Zabrakło mu tchu. Zdawało się nawet, że przestał oddychać.
Tlen jest ważny. Powinien o nim pamiętać… ale tak nie było. Wstrzymał oddech i
tak mu już zostało. Po chwili jednak płuca dały o sobie znać nieprzyjemnym
uciskiem oraz lekkim szczypaniem. Wypuścił więc powoli powietrze, nie
spuszczając wzroku z sów, lawirujących pomiędzy uczniami Hogwartu . Jedna z
nich mogła go szukać – barczystego Gryfona o aktualnie zmartwionym spojrzeniu.
Nie wyglądał na kogoś słabego. Wprost przeciwnie. Każdy kto widział go przyjmującego
kafla w locie, nie mógł o nim powiedzieć ,,niewytrzymały’’. Inaczej miały się sprawy psychologiczne.
Tutaj Aaron był bardziej wrażliwy. Naprawdę się martwił. Zwłaszcza o rodziców.
Na kapelusz Merlina! Dlaczego to się musi dziać?
Czytał gazety. Znajdowały się tam informacje o zarówno
stratach w śmierciożercach, jak i w zwykłych czarodziejach, po drugiej stronie
barykady tego konfliktu. Napięta atmosfera dawała o sobie znać w spojrzeniach,
gestach, a nawet nie omijała nauczycieli – jednych wyraźnie zmęczonych, z
workami pod oczyma po nieprzespanych nocach oraz tych drugich, wręcz
manifestujących swoje zadowolenie z obecnego obrotu spraw. Byli jeszcze tacy, z
których twarzy nie potrafił odczytać postawy wobec szykującej się wojny.
Wszystko uświadamiało go o tym, jaką informację może
któregoś dnia dostać. Gdzieś nieopodal jakaś osoba wybuchnęła rzewnym płaczem.
Gdzie indziej pewna Gryfonka pisnęła z przerażenia, kiedy na stół przed nią
upadła koperta, zaadresowana jednak do chłopaka obok. Trwoga przemieniła się w
ulgę w jej oczach, a później we współczucie… zmieszane z radością iż to właśnie
nie ona dostała list. To okrutne kiedy ktoś cieszy się z nieszczęścia innych
osób, lecz Aaron mógłby to nawet komuś przebaczyć. W końcu sam cieszył się za
każdym razem, kiedy nie było żadnych wieści o krzywdzie jego bliskich.
Przynajmniej w takiej formie było to znośne. Natomiast reakcja niektórych
Ślizgonów oraz uczniów innych domów, będących za Sami-Wiecie-Kim, była godna
potępienia. Te uśmiechy. Chłopak miał ochotę zedrzeć wredne miny z twarzyczek prześmiewców, mimo
iż na co dzień nie był aż taki skory do przemocy. Poza boiskiem ma się
rozumieć.
Grad listów minął, a jedynym śladem jakichkolwiek poruszeń
były pióra leżące w przypadkowych miejscach, a także pozostałości łez, ostatki
przerażenia, bladość czy wesołe uśmiechy. Aaron także spuścił wzrok. Z
opóźnieniem do niego dotarło, że nic nie dostał. Albo na razie są bezpieczni
albo walczą o życie i nikt nie wie, czy powiadamiać rodzinę. Z dwóch opcji
wolał przyjąć tą pierwszą. Po chwili zyskał apetyt i nabrał sobie tyle
jedzenia, ile zdołał zjeść w pojedynkę. Jego usta rozciągnęły się w lekkim,
spokojnym uśmiechu, zaś oczy zalśniły w determinacji. Ze wszystkich sił będzie
próbował przerwać falę tego, co się dzieje. Zauważył, iż po jego prawej stronie
Lizzy Harper zrobiła to samo, a gdy ta zobaczyła, iż chłopak na nią patrzy,
zaczęła trajkotać radośnie.
