Czy
ten cień naprawdę prześlizgnął się po podłodze? - pytały
później duchy, które nocną porą spacerowały po korytarzach i
postacie na obrazach wybudzone szelestem kroków ze swojego
obrazowego snu. Czy ktoś przebiegł tamtędy, czy to tylko cień
wysokich sosen rosnących wokół zamku i zaglądających w jego
strzeliste, gotyckie okna zatańczył w świetle księżyca? Tam,
przed momentem. Nie widziałeś? Nie, nawet nie szukałeś. Na
kamiennej posadzce odbijało się mętne, zupełnie jakby nabrało
ludzkich cech i stało się leniwe, sączące się wolno światło
księżyca. Wysokie arkady, prastare sklepienia korytarzy i sal
łączących rozstaje dwóch dróg jednak nie były tak wyrozumiałe
dla cienia. Odbijały subtelne dźwięki ze znaną sobie ostrością i
bezwzględnością. Jeśli ktoś ukrywał się w mroku, nie mogły
dostrzec go oczy. Jeśli zaś przemykał się pod kolumnadą, nie
mogły ukryć go dźwięki.
Duch
odwrócił leniwie głowę, ale nie dostrzegł nic swoim okiem. Dama
na obrazie obruszyła się delikatnie, ale nikt nie zwrócił na nią
uwagi, nawet za życia była straszną panikarą. I gorąco
zarzekała, że jakiś mężczyzna oparł się przed chwilą o jej
stół, prawie wywrócił misę z owocami stojącą nieopodal. Inne
postaci na obrazach, w tym przeraźliwie chudy, wręcz wysuszony
mężczyzna, obdarzyły ją spojrzeniami pełnymi politowania i
zapadły w swój sen. Takim sposobem cień zniknął niezauważony z
południowego skrzydła zamku.
Przemykał
się dalej, niepowstrzymany przez kolorowe szkło witraży, przez
które przeciskały się smugi księżycowego blasku nasączonego
barwnikiem. Ślizgał się po kamiennych, chropowatych ścianach, nie
zatrzymywał się nawet na moment, jakby wcale nie bał się, że
ktoś może go przyłapać i rozpoznać. Nie oglądał się za
siebie. Kiedy chciał wbiec jednak na dziedziniec i przemknąć dalej
swoją drogą, jego czar prysł. Tajemniczy czar cienia rozmył się
zupełnie jak ciemność na którą rzuci się ostre światło
latarki. Okazało się dopiero na zalanym blaskiem dziedzińcu, że
cienie są ludźmi. Należały do dwójki uczniów. Nie był to
niestety nikt specjalny, nie byli to zakochani uciekający przed
niepożądanym wzrokiem... Przynajmniej nie do końca. Nie uciekali
przed szlabanem, nie gonili swoich marzeń, nie robili czego tylko
chcieli.
To
było o wiele bardziej prozaiczne. Ta dwójka spieszyła się na
zajęcia z Astronomii, mając nadzieję że ekscentryczny nauczyciel
nie zauważy spojrzenia – nigdy nie zauważał, ale tym razem
przygotowali się lepiej i nawet mieli wymówkę.
-
Powtórz jeszcze raz – poprosił chłopak, chociaż nie była to
żadną miarą prośba. Spojrzeli na siebie porozumiewawczo, Liv
mruknęła z niezadowolenia, Ian ściągnął brwi. Byli już u stóp
wieży astronomicznej i zostało im kilkadziesiąt schodów do
przejścia. Drobne gesty, które wymieniali nie były wcale niczym
nowym, tak właśnie się komunikowali od... Od zawsze.
-
Zatrzymały nas zajęcia dodatkowe i zadania domowe – powiedziała
w końcu, na co Ian nie musiał nawet dodatkowo naciskać, po czym
zmarszczyła lekko nosek. To zaskakujące, że właśnie w tym kiedyś
się zakochał, w tym jednym geście z szerokiej ich gamy.
I
nagle nabrał ochoty, żeby nie wywiązać się z umowy, żeby
powiedzieć coś innego. Kiwnął jednak tylko głową, nie
komentując tego w żaden sposób. Odwrócił spojrzenie i nikt nie
wiedział czy po prostu nie bał się nadal patrzeć na nią zbyt
długo.
-
Myślę że on nawet nie wie co to praca domowa... - dodała nagle w
zamyśleniu Evelyn, podążając za kolegą który wyprzedził ją
już o pół piętra schodami na zajęcia.
