Na
powiekach pozostały mu resztki niezapamiętanego snu, kiedy otworzył oczy tego
ranka.
Strach i
cierpienie, które dają uporczywie znać o swojej obecności w życiu każdego z nas,
przytłaczają i skutecznie tuszują wszelkie myśli starające się wybiegać
naprzód. Ludzie nie zdają sobie sprawy, że jedyną tragiczną sprawą nie cierpiącą
zwłoki jest śmierć. Ona zawsze znajduje sobie drogę, przeciśnie się przez
zakneblowane drzwi, pokona wszelkie mury odgradzające serce niezależnie od ich
grubości, jest niemożliwa do zatrzymania, niemożliwa nawet do opóźnienia jeśli
opóźnienia sobie nie zażyczy. Blaze naprawdę zdawał sobie sprawę z tego, że
kiedyś umrze. Czy go to interesowało? Nie bardzo. Czy kiedyś myślał o swojej
śmierci? Przelotnie, jako odległy punkt w życiu naznaczonym zwycięstwami. Czy
kiedyś myślał o cudzej śmierci? Codzienne.
W
pokoju wspólnym natknął się na Alexis szepczącą o czymś z Rudolfem, ale nie był
w nastroju do konfrontacji z dziewczyną, która go nie kochała i o której miłość
on sam nie zabiegał. W ogóle nie był w nastroju do konfrontacji, z kimkolwiek,
choćby darzył go najczystszą miłością i oddaniem. Obrazy z niedawno przerwanego
snu jeszcze kłębiły mu się pod czaszką, jakby starały się coś przekazać. Nie
pamiętał już o czym śnił, ale wrażenie, które mara po sobie zostawiła,
zawładnęło jego umysłem. Prześlizgnął się obok czarnej sofy i wmieszał w tłum
wychodzących na pierwsze zajęcia uczniów, zostawiając dwójkę przyjaciół za
plecami. Gdyby się odwrócił w tamtej chwili, może zauważyłby jak Rudolf – ten
sam facet, którego nie interesowało nic poza Czarnym Panem, potęgą i władzą –
pożera bezczelnym, natrętnym spojrzeniem odsłonięte ramiona i obojczyki
dziewczyny. Zauważyłby, jak blisko siebie siedzą i jak oszczędnie Alex
gestykuluje, przeciągając kolejne sylaby, cedząc słowa przez krwistoczerwone
usta. Wtedy może by coś zrobił.
Ale
Blaze się nie odwrócił, nie zerknął przez ramię ani nie zatrzymał.
Po
wyjściu z pomieszczenia wyprzedził wlekących się czwartoklasistów, wyminął
grupkę ciasno przylegających do siebie tlenionych blondynek i do sali
wejściowej wpadł jako pierwszy. Skierował się do wielkiej sali zdecydowanym,
długim krokiem. Sufit pokryty był kłębiącymi się, ścierającymi ze sobą jak monstrualne
potwory w trakcie zapasów zastraszająco nisko nad głowami jedzących czarnymi
chmurami, z których padał rzęsisty deszcz. Nikt nie miał ani kropli wody na
szacie, mimo to w pierwszej sekundzie blondyn skulił się w oczekiwaniu na
zamoczenie całego ubrania. Wyprostował się szybko, lekko potrząsnął głową i
zganił się w myślach za te iście mugolskie odruchy. Idąc przestronnym
pomieszczeniem pomiędzy długimi stołami Slytherin’u i Ravenclaw’u, władczo
rozglądnął się dookoła. Miał ten denerwujący nawyk, że kiedy tylko kosmyk
włosów spadł mu na czoło, natychmiast musiał go odgarnąć. Podczas zaczesywania
dłonią włosów na tył głowy jego wzrok zatrzymał się na znajomej osobie
siedzącej przy sąsiednim stole. Tak się złożyło, że osoba akurat się na niego gapiła,
a kiedy skrzyżowali spojrzenia nie odwróciła się, nie spuściła oczu, nawet nie
mrugnęła – jakby nie przeszkadzało jej to, ze została przyłapana. Jedyną
kobietą w tym zamku, która się zachowywała wobec niego w ten sposób była Laurissa.
Blaze zwolnił, prawie przystanął na środku Sali, początkowe zdziwienie starając
się natychmiast zatuszować.
