami po klawiaturze ;-;
    Po pierwsze, bardzo ładnie i z pomysłem podałaś nam historię Liv, od najmłodszych czasów, to było urzekające. W ogóle cała ta akcja i intryga z ojcem mi się spodobała, bardzo wzruszająca. Nie jestem pewna czy wszystko dokładnie zrozumiałam xd Ale podoba mi się, że Liv się waha, nie jest pewna, nie wie co zrobić - to czyni z niej człowieka, a nie maszynę, nie tylko kartkę papieru na której jest jej twarz. Te emocje, które nią kierują.. Naprawdę, gratulacje, bo niby to nie jest bardzo oryginalne, że ojciec ignorował dzieci, ale ty to tak napisałaś, że tego się nie zauważało.
    Dzięki za Blaze'a :3 co prawda mało go tu było i raczej pojawiał się w tle, ale i tak dziękuję za przedstawienie go i ukazanie odrobiny relacji, jaka między nimi panuje...

    Przepraszam za taki cienki komentarz, poprawię się następnym razem! ;-; tak to jest jak się nie komentuje od razu ;-;
    Pozdrawiam, Val :3

    OdpowiedzUsuń
  6. Witam witam, jestem Januszem Spóźnienia i padam do nóżek w ramach przeprosin ;-;

    Rozdział bardzo mi się podobał, jeśli mogę to ująć tak prosto na sam początek ;-; Masz przyjemny i lekki styl pisania, nic nie jest przesadzone w żaden sposób, zdania są przejrzyste i nie ma żadnego "owijania w bawełnę" co jest olbrzymim plusem *^*
    Relacja ojca z Liv była pokazana po mistrzowsku. Od początku rozdziału mieliśmy wgląd na przeszłość Twojej bohaterki, co moim zdaniem pozwala na lepsze poznanie postaci. Nie jestem pewna czy dobrze zrozumiałam ogrom intrygi, która była tu przedstawiona ;-; Ale ogólnie cieszy mnie to, że Liv potrafiła "pokazać pazur" i się sprzeciwić Robertowi, że o jej wybaczenie będzie musiał walczyć, o ile to w ogóle mu się uda. Dobra robota B)
    Mało było tutaj naszych postaci, jedno zdanie o Aurorze tylko i to była wzmianka, liczyłam na coś więcej szczerze przyznam ;-; Tym bardziej, że według naszych ustaleń ich historia była przez pewien czas połączona, także to wypadałoby ująć. No ale liczę, że w następnym rozdziale pozytywnie mnie zaskoczysz i feelsy nie dadzą mi spokoju przez długi czas *^*
    Muzyka pierwsza klasa! Szczególnie przypadł mi do gustu ostatni otwór.
    Aha, i jedno zdanie, które wywołało u mnie dreszcze i potężny napływ uczuć: "Mówią, że czas leczy rany. Gdzie, do cholery, po tych siedemnastu latach jest jego lekarstwo? " - no normalnie overload feelsów miałam, zaczęłam współczuć Robertowi ogromnie, że po tylu latach się nie pozbierał. No kurde biedny facet! ;-;
    Jednym słowem - rozdział elegancki, bardzo mi się podobał i czekam na więcej.
    Pozdrawiam ^^

    OdpowiedzUsuń