U
góry Astronomia trwała już w najlepsze i wszyscy, którzy się na
nią zapisali stali w niewielkich grupkach przy teleskopach,
oglądając gwiazdozbiory i szukając zadanych ciał niebieskich. Ian
i Liv weszli ostatni, niemożliwym było niezauważenie ich
spóźnienia. Chłopak od razu, zupełnie instynktownie jak dziecko
szukające aprobaty u rodzica, powiódł spojrzeniem po zebranych i
nie spoczął, dopóki spojrzenie nie padło na Blaze'a. Jego wzrok
– lodowaty – oraz wyraz twarzy – surowy i zły - mówiły
wyraźnie, że jego nastawienie do Iana nie zmieniło się w ciągu
tych kilku godzin. Ramsay nawet nie podejrzewał, że to się stanie,
ale najwidoczniej nadzieja była silniejsza. Nie było czasu na
dłuższą milczącą chwilę, bo obok pojawił się zataczający się
lekko Cooper, podtrzymujący się balustrady, która niezbyt dobrze
chroniła go przed ewentualnym osunięciem się w przepaść.
-
Wolna miłość, profesorze – powiedział Ian bezmyślnie,
wzruszając ramionami.
Nie
oczekiwał, że wymówka zadziała, ale jednak - twarz Caspera
zajaśniała niebezpiecznym blaskiem, przybrany wyraz twarzy był na
swój sposób piękny i upiorny. Liv, zupełnie zaskakująco mocno
jak na kobietę, uderzyła Iana w bok, kiedy rozdzielali się, by
odejść do swoich znajomych w przeciwnych końcach sali. Ale
wiedział, że nie jest zła. Evelyn w jego oczach zawsze była równą
dziewczyną. Pewnie będą się później śmiali z tego, co tak
niespodziewanie wypalił.
Rano
obudził się wcześnie, niezwykle dla niego wcześnie. W noce, kiedy
wypadała Astronomia nigdy nie wstawał na śniadanie i pierwszą
lekcję, a jednak dziś Ian obudził się nagle, wyrwany z letargu w
jaki zapadł wieczorem. Nie czuł zmęczenia. Coś mu się śniło,
ale nie miał pewności co to takiego, jak nieuchwytne marzenie
wymykające się z palców, jak niewypowiedziana i zapomniana prośba.
Był zirytowany, wyraźnie zły, że nie może sobie przypomnieć
snu. I pomyślał o ojcu, niespodziewanie i niecodziennie. Pierwsze
co widział pod zamkniętymi powiekami to jego twarz, niezbyt
przyjemna do oglądania i siwiejące włosy wyrastające rzadko z
wysokiego czoła.
Myślałeś
kiedyś o tym, że dowiadujesz się że umierasz? Nie że umrzesz za
kilka lat, nie że kiedyś tam w ogóle cię to czeka. Że umierasz
teraz, zginiesz za chwilę, że to jest właśnie koniec. Ostatnie
minuty i ta zupełna bezsilność, złość. A jeśli przeżyjesz tak
całe życie, w tej grząskiej jak bagno beznadziei? Czy to można
nazwać życiem, to co przeżywał mój ojciec? Czy to jest życie,
które ja teraz będę przeżywał? Taka myśl, ulotna jak
przemijające właśnie za oknami lato zagościła w głowie Iana,
który nie był już pewny czy nadal nie śni. A później obudził
się Marcel i rozmyślanie pękło jak zbyt cienki lód po którym
próbuje się stąpać albo jak obraz rozmazujący się jak na
tafli wody, kiedy powieje mocniejszy wiatr.
Cienie,
które tworzyło na podłodze słońce nie mogące na dłużej
przebić się przez chmury przypominały wykrzywione makabrycznie
maski na ludzkich kiedyś twarzach, wydłużały się i skracały
ohydnie i w końcu Ian poderwał się, nie mogąc dłużej się w nie
wpatrywać.
W
pokoju wspólnym pojawił się z kilkoma innymi uczniami wychodzących
ze swoich dormitorium i w wyniku tego zmieszał się z irytującym,
wartkim tłumem, który zmierzał na śniadanie. Nadal nie czuł się
dobrze. Był zirytowany i niecierpliwy, ale kiedy spojrzenie padło
na postać siedzącą w swoim fotelu rozluźnił się lekko. Rissa
patrzyła na niego już z daleka, jakby właściwie czekała z
książką w rękach na jego pojawienie się. Ukłuło
go poczucie niesprawiedliwości, zupełnie znikąd. Razem udali się
bez słowa na śniadanie, obdarzani zainteresowanymi spojrzeniami, a
może tak tylko się chłopakowi wydawało. Wbrew wszelkim pozorom
lubił być w centrum zainteresowania a myśl, że uczniowie mogli
domyślać się czy ta dwójka jest parą czy też nie przyprawiała
go o dreszcz emocji. Oboje byli chyba w nie najlepszych
nastrojach do rozmowy i to „oboje” łączyło ich dzisiaj silniej
niż kiedykolwiek wcześniej. Nie czuli potrzeby wypytywania, o co
chodzi, bo wiedzieli, że pytanie siebie o to nawzajem nic nie da.