Dawno
się już nie widzieli, ale kiedy ostatnio rozmawiali? Wieki temu. Przez chwilę
pozwolił, aby zawładnęła nim ta dziwna nostalgia, którą czuł od rana. Uderzyła
go myśl, której wcześniej nie potrafił wykrystalizować z natłoku innych – czy
będą mieli szansę jeszcze kiedyś porozmawiać, czy wcześniej ich milczenie
rozdzieli przedwczesna śmierć któregoś z nich? W nadchodzących czasach, zdał
sobie nagle sprawę, nie będzie czasu na wahania. Ani na zbyt późne decyzje.
Spojrzenie blondyna przesunęło się tylko odrobinę w prawo, ale tyle wystarczyło
by zauważył Ian’a siedzącego obok Rissy. Dumnie wyprostowany, a w oczach ta
sama tajemnica co zwykle, ta, która tak intrygowała Blaze’a w dzieciństwie, a
teraz nieustannie grała na nerwach. Oboje w niebieskich kolorach, przy
sąsiednim stole, przy którym Hathoway nigdy nie będzie mógł usiąść. Zawrzała w
nim krew. Wszystko to stało się w kilka sekund, chwila melancholii uleciała
bezpowrotnie jak spuszczone powietrze z różowiutkiego balonika.
A
jednak zawahałem się. Głupia laska, która sądzi że może się na mnie bezczelnie
gapić, kretyn udający inteligenta, i ja – niezdecydowany chłoptaś na posyłki
tych u góry, porzucony jak niechciana zabawka, przebiegło mu przez myśl. Zacisnął
pięści tak mocno, że aż pobielały mu knykcie. Myślą że zadowolę się ochłapami
jak jakiś bezpański kundel?
Kilka
sekund później Blaze już siedział przy stole Ślizgonów, plecami do najlepszych
przyjaciół z dzieciństwa. Miał ochotę wrzeszczeć, ale powstrzymał wszystkie
emocje i nawet się nie odezwał, a o wściekłości przemawiała teraz tylko mocno
zaciśnięta szczęka i bezwzględne spojrzenie wbite tępo w ścianę. Ławka
zadrżała, zafurkotała szata rozcinająca powietrze tuż nad jego uchem. Obok usiadł
Rudolf, z drugiej strony przysiadła się Evelyn. Zlustrowała go spojrzeniem i
jak zawsze zdołała w jednej krótkiej chwili prześwietlić na wylot.
-
Ostatnio masz same kiepskie dni – odpowiedziała prosto i zabrała do jedzenia
jakby nigdy nic, chociaż blondyn jeszcze nie zabrał się do ułożenia ust w celu
wypowiedzenia słów: „zły dzień”. Skrzywił się lekko i sam podniósł nóż, ale nie
sięgnął ani po tost, ani po dżem. Po prostu siedział tak bezczynnie i gapił się
w złocony fikuśnie talerz. Rozdrapał ranę, która już dawno powinna się była
zagoić. Poczucie zdrady i świadomość, że został odtrącony – choć to on
przyzwyczaił się do odpychania ludzi – nadal paliły mu ogniem trzewia.
Oczywiście Liv miała rację, jak zwykle, ostatnio chodził cały czas naburmuszony
i tylko warczał na ludzi starających się z nim rozmawiać. Nie zdawał sobie z
tego sprawy, ale już nawet jego zaczynało to męczyć. – Masz okres? – dodała
bezczelnie, uśmiechając się do chłopaka jak najczystsze niewiniątko.
-
Dużo mi jeszcze brakuje do kobiety w te dni – wycedził w odpowiedzi i uświadomił
sobie, że Evelyn tymi kilkoma uszczypliwymi słowami podniosła go na duchu i
poprawiła humor. Nie zrobiła nic szczególnego, a jednak poczuł się lepiej. Na
tyle, żeby obrócić się przez ramię i dyskretnie zerknąć na tamtą dwójkę, która zdawała
się już zapomnieć o sprawie i zatopiła się w rozmowie wraz z Middleton.
Kiedyś to Ian
i Laurissa potrafili w kilku gestach naprawić całe dziecięce zło świata. Ten
czas minął bezpowrotnie, a on postanowił nigdy nie popełnić tego samego błędu. Nie
zdawał sobie sprawy z tego, że tylko w jego wyobrażeniu Krukoni go porzucili. Użalał
się nad sobą, czuł się odizolowany, chociaż prawda była zupełnie inna i całkiem
prosta – sam odepchnął tą dwójkę tak szybko i tak daleko, żeby żadną miarą nie
mogli już do niego sięgnąć.
Głos Liv wyrwał
go brutalnie z rozmyślań.