- Oni za to zapłacą – rzuciła jowialnie, jakby mówiła
,,Ładna dziś pogoda’’. Aaron rozejrzał się ostrożnie, sprawdzając czy nikt ich
nie podsłuchuje.
- Nie powinnaś…
- …Tak mówić? Daj spokój! Co mi mogą zrobić? Najgorsze już
zaczęli. – Cały czas szczerzyła się, jak głupia, aż chłopak nie mógł po prostu
nie zrobić tego samego. W pewnym sensie uważał ją za niesamowitą. Nie bała się
konsekwencji swoich czynów. To jednocześnie bohaterskie i idiotyczne. W tamtej
chwili pomyślał, iż powinien pogadać z nią później.
Na jego nieszczęście miejsce po jego drugiej stronie było
wolne. Poczuł, że ktoś tam siada i odwracając się, wiedział już na kogo natrafi
jego wzrok.
- Garrick, mówiłem Ci, że nie mam miejsca w drużynie… -
powiedział trochę zirytowany.
- Pff, wcale nie chciałem o to prosić… Miałem zapytać czy
czegoś nie dostałeś, bo ja nie. – Aaron spojrzał na niego uspokojony.
- Żadnego listu – oznajmił, uśmiechając się.
- Na pewno nie ma miejsca w drużynie? Bo wiesz, co ja
potrafię… - Starszy z braci wzniósł oczy do sklepienia Wielkiej Sali.
- A jednak. Za jakie grzechy? Nigdy się nie nauczy –
pomyślał i westchnął.
- …Garry. Miej litość i daj mi spokój. – Chłopczyk spojrzał
na niego z trzęsącą się, dolną wargą.
- Ta mina dawno przestała na mnie działać. Nie jesteś już
malutkim dzieckiem. Nie to znaczy nie.
- Dobra – warknął młodszy – Łaski bez. Zobaczymy co powiesz,
jak to ja dostanę się do angielskiej drużyny narodowej – dodał, wstając i z
ogromnym fochem, odszedł do swojego kumpla, po drugiej stronie stołu Gryfonów.
Skoro o Quidditchu mowa. Zerknął na chwilę w stronę stolika
Krukonów. Jego wzrok zatrzymał się na kapitanie ich drużyny – Laurissie
Earnshaw. Miał ochotę podejść do dziewczyny i oznajmić jej dobitnie przy
wszystkich, że to on zaklepuje boisko na ten dzień. Rozważał to przez chwilę,
lecz moment później machnął mentalnie ręką. Ryzykował kłótnię z zawziętą Krukonką,
a nie miał ochoty psuć sobie humoru, jaki zyskał po braku wiadomości. Poza tym
może nie było po nim tego widać, lecz trochę się jej obawiał i nie chodziło tu
posturę. Było coś w niej takiego, iż gdzieś w połowie dyskusji traciło się chęć
do sprzeczek. Oczywiście do tego by się nie przyznał. Męska duma siedziała w
nim, niczym jego kotka na fotelu, kiedy chciał na nim usiąść.
Trochę dalej, przy tym samym stole, jego oczy napotkały
Aurorę Middleton. Zauważyła chyba, że na
nią patrzy, ponieważ zerkała na niego kątem oka, a potem obróciła już głowę,
nie wiedząc zapewne o co mu chodzi. Aaron gapił się na nią, nie pomyślawszy, że
to musi głupio wyglądać. Kiedyś uratowała mu tyłek, który to sam postanowił
sobie wpakować w kłopoty. Ta świadomość sprawiała, iż bez skrępowania patrzył
na tą istotkę, a nawet uśmiechnął się i puścił jej oczko. Odwrócił się, nie
czekając na jej reakcję, gdyż właśnie zadał sobie pytanie – czy jeśli nadejdzie
wojna, choćby część jego relacji z innymi pozostanie taka sama? Nie znał dziewczyny
na tyle dobrze. Łączył ich jedynie jeden incydent. Powinien być bardziej skryty
czy może budować kontakty? Czy to nie uczyni go hipokrytą, jeżeli wszystko
okaże się zupełnie odmienne, niż aktualnie mu się wydaje? Te niespodziewane myśli sprawiły, że chłopak wpakował sobie
tost do ust z ponurym odczuciem niepewnego.