-
Usiądziemy? Czy będziesz się tak gapił na innych przez całe
śniadanie? - mruknęła dziewczyna kiedy stanęli jak dwa słupy
soli w wejściu do wielkiej sali, jak zwykle przemawiając głosem
rozsądku. Wydawała się w tym jakaś nieobecna.
Przy
stole sytuacja wcale się nie polepszyła. Spojrzenie Iana padło
prosto na Ryana i już wiedział, że ten dzień nie mógł zacząć
się gorzej. Miał ochotę powiedzieć coś naprawdę paskudnego i
wyładować się na tym lizusie, nie, najlepiej przywalić mu za sam
wyraz twarzy, ale obok była przecież kapitan drużyny i nie
pozwolił sobie na cięte słowa, podobnie jak jego przeciwnik.
Odwrócił spojrzenie na twarz osoby kilka miejsc dalej i uśmiechnął
się uprzejmie, ale był to uśmiech wymuszony, Aurora z pewnością
o tym wiedziała. Nie miał ochoty na większy cień udawanej
radości.
Nastrój
w sali był ponury, co dało się wyczuć od samego przekroczenia jej
progu i teraz dopiero Ian pomyślał, patrząc lekko w górę, że
najlepszą ozdobą sufitu byłaby czarna chmura i siąpiący z niej
prawdziwy deszcz. Czuł się jakiś nieprzyzwoicie zgorzkniały i nie
miał ochoty odzywać się nawet do żadnej z koleżanek. Zbliżał
się pierwszy w tym sezonie mecz, zbliżał się wielkimi krokami i
Rissa naciskała na częste treningi, kłócąc się jak prawdziwa
lwica o wolny stadion. Jemu w głębi duszy wszystko było jedno, a
może to przez ten cholerny dzień tak właśnie się wydawało.
-
Mam sprawę dotyczącą qui... - zaczęła blondynka nagle,
zabierając się za śniadanie, którego i tak w ostatecznym
rozrachunku nie zje. Przerwała jej bezczelnie jedna z młodszych
uczennic, potrącając łokciem. Ramsay powiódł swoim spojrzeniem
za jej wzrokiem, ale dziecko zniknęło w tłumie napływających do
sali uczniów. - Co za dzieci. Do rzeczy, właśnie miałam...
Wyglądało
na to, że nie będzie dane jej skończyć, przynajmniej dopóki
pewien uczeń, w myślach Iana nazwany już kretynem kilkakrotnie,
nie przestanie zapuszczać żurawia z przeciwnej strony stołu i tym
samym irytować jeszcze bardziej rozeźlonego Iana.
-
Chyba porozmawiamy kiedy indziej, Riss. Ryan jest zbyt tępy i,
udając że nie nadstawia uszu żeby podsłuchać, nie ma pojęcia,
że wygląda jak zupełny debil – wypowiedział to słowo ze
zjadliwym z naciskiem, patrząc w jego stronę przelotnie, jakby bez
zainteresowania, a jednak miał ochotę rzucić na niego
niewybaczalne zaklęcie – nachylając się tak bezceremonialnie nad
stołem. Jakiś problem, kolego?
-
To ty będziesz mieć problem jak będziesz się zwracał do mnie
takim tonem. Kretyn skończony.
W
tej sytuacji pewna była jedna rzecz – ktoś rzuciłby się na tego
drugiego, osoba o słabszych nerwach. Dzisiaj byłby nią Ian, w
którym odezwał się jakiś pierwotny, ohydny i zwierzęcy instynkt,
ale ktoś pojawił się za jego plecami, kątem oka dostrzegł blond
włosy.
- Dzisiaj masz pierwsze zaklęcia, prawda? Ja też mam zajęcia w tamtej części zamku, chodźmy –
powiedziała łagodnie Aurora, kiedy już przywitała się z Rissą,
zakładając włosy za ucho.