- Pokój życzeń
o dziesiątej, mój drogi – powiedziała luźno i popatrzyła na niego z ukosa.
- Chcesz się
umówić na randkę?
Oboje się
zaśmiali kpiąco, a Rudolf przewrócił teatralnie oczami.
- Tylko gdybym
cię nie znała – tymi słowami definitywnie zakończyła droczenie się, cała trójka
wstała i ruszyła na zajęcia.
Kilka
godzin później w głowie za mocno mu szumiało żeby mógł zastanawiać się nad
czymś innym niż kolejna szklanka schłodzonej Ognistej Whisky, kolejny palący
gardło łyk złocistego trunku. Świat powoli ale skutecznie wirował sobie dookoła
niego, kiedy pogrążony w rozmowie i śmiechu siedział rozparty na jednej z
licznych kanap znajdujących się obecnie w Pokoju Życzeń. W dłoni jak berło
dzierżył puste szkło, którego jeszcze nie zdążył napełnić kolejną dawką
szczęścia, a obok siedziała oparta o jego tors Alexis. Razem z najbardziej
zaufanym gronem poszerzonym o Leilę i jej koleżankę Annie, gadali o
nieistotnych głupotach, dyskutowali o meczu Quidditch’a – w tym temacie ożywiły
się zwłaszcza Evelyn wpół-leżąca na miękkim fotelu, dumnie wyprostowana Leila
dotąd pozostająca raczej milcząca i obojętna oraz Alex – no i przede wszystkim
pili. Muzyka z zaczarowanych głośników tętniła w powietrzu na tyle głośno, że
trzeba było ją przekrzykiwać, ale właściwie nikomu ze zgromadzonych to nie
przeszkadzało.
Dookoła
wszędzie tłoczyli się uczniowie, gdzieniegdzie dało się dostrzec takich, którzy
o istnieniu alkoholu jeszcze w ogóle nie powinni byli słyszeć, a co dopiero
pojawiać się w takich miejscach. Ale przyznajmy sobie szczerze, kogo tu
obchodziło kilku pijanych dwunastolatków? Na nieoficjalnych spotkaniach w
pokoju wspólnym nawet prefekci mieli wszystko gdzieś, a jeśli któryś nie miał –
zwyczajnie zostawał pomijany przy informowaniu o nadchodzącej imprezie.
-
Zaraz wracam – krzyknął Blaze, przedzierając się przez ostre dźwięki rocka,
które rozbrzmiały chwilę wcześniej, bowiem mikrofonu dorwała się gwiazda, Anthony
Carroll. Wstał i ruszył w stronę wodopoju oferującego alkohol, przepychając się
przez uczniów. Kilka razy ktoś z tańczących potrącił go łokciem, ale było to na
tyle zwyczajne zachowanie, a on sam tak rozluźniony, że nie przejął się tym w
ogóle.
Już
z oddali zauważył sylwetkę dziewczyny. Stała do niego tyłem, ale jej sposobu
poruszania się wyuczył się na pamięć. Zamrugał kilka razy aby upewnić się że
nie ma przywidzeń. Jednak to była ona, niemożliwa do pomylenia. Przez chwilę
blondynowi myśli kotłowały się gorączkowo pod czaszką, starał się zwalczyć
procenty, które już znalazły się w krwioobiegu. Minęły prawie dwa miesiące, a
on nadal stał w miejscu z tą sprawą. Kiedy tylko przypominał sobie jak ważne i
delikatne jest to zadanie, żołądek zacisnął mu się w supeł. Przełknął ślinę i
ruszył wolnym krokiem prosto do niej. Opierała się o blat stołu służącego za barek,
ale nie widział jej twarzy więc nie mógł ocenić w jakim jest nastroju.
Przerwała
gwałtownie w połowie zdania rozmowę z jakimś chłopakiem i odskoczyła, kiedy Blaze
przejechał opuszkami palców po jej skórze od szyi, po ramieniu w dół, aż do
łokcia. Może i był ścisk, ale ten gest był zbyt intymny na przypadek, blondyn
zdawał sobie w tego sprawę i miał nadzieję na taką reakcję. Spiorunowała go
spojrzeniem, ale gdzieś wewnątrz czaiła się niepewność, dobrze ukryta i właściwie
uzasadniona. Abigail mu nie ufała, to było pewne. Była rozsądna, właściwie to
podziwiał ją za to, jak i za nieomylność w ocenie ludzi.