- Dlaczego to nie wychodzi?
- pomyślał. Przecież mieszał w odpowiednią stronę! Co jest?!
Bezskutecznie próbował ukryć to, co się dzieje w kociołku przed Abigail – Zaraz
się wtrąci… Potrafię sam o siebie zadbać! – Był zły na to, iż bardzo często nic
nie wychodziło mu na tym przedmiocie. Ona była od niego lepsza, co stale
próbowała mu uświadomić i to właśnie tak zdenerwowało Gryfona.
- Mieszasz w złą stronę – powiedziała z odrobiną dezaprobaty
w głosie. Zaczęło się. Zignorował ją. Nie lubił kiedy mówiła mu co ma robić na
eliksirach. Nie jest taki beznadziejny, prawda? Będąc w szóstej klasie nadal
uczy się tego przedmiotu, a to coś znaczyło. Jego dłoń przyspieszyła. Spojrzał
na nią wymownie, kiedy sięgnęła ręką do mieszadła.
- Nie – zaprotestował gwałtownie, kiedy próbowała mu je
zabrać z dłoni. Zacisnął na nim mocniej palce, powoli przestając patrzeć na to,
co robi. Udało jej się jednak przekręcić mieszadło w drugą stronę. On nie dawał
za wygraną i nadal uparcie mieszał tak, jak mu się podobało. Tak więc raz jedno
z nich raz drugie próbowało zaprezentować swoje racje. Slughorn podniósł na
nich zdziwiony wzrok.
W jednej chwili wszystko stało się naraz. Dotąd zmarszczona
ze złości twarz Aarona zmieniła się na łagodniejszą.
- Dobrze. Może… - zaczął, odpuszczając i jednocześnie
puszczając mieszadło. Miał dość. Chciał już dać spokój i iść na kompromis. Nie skończył dlatego, że w kociołku zabulgotało.
Nauczyciel wstał, lecz nie zdążył do nich podbiec, kiedy obojgu pochylonym nad
wywarem, wybuchła w twarz jaskrawozielona breja, która miała mieć kolor biały i bijący z niego perłowy blask, a
nie czarną mgłę. Śmierdziało to natomiast zgniłymi jajami, mocnym zapachem anyżowych cukierków i tym co zostawiają
sowy, kiedy się je przekarmi.
Chłopak z szoku zapomniał zamknąć usta i trochę dostało mu
się na język. Zaczęło mu się cofać. Słyszał rechoty Ślizgonów, z którymi
dzielili lekcje, kiedy zielony wybiegł z sali, kierując się prosto do
pobliskiej łazienki… Potem natomiast do gabinetu pani Calligan. Później
dowiedział się od wkurzonej Abigail, iż dostali dodatkowe wypracowanie o
amortencji. Przez najbliższe kilka dni próbowali się unikać, skutecznie nie
zwracając na siebie uwagi na lekcjach.
Tego dnia Aaron padł zmordowany twarzą na swoje łóżko. Kiedy
przekonał pielęgniarkę, iż może już opuścić skrzydło szpitalne, na dworze
zmierzchało. Urażona jego chrapaniem Izyda obudziła go, wbijając mu pazury w pośladek,
a następnie znalazła sobie zakątek w pokoju wspólnym na dole. Całą noc dręczyła go bezsenność, choć jeszcze
parę minut wcześniej spał sobie w najlepsze.
Słyszał o imprezie trwającej w najlepsze późno w nocy.
Dostał nawet wskazówki, jak wejść do Pokoju Życzeń, kiedy szedł do dormitorium.