Musiała
widzieć, co stało się przed chwilą i że za moment zrobi się
tutaj nieprzyjemnie. Zawsze miała takie właśnie wyczucie chwili i
przychodziła z pomocną dłonią, chociaż Ian nie zdawał sobie
sprawy z tego, że nie znalazła się tutaj przypadkiem. Ani że to
nie była wcale rzucona luźno przez nią propozycja tylko instynkt,
który kazał pomóc. Na chwilę między wszystkimi narosło
nieprzyjemne uczucie, wyczuwalne napięcie.
Nie
wiadomo jak długo Ian patrzyłby raz na Rissę, raz na Aurorę i
między tym zerkał jeszcze na Ryana, zastanawiał się jak wydostać
się z tego otępienia, gdyby nie impuls rozsądku. Najlepiej
odpuścić, odejść. Skinął głową, wstał, nie spojrzał już na
chłopaka po przeciwnej stole stołu.
-
Do zobaczenia, Riss. Na treningu.
Po
tych słowach ramię w ramię z Aurorą ruszył do wyjścia z sali.
muzyka (tylko pierwszy utwór)
Zatrzymał
ich huk otwieranych okien, sprawił że nogi przyrosły do ziemi i
odmówiły posłuszeństwa, kiedy całe mnóstwo sów ogromnym kłębem
wdarło się do pomieszczenia. Rzucały karykaturalne cienie na
ściany i podłogę kłębiąc się pod sufitem, pikowały w dół,
kiedy odnalazły właściwych uczniów. Ian zamarł z wyrazem
wyczekiwania na twarzy, z rodzajem ekscytacji, a Aurora - raczej
przerażenia. Przy stole nauczycielskim zapanowało poruszenie, na
którym chłopak nie zatrzymał spojrzenia. Czuł, że wie już co to
oznacza, że wie więcej niż inni i więcej rozumie. Cała ta
atmosfera dzisiejszego dnia, te ciemne chmury i ten... Cień. Ten cień
ptaka który rósł bardzo szybko przed jego stopami w miarę jak
szara sowa opadała w dół. Spłynął po posadzce i stał się
wyrazem ekscytacji, rosnącego zniecierpliwienia. Wiedział, co
będzie w liście. Otaczały go z każdej strony przerażone, blade
twarze, usta rozwarte jakby do krzyku, ale nie wydostawał się z
nich żaden głos. Oczy, w których zbierały się niebezpiecznie
szybko łzy. Twarze zastygłe w zgrozie.
Cisza.
I wybuch gwaru głośniejszego niż kiedykolwiek dotąd. Kłębiące
się sowy, które w oczach Iana wyglądały jak stado kruków
krążących nad dawno wybraną ofiarą. Zadrżał, wziął w dłonie
gazetę. Otworzył na pierwszej stronie, przeczytał nagłówek. Nie
musiał czytać, ale to zrobił.
Fala
niezwykle okrutnych zabójstw okrąża państwo!
I
kolejny, na następnej stronie.
Nikt
nie czuje się bezpieczny, ciągle pojawiają się nowe ofiary!
Czarodzieje
mugolskiego pochodzenia w niebezpieczeństwie
Chaos.
Kolejna strona, kolejna i kolejna. Przewracał je szybko, jak
szalony, drąc przypadkiem niektóre kartki. Patrzył inteligentnymi,
błyszczącymi oczami. Chaos. Jak w wielkiej sali, gdzie nagle
zapanowała niesamowity hałas. Śledził wydarzenia, czytał
pobieżnie. W świecie czarodziejów panował chaos. Taki, który
miał wybawić go od życia w monotonii, który miał sprawić, że
będzie dostrzeżony, że stanie się lepszy nawet niż jego bracia,
niż ojciec, matka, niż wszyscy.
W
pierwszym odruchu podniósł wzrok na stół Ślizgonów. Widział
doskonale Blaze'a, widział pomimo odległości jego reakcję, drżące
dłonie, wyraz satysfakcji, uśmiech taki sam jak u niego samego. Ale
Blaze nie patrzył na niego, nie byli już przyjaciółmi. Widział
Liv, której wyraz twarzy nic nie zdradzał. A później spojrzał na
stół Gryfonów, jego spojrzenie przecięło się ze spojrzeniem
Aarona. Satysfakcja, wyraz który na chwilę zagościł na twarzy
Ivana mówił zbyt dużo i w zbyt oczywisty sposób. Aaron nie mógł
wiedzieć zbyt wiele, bo reszty czego nie wiedział prędzej czy
później by się domyślił. Odwrócił wzrok. W końcu zerknął
też na swój własny stół i patrzył prosto w oczy Rissy, które
były zupełnie puste, twarz wyprana z wyrazu. Przejąłby się tym,
gdyby nie fakt, jak bardzo był podekscytowany. Starałby się
zmienić wyraz fascynacji na swojej twarzy gdyby nie to, że nie
panował nad sobą wcale.