-
Czego chcesz? – zapytała, odzyskując swoje wieczne opanowanie i dojrzałość,
którą przykrywała emocje. Zerknęła w kierunku osoby, z którą rozmowa została
przerwana, Blaze zrobił to samo. I ledwo utrzymał przekleństwo za zębami. Ezra
patrzył na niego z nieukrywaną pogardą spod grzywy włosów opadających na czoło
i uśmiechał się kzywo.
Oczy
Blaze’a zabłyszczały złowieszczo chociaż powtarzał sobie w myślach, że opanowanie
to podstawa. No ale nienawidził tego Krukona, z wzajemnością. Zazdrościł mu. Od
zawsze chciał grać, latać po boisku w świetle reflektorów, być w centrum uwagi,
popisywać się tak, jak to robił Bennett na stanowisku obrońcy. Poza tym stanęła
między nimi Aurora, przez nią rozegrało się pomiędzy nimi wiele kłótni.
-
Chcę cię ukraść temu lalusiowi z włosami, które pewnie układał dzisiaj przed
lustrem dłużej niż my dwoje razem wzięci – odpowiedział słodkim głosem na
pytanie Abigail, znów kierując na nią spojrzenie i uśmiechając się bezczelnie.
Nerwy na wodzy, idealnie. Miał nadzieję, że ten dupek się wścieknie i wszyscy
zobaczą, że nie potrafi panować nad emocjami.
-
Przynajmniej wiem, jak używa się miotłę, nie tylko do zamiatania – dotarła do
niego głośno wypowiedziana uwaga. Na tyle głośno, że kilka osób dookoła nich
przerwało swoje rozmowy, obróciło się do nich i cicho zaśmiało. Blaze Hathoway
nie należał do osób cierpliwych. Nie należał też do odpornych na opinię
publiczną, spokojnych, opanowanych, a już na pewno nie był wyrozumiały.
Twarze dookoła
niego kręciły się wesoło razem z całą podłogą, kiedy jego pięść wylądowała na szczęce
Ezry.
Muzyka zabrzmiała
głośniej, kiedy od uderzenia przeciwnika zadzwoniły mu zęby.
Pobili się
typowo dla dwóch nietrzeźwych facetów na imprezie. Nie było to zbyt widowiskowe
przedstawienie, bo mieli pewne problemy z równowagą i parowaniem ciosów, ale
krew z nosa Ślizgona poplamiła szatę na piersi i podłogę. Rosnące zaczerwienienie
pod okiem Krukona świadczyło, że i on będzie miał pamiątkę po tym spotkaniu.
Ludzie rozstąpili się, Abigail odsunęła się z wyraźnym obrzydzeniem. Zrobiło
się małe widowisko, ktoś nawet dopingował z tyłu tłumu, mimo że pewnie nic nie
widział i nawet nie wiedział kto się bije.
Wszystko
skończyło się równie szybko jak się zaczęło. Blaze odciągnięty przez Liv – niby
kobieta, ale kiedy przychodziło co do czego, okazywało się, że treningi przynosiły
rezultaty – zauważył mimo pulsującego potwornie bólu głowy, jak Ezra dyszy w
ramionach Aurory. Wrzawa, która wybuchła, zaćmiła całkowicie muzykę, a on miał nieodparte
wrażenie, że wszystkie głosy są zwielokrotnione u niego pod czaszką i zlewają
się w jeden okropny hałas. Nos palił go żywym ogniem, ledwo powstrzymał się od
wrzaśnięcia, kiedy rękawem starł bordową ciecz, lekko przy tym go naruszając.
Wypluł na podłogę zmieszaną z krwią ślinę zgromadzoną w ustach i odepchnął rękę
Evelyn. Wymamrotał pod nosem kilka paskudnych przekleństw, obrażając przy tym
kilkakrotnie Bogu ducha winną panią Bennett. W tłumie zauważył twarz MinAh z kpiącym uśmieszkiem, a nieco dalej Katie z
dość grobową miną.
- Czy ty
zamierzasz kiedyś dorosnąć, Hathoway?! – krzyknęła przytrzymująca Krukona Aurora,
piorunując Blaze’a miażdżącym spojrzeniem dającym do zrozumienia jak bardzo nim
gardzi i jak bardzo go nienawidzi. Nie tylko za to, co właśnie zrobił jej
przyjacielowi. Walczyła jak lew o tych, na których jej zależało choć nie
radziła sobie z walczeniem za siebie.
- Wtedy, kiedy
ty przestaniesz być dziewicą – odwarknął w jej kierunku i odwrócił się z
zamiarem odejścia.