Wiedział jednak, że może spotkać tam wiele
osób, z którymi nie miał najlepszego kontaktu. Nie mógł więc tam pójść. Nie
miał zupełnie ani ochoty ani sił, aby z kimkolwiek się kłócić, tym bardziej iż
uczniowie Hogwartu, zwłaszcza ci starsi, nie obyliby się bez alkoholu. Przewracał
się więc z jednego boku na bok, plując sobie w brodę z takiego obrotu spraw.
- Następnym razem dam Abigail pracować sobie samej… -
pomyślał kilka minut po północy. Wiecie co? To nie było mocne postanowienie.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------
No więc jest : ) Wybaczcie, że tak późno dodałam ten post.
Zorientowałam się dopiero w weekend, który miałam zawalony, a teraz zaczęła się
szkoła. Przepraszam także za długość. To początek, więc nie bardzo wiedziałam
co dokładnie opisywać i naprawdę długo myślałam nad zakończeniem. Zapewne każda
z was zwróciła uwagę na mało rozbudowane opisy… No właśnie.
Mówcie co chcecie, a ja i tak jestem zadowolona, że wyszło
mi chociaż tyle ^^
Tu Deny, nie wiem, czy się to wyświetli, bo mój telefon mnie wkurza, pewnie dlatego też mój komentarz nie bedzie za długi i mogą pojawić się tu błędy, za to przepraszam.
OdpowiedzUsuńPowiem tak, pierwsza cześć podobała mi się niesamowicie, nastrój był budowany naprawdę płynnie, wraz z wydarzeniami, ale też uczuciami Aarona. Cieszy mnie to, bo pozwoliłaś Nam naprawdę poznać swojego bohatera, jego poglądy, a przy tym nie zrobiłaś z niego jakiegoś niesamowicie idealnego faceta.
Oczywiście jaram się tym, że znalazłaś miejsce dla Laurissy, aż mi się mordka cieszy *^* nawet nie wiesz, jak bardzo spodobał mi się Twój opis mojej postaci. Niby niewiele, ale naprawdę trafnie *^*
W drugiej części język wydawał się już bardziej chaotyczny, zapewne przez dialogi. To nic dziwnego, bo z nimi jest zawsze problem, a Ty i tak dobrze sobie poradziłaś. Ogólnie dla mnie nie ma do czego się przyczepić, no może nie licząc apostrofy na końcu. Ona nieco psuje realizm, ale to taki drobiazg i kwestia indywidualnego gustu ^^
To już mój drugi komentarz. Pozdrawiam blogspota.
OdpowiedzUsuńW pierwszej części bardzo mi się podobało pokazanie przez Ciebie aury panującej w Wielkiej Sali w czasie sowiej poczty. W dodatku ta muzyka była hmm... odpowiednia? Chyba nie potrafię w tym momencie znaleźć lepszego słowa. Budowała nastrój. Wielki plus za nią. Zgadzam się z Deny, że zrobiłaś z Aarona idealnego faceta :) Ale przyznam, że mam nadzieję na dodanie trochę goryczy do jego życiorysu. Nie bądźmy idealni :) Relacja między rodzeństwem nawet mnie trochę rozśmieszyła, bo znam skądś te ,,dobra, łaski bez". Jakie to uniwersalne. Co do postaci Lizzy, to zaskoczyłaś mnie. Spodziewałam się jakiejś zwykłej, wesołej dziewczyny, a odebrałam ją jako lekko szaloną, i to nie w pozytywnym tego słowa znaczeniu.