I
miał niejasne wrażenie, że ukrywa go w tym momencie przed
niepożądanym, zbyt wiele widzącym wzrokiem ten sam cień, przed
którym uciekał dzisiejszego ranka.
Ian
opuścił dłonie, w których miął gazetę i spojrzał przez ramię
do tyłu. Dopiero wtedy zorientował się, że Aurora trzyma go za
materiał szaty, że drgnęła lekko patrząc na jego twarz.
Oprzytomniał na tyle, żeby uświadomić sobie, że czytała gazetę
zza jego pleców. Spojrzał w stronę Blaze'a, miał to w zwyczaju.
Ten jednak rozmawiał cicho z jakimś Ślizgonem. Rissy nie było.
Aaron na niego nie patrzył. Kilkoro uczniów z Hufflepuffu łkało,
ktoś zawodził. Zorientował się dopiero teraz, że dla większości
to wcale nie radosne nowiny i uderzyło go to niczym silny i dobrze
trafiony cios. Odwrócił się energicznie, złapał przyjaciółkę
za ramiona, ale zdawał sobie sprawę z tego, że widziała uśmiech,
widziała satysfakcję. Przerażał ją tym podejściem, nie była
głupia, wiedziała co właśnie się stało.
-
Nic mi nie jest – mruknęła, spuszczając spojrzenie.
-
Powinniśmy stąd wyjść.
Tak
zadecydował i tak zrobili. Nie puścił jej dopóki nie znaleźli
się za drzwiami, a tam niespodziewanie i zupełnie niepotrzebnie
natknęli się na pałkarkę Puchonów, która dopiero zmierzała do
sali, zapewne trenując wczoraj do późnej nocy przed ich pierwszym
meczem z Gryfonami.
-
Jak matkę kocham, ciebie tylko tutaj brakowało, Chinko – rzucił
zajadle stając oko w oko z Nam. Naprawdę nie miał ochoty na
kłótnie, ale nie powstrzymywał się. Zebrało się w nim tyle
emocji, które przepływały swobodnie, że prawie zapomniał o
potrzebie oddychania. - Lepiej idź zobacz, co dzieje się w wielkiej
sali.
MinAh
spojrzała na całą sytuację w sali wyjściowej wzrokiem nie
znoszącym sprzeciwu i wyglądało na to, że zbiera się na
wyjątkowo kąśliwą uwagę, ale w tej chwili dostrzegła Aurorę.
Od razu rozluźniła się, jakby odruchowo, Ian za to się spiął i
puścił dziewczynę. Wiedział, że one się lubią i one wiedziały,
że Ian nie lubi się z Nam. Sytuacja zrobiła się znów napięta, a
chłopak wolał teraz w spokoju przetrawić informację, opracować
dalszy plan działania. Zebrać siły, zrozumieć i uderzyć.
-
Jak dobrze cię widzieć MinAh – powiedział w końcu, uśmiechając
się paskudnie nieszczerze, na co dziewczyna odpowiedziała podobnie.
- Dobrze, że jesteś. Aurie źle się poczuła.
Po
tych słowach chłopak wyminął je obie, szybkim krokiem idąc
prosto przed siebie, bez celu. Chociaż w jego głowie tłukło się
wiele myśli i uczuć, to i tak usłyszał zbyt dokładnie, co na
odchodne rzuciła szatynka. Chyba wiem z czyjego powodu.
Akurat!, pomyślał najpierw oburzony, a później szybko wyparł niechciane emocje i obrazy. Patrzył przed
siebie, bo w przed nim tkwiła przyszłość i nie zarzucał sobie
wcale, że jest bezduszny. A zawsze uważał się za
inteligentnego...
Minął
szybkim krokiem obraz, który wczoraj w nocy trącił przypadkowo
łokciem. Oburzona dama wyjrzała za nim, poprawiając rozrzucone
owoce, których nie zdołała ułożyć w ciemności. Fuknęła
rozdrażniona, kręcąc głową i patrząc za odchodzącym szybko
uczniem. Nie zwracała uwagi na gwar roznoszący się z wielkiej sali
i innych obrazów, które zażarcie dyskutowały o wcześniejszym
zajściu. Patrzyła na plecy Ramsay'a i w pewnym momencie jej usta
ułożyły się w idealnie okrągłe „o”.