Poczuł się
nagle wyczerpany, ból obezwładnił mu kończyny i odebrał zdolność logicznego
myślenia, ale furia nadal czaiła się w jego myślach i gestach. Nadwyrężył sobie
bark, bo nie mógł podnieść lewej ręki wyżej niż kilkanaście centymetrów, poza
tym docierały do niego coraz to nowsze informacje od ciała o stłuczeniach i urazach.
Nie musiał się przepychać, bo właściwie tłum sam się od niego odsuwał. Już był
przy drzwiach na korytarz, kiedy koło niego pojawiła się Abigail. Starał się
powstrzymać odruch wymiotny, jaki nagle wstrząsnął jego ciałem po spożyciu zbyt
dużej ilości alkoholu.
- Co to miało
być? – syknęła złowieszczo, krzyżując ręce na klatce piersiowej i zagradzając
mu drogę do wyjścia. Westchnął i znów splunął krwią na podłogę, nic sobie nie
robiąc z wysoko uniesionych brwi dziewczyny. Fuknęła głośno. Muzyka nadal
dudniła, większość już zapomniała o całej sprawie i wróciła do zabawy.
- My – zaczął,
nie kryjąc się z popieraną stroną w nadchodzącej wojnie – tak sobie radzimy z
tymi, którzy stają nam na drodze. Nie ma zniewagi, którą można przepuścić i nie
ma winy, którą można wybaczyć. Nie chowamy się, nie staramy się zapewnić
bezpieczeństwa innym. My atakujemy, żeby zlikwidować źródło zagrożenia –
odpowiedział cicho stalowym głosem, celowo nawiązując do sytuacji dziewczyny w
rodzinie. Miał nadzieję że to podziała, że ta informacja o jej ojcu, Śmierciożercy,
którą dostał nie tak dawno temu, zagra na jej czułej strunie. Nie było już
czasu na zabawę, nie było miejsca na delikatności. Postanowił zrobić to, co
robił zawsze odkąd tylko pamięta: zaatakować.
Chyba
podziałało, bo przez chwilę zdawało mu się, że zadrżała jej warga, choć mogło
to być tylko przywidzenie spowodowane wycieńczeniem. Odwrócił się i wyszedł,
zostawiając ją samą z tymi brutalnymi słowami.
Zwymiotował
jak tylko dotarł do łazienki w dormitorium.
______________
No to leci mój
post c: proszę o wyrozumiałość jako że naprawdę dawno nie pisałam ;-; Mam
nadzieję że muzyka wam pasowała i dobrze się bawiliście :d
Niestety niektórych tak tylko wymieniłam z imienia, a i tak było ciężko zmieścić.
PS. Przepraszam za tytuł, nienawidzę tytułów ._.
No to przystępuję do komentowania, bo jak sama wiesz wyczekałam się na Twoją pracę całkiem długo. Chociaż reklamowałaś, ją głośno, to niestety reklama ta miała najwyraźniej na celu jedynie mnie zbałamucić, bo to, co przeczytałam na pewno chłamem nie jest!!! Za TAKĄ ZŁĄ REKLAMĘ masz minus! Jakiś muszę mieć, a to jedyny chyba... no dobra, nie będę udawać takiej miłej i przejdę do obiektywnej analizy xP
OdpowiedzUsuńPodoba mi się wplatanie przez Ciebie bohaterów w sposób w którym nawet Twoja postać nie ingeruje w to, co Ci bohaterowie robią. Daje to wrażenie wielkiej swobody opisowej, a jeśli trudno zrozumieć moje słowa, to już tłumaczę. Szczególnie spodobał mi się opis jego dziewczyny rozmawiającej z tym fagasem. Blaze nie musiał tego widzieć, aby czytelnik dowiedział się, jak wygląda relacja tamtej dwójki. To sprawia, że rodzi się pewne napięcie, odbiorca zastanawia się, czy bohater w końcu pozna prawdę, a jeśli tak, to jak zareaguje? Myślę, że tym samym budujesz relacje odbiorcy z piszącym, w której ten pierwszy nie czyta bo musi, ale czyta, bo chce.
Teraz przejdę do swojej postaci, jeśli pozwolisz. Co prawda niewiele Rissa zrobiła, ale jedynie w płaszczyźnie "robić coś = mówić". Tak naprawdę oddałaś wiele przez samo to, jak Laurissa nie odwróciła spojrzenia, ta chwila i charakterystyczne zatrzymanie czasu, które uzyskałaś przez to, że Blaze zwolnił napełniło kilka linijek tekstu naprawdę wielkimi emocjami.