Część druga mniej satysfakcjonująca od pierwszej. Wybacz, ale chce być szczera. Wcale to nie znaczy, że była zła. Po prostu w pierwszej postawiłaś sobie dość wysoką poprzeczkę i tyle. Wracając jednak do treści. Myślę, że Abigail nie dotknęłaby kociołka Aarona i pozostała tylko przy słownych upominaniach, chyba że chłopak poprosił by o pomoc. I na koniec powiedziała by coś w stylu ,,a nie mówiłam" i pomogła mu sprzątać. Nie mam jednak do Ciebie o to pretensji, bo wiem jak trudno jest pokazać postać drugiej osoby. Przecież mogłaś napisać, że Ab ze złości wsadziła mu głowę do tego kociołka i podpaliła, co by nie było zupełnie w jej stylu, ale byłoby zabawne. Także bez stresu :) Do kategorii zaskoczenia muszę dodać reakcję Aarona na imprezę. Typowy, grzeczny chłopczyk. Nie idzie, bo będą pić. Uśmiechnęłam się tylko na to :)
PS: Polubiłam Aarona, ale za to, że Abigail dostała przez niego dodatkową pracę domowa, masz duży minus :D
Cześćcześć, w końcu przybyłam i przepraszam za spóźnienie! ;-;
OdpowiedzUsuńTwój post bardzo mi się podoba, z resztą znam już Twój styl pisania ze sf i mogę śmiało powiedzieć - czytało się mega przyjemnie, rozdział był bardzo wciągający. Dziękuję za umieszczenie w rozdziale mojej Aurie, normalnie nie mogłam z tych emocji jak czytałam *^* Aaron to taka postać, którą od razu polubiłam, także czekam na dalsze rozdziały Twojego autorstwa, które z pewnością jeszcze lepiej pozwolą mi na poznanie bohatera. :)
Pozdrawiam serdecznie ^^
Najgorsze jest to, że taki króciutki ten post ;-; oczywiście tak tylko sobie piszę, bo chciałoby się czytać więcej ale wiem że wena i te sprawy, nie wszystko się zawsze układa po naszej myśli : D
OdpowiedzUsuńPodobał mi się i początkowy fragment, i końcowy, sama nie wiem który lepszy xD To poczucie ulgi, mimo że ktoś właśnie się dowiedział o śmierci bliskiej osoby... No i świadomość, że jeśli sowa przyleci do ciebie, ktoś inny będzie wzdychał ze szczęścia, sytuacja zawsze może się i tak odwrócić.
A Abigail i Aaron na eliksirach to mieszanka wybuchowa, dosłownie i w przenośni jak widzę xd
Pozdrawiam, Val ; )
Wybacz że tak późno, ale w końcu ja też jestem :)
OdpowiedzUsuńA mi najbardziej podobały się dialogi z postaciami pobocznymi. Myślę sobie, że bardzo dobrze je wprowadziłaś, wszystko działo się płynnie i nic nie kuło w logice zdarzeń, które następowały po sobie. Muzyka z Anastazji też jak najbardziej na plus, powiedziałabym tylko, że rozdział może faktycznie krótki, ale nigdy nie daję minusów czy plusów za taką bzdurkę, bo każdy pisze jak akurat ma ochotę i wenę ;p
Trochę nie zrozumiałam jednak początku drugiej części, może to przez częściowy, chyba niezamierzony chaos językowy. To była jednak tylko drobnostka, dlatego nie martw się tym za bardzo. Błędów językowych nie znalazłam, jak na moje oko - czyściutko, za co podziwiam, bo takie błędy tworzą naprawdę sporą blokadę przy czytaniu.
Jeszcze jeśli mogę się wypowiedzieć w kwestii Aarona - to faktycznie, fajny z niego chłop. Poradziłaś sobie śpiewająco, widzisz, nie było się czym stresować nawet :D
Przepraszam po raz kolejny, że tak późno ;)
Bardzo mi się spodobał sposób w jaki zaczęłaś rozdział. Wprowadziłaś niesamowity klimat, w drugiej części natomiast na początku poczułam się lekko zagubiona, jednak takie rozluźnienie atmosfery też mi odpowiadało ;>
OdpowiedzUsuńCóż, ja odebrałam Aarona jako gościa, który niczym się nie wyróżnia. Choć jego postawa grzecznego chłopca może być ciekawym elementem, jak np. jego reakcja na imprezę ;p
Przepraszam cię bardzo, że dopiero teraz i pozdrawiam.