-
Przecież to ten nieuprzejmy młodzieniec! Ej, chłopcze, uważaj co
robisz na przyszłość! To może kosztować kogoś życie –
fuknęła nieprzebaczenie obruszona.
Oczywiście nie mogła
wiedzieć, jakie plany właśnie powstają w głowie Krukona z
ostatniego roku, który zniknął chwilę po tym zdarzeniu za jednym z rogów korytarza.
______________
Dobrze... Tak oto jesteśmy oficjalnie na wizji! *^* Wiem, że czasem mogło zdarzyć mi się pomieszanie czasów, ale naprawdę wyszłam z wprawy w pisaniu w trzeciej formie, także... Poza tym mam nadzieję:Enjoy! ♥
Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńWitam witam i biorę się za komentarz, droga Choco *^*
UsuńOtóż moje wrażenia po rozdziale są bardzo dobre. To idealne wprowadzenie do czasów, w których będziemy tworzyć - idealnie oddany nastrój grozy, a gdy czytałam dalej i włączyłam poleconą przez Ciebie drugą piosenkę - miałam wręcz ciarki *////*
Podoba mi się też to, że wplotłaś tyle postaci - niby kilka zdań o każdej, ale czytelnik bez problemu może wywnioskować relacje Iana z resztą grupy. Był też charyzmatyczny nauczyciel (brokaty, stuff & thangs XD ), a ta tekście o wolnej miłości załączył mi się niekontrolowany śmiech. Ave Casper i jego metody nauczania! : D
Opisy są wciągające, wartkie i barwne, szczególnie początek. Łatwo było to zobaczyć oczyma wyobraźni, widać, że pisanie w ten sposób to dla Ciebie żadne wyzwanie czy kłopot ; ) Spójnie, czysto, przejrzyście.
Reasumując: Post spełnił wszelkie wymagania prologu i wprowadził nas w akcję, którą w ciekawy sposób możemy pociągnąć dalej. Jestem Januszem Komentarzy i wydaje mi się, że napisałam już wszystko, co najważniejsze moim zdaniem ;-; Czytało mi się bardzo dobrze, masz talent. I'm proud of you, love! <3
editeditedit: Tak to już jest, jak się źle zasady rozumie :v #JanuszZasad #wat #cosiędzieje
Prawda? To znaczy, piosenka, szukałam jej chyba pół godziny i w końcu popadłam w myśl, że nigdy nie znajdę czegoś odpowiedniego, a jednak - oto jest ;p
Usuń(jakby mogło nie być brokatów co nie xd) Cieszę się że udało mi się Cię rozbawić :3
Dziękuję Ci bardzo za komentarz, zasadami się nic nie martw i w ogóle jestem mega-wdzięczna, że się tutaj wypowiedziałaś co nie *A* ♥
Ja miałam ciarki szefu może potwierdzić ;-; Muzyka była nastrojowa i taka podniosła, to prawda co prawda (mistrz stylista, chyba szykuję się na rozdział co nie XD) ale tu nie chodzi o samą melodię bo jak piosenka leci to rzadko kiedy się wzruszam. Chodziło o dobór słów, o stopniowanie emocji dzięki dobrze dobranym słowom, aż w końcu dochodziło do punktu kulminacyjnego... W którym swoją drogą okazało się, że nasz Ian jest postacią tak zajebistą, że aż niemożliwą. Najlepsze w nim jest to, że ma taki ciemny, mroczny charakter, którego pewnie świat nie zna. Umierają ludzie, dzieci stają się udziałem tragedii - a on, on stoi i oczy mu się błyszczą jakby właśnie dostał najlepszy prezent urodzinowy. Jak to czytałam to Ian w mojej wyobraźni miał twarz ukrytą w cieniu i z niego widać było wyraźnie dwa opętane chęcią mordu ślepia, jak u kota - jak u lwa, tygrysa, nie wiem. Drapieżnika który chce się rzucić na ofiarę.
OdpowiedzUsuńŚwietny był początek, taki z morałem kurdebele XD moja postać, mój Cooper, taki wspaniały XDD wyobrażam sobie rozanielony ryjek kiedy słyszy tak prosto z mostu te nieprzećwiczone słowa Krukona i mi się chce śmiać.
Zostawiłam na koniec, bo nie dam rady skomentować wszystkiego, bo to emocje a ich się nie da wyrazić słowami.
W każdym razie: to, jak wykreowałaś moją postać w tych kilku słowach... Tylko na kilka sekund pojawił się Blaze w tym rozdziale. Ale był tak cholernie przekonujący, że sama chciałabym tak o nim pisać. Kurwa. Bo niedługo się okaże że lepiej opisujesz moją postać gościu ._.