Chciałabym już kończyć, żeby nie pieprzyć od rzeczy. Cały klimat na duży plus, ale też brak sztuczności, bo to w końcu młodzi ludzie, więc humor był cudowny! W dodatku masz tutaj podobny talent do Cho mieszania tej podniosłej atmosfery z luźniejszymi wstawkami. Poza tym najbardziej podoba mi się ostatnie zdanie. Kocham Cię za nie <3 Cała problematyka, kłopoty z przyjaciółmi, z dziewczyną, osamotnienie, dogryzanie, bójka, misja do wypełnienia... ogrom spraw, które mogłyby uczynić z Blaza postać "nadczłowieka", a tym samym postać sztuczną... jednym zdaniem udowodniłaś, że jest jak najbardziej autentyczny... cały klimat poszedł pizdu, zostały realia... nie realia problemów, ale normalnego ucznia... upił się i dupa, zwymiotował. Bo to nie tylko przyszły Śmierciożerca, to też człowiek.
Naprawdę dobra praca, jestę dumna *^*
Dzięki Deny, tak mi się morda cieszyła jak czytałam twój komentarz, że sobie nie wyobrażasz ;-; cieszę się że tak to wyszło, bo bałam się szczerze, że zrobię z niego superbohatera, to chyba mój odwieczny problem x.x
UsuńDziękuję, dziękuję, dziękuję, jesteś niezawodna *Q*
Chciałabym zacząć od apostrofy do blogspota, która będzie skromnym wyrażeniem moich uczuć wobec jego postępowania. WAL SIĘ! Od dziś wszystko będę pisać w Wordzie i dopiero publikować!
OdpowiedzUsuńWracając jednak do Twojego rozdziału, Val. Mój komentarz niestety nie będzie taki jak poprzedni, czego niezmiernie żałuje.
W pierwszej części pokazałaś nam duszę Blaze'a, do którego od razu poczułam niezmierną sympatię. Najbardziej zaskoczył mnie związek z Alex. Wiedziałam, że to nie będzie love story, ale ich relacja jest zupełnie zimna. Typowo ślizgońska zresztą. Pokazałaś, jak bardzo chłopak czuje się zdradzony i samotny. Wybudował i chyba wciąż buduję mur wokół siebie, którego nie pozwala przekraczać. Jest taki zamknięty w sobie i nieufny, co ukrywa pod maską tradycyjnego Ślizgona.
A drugą częścią, byłam jeszcze bardziej zachwycona. Włączyłam muzykę i już byłam w Hogwarcie, na tej imprezie. Kiedy tylko Blaze powiedział, że zaraz wraca, już wiedziałam, że idzie w kierunku Abigail. Czułam to po prostu i wzięłam kilka głębszych wdechów, zanim wznowiłam czytanie. Bałam się tego spotkania i jak to się potoczy. Dotyk Ślizgona zupełnie mnie zaskoczył, pewnie jeszcze bardziej niż moją bohaterkę. Razem z nią czułam ten dreszcz i wiem, że Ab długo jeszcze będzie pamiętała ten moment. Nie wiem czy to było zamierzone, czy ja opacznie zrozumiałam słowa Hathoway'a, ale odebrałabym to jako próbę flirtu, gdyby nie to, że byli do siebie dość negatywnie nastawieni. Szybko jednak ściągnęłaś mnie na ziemię ostatnimi słowami Ślizgona. Zrobiłaś w głowię Abigail niezły mętlik.
Co do formy, stylu i języka to Deny napisała to w taki sposób, że nawet nie będę próbowała tego przebijać. W pełni się z nią zgadzam.
A ja się bałam jak ci się to wszystko przypadnie do gustu i czy nie przesadziłam.. Ale skoro jest w porządku to nawet bardziej niż - cieszę się okropnie! <3
UsuńNiech no ja się zastanowię, od czego zacząć, bo już taaaak dawno nie komentowałam nic, no może poza wcześniejszym rozdziałem. Dlatego ciężko mi się za to zabrać, co nie ;-;
OdpowiedzUsuńA więc: zacznę od cytatów, które nawiążą do poszczególnych tematów, które chciałabym poruszyć.