Kończąc, gratuluję, ocenę na pewno przeczuwasz.
Dzięki za kawał dobrej roboty bracie : *
Dzięki gościu za piękny komentarz co nie, już podziękowałam ale muszę jeszcze raz, czuję wewnętrzną potrzebę ;-; Bardzo miło mi sie czytało, że lubisz moją postać, a poza tym czuję się taka doceniona że niewiem.
UsuńHaha, no tak, przed zamieszczeniem Coopera nie mogłam się powstrzymać, chociaż miałam myśl, że ta scena z nim pójdzie do wycięcia bo jakoś tak xD
Nie nie ._. Janusz ._. To jest tak: łatwiej opisać postać kilkoma słowami, zdecydowanie łatwiej ją przedstawić w takiej wzmiance tylko niż opisać o niej cały rozdział. Dlatego ja byłam na wygranej pozycji, to Ty będziesz mieć trudne zadanie - opisanie go w całości, pod kilkoma względami w całym rozdziale. Jestem pewna, że nikt nie zrobi tego lepiej od Ciebie *A*
To ja dziękuję ♥♥
Prolog pełen napięcia i grozy. Sam początek był tak intrygujący, że sama nie wiedziałam czego się spodziewać. W dodatku ta muzyka. Ciary murowane.
OdpowiedzUsuńWplotłaś dużo postaci i od razu można było zauważyć relację pomiędzy Ianem a nimi. W dodatku Twój bohater jest tak pełen emocji, że czytając prolog czułam je razem z nim. Niesamowite.
Moim zdaniem idealny prolog. Aż strach przez okno wyjrzeć, bo wyobraźnia podsuwa mroczny znak nad domem sąsiadów.
Dziękuję Ci bardzo na wstępie! <3 Starałam się dodać dużo postaci, bo to jednak zawsze jest dla ich autorek ciekawsze, a Abigail z pewnością pojawi się w moim kolejnym rozdziale : )
UsuńDziękuję ;-; Umrę ze wzruszenia ♥
Haha, to przerażająca trochę wizja! xD
Miłości moje, pszybyfa tfa musa kofająca @A@
OdpowiedzUsuńNo to tak, w ogóle do dupy, bo pierwszy akapit jest mniejszy od reszty! Uuuu, ktoś tu się nie przyłożył, masz Nas jak widzę, za jakiś leszczy, którym wystarczy rzucić akapit, jak ochłap nadgryzionego mięsa, a My będziemy Ciebie czcić? >3>
No dobra, teraz tak na serio... podoba mi się konsekwentny podział całego prologu, powiedziałabym wręcz podział przyczynowo skutkowy. Wszystko ma swoje miejsce w akcji, jest osadzone w rzetelnie przedstawionych wydarzeniach, a przy tym przemycasz nam bardzo wyraźnie cały klimat, który już na samym początku wprowadza nastrój. Jest to jednak dopiero przedsmak, czego dowiadujemy się z czasem.
Urzekła mnie swoista budowa klamrowa Twojego prologu. Nie jest ona przedstawiona w sposób oczywisty, ale możemy uznać, że "historia" zaczyna się od potrącenia obrazu i na tym samym się kończy, co dodatkowo podwaja niesamowity realizm opisanych przez Ciebie zdarzeń.
Ze swojej strony mogę dodać tyle, że świetnie posterowałaś moją postacią. Już Ci zresztą mówiłam, że szczegół tkwi w małych drobnostkach, które tutaj mają wielką moc. Oczywiście uwielbiam w tym wszystkim, coś, co znając Ciebie jako pisarkę już kawał czasu mogę spokojnie uznać za Twóją charakterystyczną cechę, mianowicie przeplatanie niebywale ciężkich treści z lekkim, orzeźwiającym wręcz poczuciem humoru. Mam tutaj na myśli "wytłumaczenie się" Iana ze spóźnienia, to, co inni uczniowie Jego zdaniem mogą przypuszczać o Rissie i Ianie, a także jego zachowanie względem Ryana. Świadczy to o niesamowitej swobodzie uczuciowej, czego Ci naprawdę zazdroszczę.