„Czy kiedyś myślał o cudzej śmierci? Codzienne. „
Bałaś się, o ile pamiętam, że nie uda Ci się wymieszać ironii w tym rozdziale żeby nie wyszło na to, że gloryfikujesz bohatera. Myślę, że pewnymi chwytami słownymi, które znajdujemy w rozdziale pokazałaś nam, że Blaze, chociaż ma o sobie wysokie mniemanie i tak zostaje odbierany peszez świat w rzeczywistości nie jest żadnym Garym Stu, na którego kreację nie da się patrzeć. Właściwie jest wręcz przeciwnie – wydaje mi się, że w pewnym momencie złościłam się na jego zachowanie, a później uśmiechnęłam się kiedy coś powiedział i na końcu było mi smutno i żal – chociaż nie wiem czy emocje pojawiały się w tej kolejności dokładnie.
„Ale Blaze się nie odwrócił, nie zerknął przez ramię ani nie zatrzymał. „
W ł a ś n i e o to chodzi w pisaniu jako narraor wszechwiedzący. Dałaś mi poczucie, że cholera chociaż Blaze jest głównym bohaterem rozdziału, to mimo wszystko nie jest to rozdział tylko o nim. Myślę że powinnam się od Ciebie uczyć lamo .--.
„Myślą że zadowolę się ochłapami jak jakiś bezpański kundel? „
Właśnie zdania takie jak to świadczą o genialnym charakterze bohatera. I Ty Ty … Ty … .A. Ty mówiłaś, przypominam, że nie umiesz o nim pisać .w.””””
Nie muszę już chyba dodawać, że dialogi są genialne, kilka razy czytałam zwłaszcza te, któe Blaze prowadzi z Liv. Naprawdę dobrze, bardzo dobrze wyszło Ci poprowadzenie postaci dodatkowych (zwłaszcza) Abigail, Liv, Rissy i ostatecznie Ian'a. Niby tak niewiele, ale serce wali jak szalone kiedy o nim czytam, o tej ich relacji, którą pięknie opisałaś i serce mi się kraja za tych dwóch debili ; ///// ;
Co najważniejsze – nie ma gloryfikacji. Niech Ci będzie chwała! Nie gloryfikujesz Blaze'a w żadnej sytuacji, a bójka jest dobrym pretekstem, żeby wypchnąć swoją postać na prowadzenie. Mimo wszystko naturalistyczny wręcz sposób opisywania zdarzenia uderzył mnie jak chłodna bryza w gorący dzień...~ _/( * A * )/^
Uwielbiam Blaze'a, ogłaszam że to mój męsz ;////;
Mój męsz!
Ech, bracie. Trochę się rozpisałam, jasne. Ale klucz w tym, żeby pokazać Ci, że brakuje Ci wiary we własne możliwości .-. Powinnaś znać wartość tego, jak i z jakim skutkiem piszesz, a nie wiecznie uważać że wszystko jest źle. Więcej wiary w siebie! Lecę oceniać i pogonić ludzi do komentowania! : D
„- My – zaczął, nie kryjąc się z popieraną stroną w nadchodzącej wojnie – tak sobie radzimy z tymi, którzy stają nam na drodze. Nie ma zniewagi, którą można przepuścić i nie ma winy, którą można wybaczyć. Nie chowamy się, nie staramy się zapewnić bezpieczeństwa innym. My atakujemy, żeby zlikwidować źródło zagrożenia „
MÓJ MĘSZ *////////////////////////////*
Najlepszy cytat – bez dwóch zdań, wygrał życie, wygrał wszystko~~!
Jesteś taka super, nie wierzę, czytałam ten komentarz z milion razy (z resztą inne też, bo chyba lubię się w ten sposób dowartościować xD) ;-; DZIĘKI bracie, czekałam na ciebie ;____;
UsuńCieszę się że ostatni wywód ci się spodobał, mi też nawet się podoba ^ ^
(Tościk... znowu >V>)
OdpowiedzUsuńBardzo mi się podoba postać Blaze'a... świetnie go przedstawiłaś, nie ma się wątpliwości, co do tego, co siedzi w jego głowie, a przynajmniej do tego stopnia, co on nie ma wątpliwości. Świetnie wykorzystałaś narrację, pokazując punkty widzenia różne od głównego bohatera, uświadamiając jego nieomylność. Świetnie napisane dialogi, monologi... wszystko właściwie. No nic. Po prostu chce się czytać :D
Dziękuję Tościku, bardzo mi miło to czytać, chyba utonę w pochlebstwach : D
UsuńOkej, uwielbiam ten rozdział i Blaze'a. Podoba mi się to, jak pokierowałaś postacią Liv, nie nadużyłaś jej. Dialogi oczywiście rozłożyły mnie na łopatki, wybuchnęłam śmiechem przy wzmiance o okresie. Cholera, zazdroszczę Ci tej lekkości z jaką piszesz. ;_;
OdpowiedzUsuńOgromną zaletą tego rozdziału jest akcja. Dużo się dzieje, nie ma tej codziennej monotonii, czytam i momentami wstrzymuję z wrażenia oddech. Genialne opisy, wiele dobrych cytatów, a co najważniejsze - to o czym wspomniała już Choco - zachowałaś realizm, nie zrobiłaś z Blaze'a herosa.
Co mogę jeszcze powiedzieć, skoro dziewczyny ujęły wszystko w swoich komentarzach?
Świetnie Ci to wyszło, z przyjemnością wracam do tego rozdziału.
Superowsko, chciałam żeby Liv wyszła na taką najlepszą znajomą z którą rozumieją się bez słów, ale często sobie dokuczają c:
UsuńDziękuję <3
Nigdy nie wiem co napisać, bo prawdziwy ze mnie #JanuszKomentarzy, zawsze takie krótkie so .___. Ale kochany kierowniku złoty, postaram się ująć wszystko jak najlepiej - treściwie w każdym bądź razie. *^*
OdpowiedzUsuńZawsze wiedziałam, że piszesz cudownie, no ale jak można pisać AŻ TAK DOBRZE? Normalnie zazdrość razy milijon. Dzięki temu rozdziałowi mogłam poznać dobrze Blaze'a, wczuć się w jego sytuację i zacząć rozważać sprawy zupełnie jak on. Miałam wrażenie, że jest z niego typowy Ślizgon, przekonany o swojej potędze i wartości, ale później doszłam do wniosku, że jest on w gruncie rzeczy samotny i zagubiony. Miałam ochotę na bro hug ;-;
A teraz już poważniej - jestem zachwycona ilością akcji, realizmem postaci, bogactwem i naturalnością dialogu - innymi słowy wszystkim czego potrzeba do stworzenia naprawdę dobrego rozdziału. Jestem też zachwycona, że znalazło się miejsce dla Ezry, no co za kozak z niego to ja odkryłam niewiem XD I tekst do Aurory mnie rozłożył na łopatki, się uśmiałam nieźle *^* W ogóle dziękuję, że znalazło się dla niej miejsce w tym rozdziale. <3 Bardzo dobrze oddałaś zachowanie mojej bohaterki, co jest tylko kolejnym powodem do radości.
Jedyny minus - dlaczego ten rozdział musiał się skończyć, pytam się? Mogłabym czytać dalej, a teraz muszę czekać, aż znowu będzie Twoja kolej! Najgorzej ;-;
To oczywiście był suchar, bo nie ma minusów żadnych *^* Czekam niecierpliwie na kolejny rozdział oczami Blaze'a, gratuluję świetnej roboty i pozdrawiam ciepło bambusie. <3
E tam że krótkie, przecież to tylko wypowiedzenie się na temat a nie całe poematy i w ogóle .3.
UsuńDziękuję namiestniku najkochańszy, tak się cieszę że przypadł ci do gustu ;3; sama już się topię od komplementów xd
Muah <3
Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńW sumie to ja też nie jestem zbyt dobra w pisaniu komentarzy, a na dodatek wszystko o czym mogłam wspomnieć zostało powiedziane, a ja mogę się jedynie pod tym podpisać, ale jest jedna rzecz, która szczególnie mnie zachwyciła.
OdpowiedzUsuńKreacja twojego bohatera. Nawet nie wiesz jak miło dzięki niemu czytało mi się ten rozdział. Często się w książkach spotykam z sytuacją, gdzie narrator informuje, że główny bohater ma prawo się zachowywać jak chce i mamy go wielbić bo jest głównym bohaterem. Często pojawia się też usprawidliwianie zachowania głównego bohatera (np. To nic złego, że uderzył kolesia, bo ten gościu był zły). Nawet nie wiesz o ile piękniejsze stało się moje życie, kiedy czytałam jak Blaze zachowywał się jak gówniarz i nie było to usprawidliwiane ani też nie wmawiano, że tak powinno się zachowywać, ba! Ty nawet pokazałaś, że nie jest nieomylny. Również świetnie napisane są dialogi, zdołałaś też wpleść do rozdziału mnóstwo postaci, w tym moją Leilę za co ci dziękuję <3
Podsumowując brawo! Serio, zasłużyłaś ;*