Naprawdę bardzo mi się podoba i tak, jak już Val zauważyła, sprawiasz, że odnosimy wrażenie, iż lepiej piszesz o naszych postaciach, niż my same. Brawo mój ruszofy menszu, dostaniesz droszczuwke <3
Moja ruszofa musa xd
UsuńZastanawiałam się duło jakby Ci tutaj odpisać. I doszłam do wniosku że nie wiem, bo taki zachwyt Twoim i wszystkimi innymi komentarzami najlepiej przeżywa mi się wewnątrz i nie umiem tego uzewnętrznić. Także pozwól mi się cieszyć i rozpamiętywać i wybacz, że nie nawiązuję w odpowiedzi do Twojego komentarza <3
"przeplatanie niebywale ciężkich treści z lekkim, orzeźwiającym wręcz poczuciem humoru" - czytam to milijonowy raz D:
Oczywiście jednak o waszych postaciach nikt nie napisze lepiej niż wy wszystkie same, dlatego trzymam kciuki za kolejne rozdziały, dziękuję za komentarz i kocham <3
Ps. Poprosze droszczuwke obiecano.
Ooo widzę prolog;3 No więc xd
OdpowiedzUsuńmoje wrażenia po przeczytaniu są jak najbardziej pozytywne pozytywne!
Prolog przemyślany i napisany starannie z dobrze dobraną muzyką. Długość odpowiednia, zaciekawia. Wprowadziłaś do opowiadania tak, że widzimy dwie strony tego co ludzie czuli w tamtych czasach i gładko wplotłaś relacje. Opisy urozmaicają porównanie i dają możliwość w lepsze wczucie się.
No wiec super praca i pozdrawiam <3
I jak ja mam po takim prologu wstawić mój rozdział od siedmiu boleśni, co?
OdpowiedzUsuńPrzy tym wygląda bardzo, bardzo amatorsko xd
Bardzo klimatyczny, atmosfera jest fantastyczna, od razu można się wczuć, serio. I jeszcze ta muzyka *q*
Dobrze przedstawiłaś obecną sytuację i bardzo starannie to pisałaś, Jeszcze ten dobór słów!
Jednak to co najbardziej mnie zachwyciło to to jak przedstawiłaś swoją postać. Byłam nieźle zaskoczona, nie spodziewałam się kogoś takiego. Będę z wypiekami na twarzy obserwować jego poczynania.
Także gratuluję i powodzenia w dalszym pisaniu życzę ;*
Przepraszam, że tak krótko, ale trzeci raz już piszę jeden i ten sam komentarz (głupi komputer)
Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńWybacz, że komentarz jest tak późno ; ; Będzie T^T
OdpowiedzUsuńUtworzyłaś świetny klimacik - naprawdę się wciągnęłam. Szkoda, że nie miałam czasu skomentować do tej pory.
To jak wprowadzałaś stopniowo sytuacje i bohaterów spodobało mi się najbardziej. Ta groza i ten humor (bo czy tylko ja się śmiałam z misy owoców?). Bardzo przyjemnie czytało mi się to wieczorkiem, przy zgaszonych światłach. Ta groza *^* Mogłabyś napisać kontynuację dzieła Rowling, a ja bym się prawie nie zorientowała.
To ja się może ruszę i pokomentuję trochę :D
OdpowiedzUsuńZatem; uważam, że prolog bardzo udany - doskonale spełnia swoją funkcję wprowadzenia, dużo postaci zyskuje chociażby przedstawienie... No i bardzo dobrze można poznać Iana i jego relacje ze wszystkimi :)
(póki co komentuję krótko, jak wreszcie zacznę na bieżąco dawać radę, to będę dłuższe, daje słowo ;_; ) (No i tutaj Tościk)
Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńPrzyznaję bez bicia - miałam ciary czytając ten rozdział. Podobało mi się absolutnie wszystko, uśmiechnęłam się przy fragmencie z Liv. Pokierowałaś nią tak, (z moją drobną pomocą :D) że czuję że dokładnie tak postąpiłaby moja postać. Opisujesz wręcz po mistrzowsku, oczami wyobraźni widziałam te wszystkie sytuacje, przeniosłaś mnie do Hogwartu! Reakcja Ian'a na listy jest oryginalna, co bardzo mi się podoba. I kolejny plus - masa wykorzystanych postaci i dialogi.
UsuńBędę czekała z niecierpliwością na kolejne Twoje rozdziały. *3*
//nie ma to jak zapomnieć się podpisać. xD
Ojej, dobrze, że mam tyle godzin i mogę sobie nadrobić :D Prolog pełen grozy i napięcia, niemal czułam to, co czuł Ian i to było takie super - Charlie
OdpowiedzUsuńPodobał mi się klimat jaki stworzyłaś, bo wchodząc tutaj i widząc coś zbudowanego na HP, spodziewałem się raczej opowieści przygodowej, a nie horroru. Jednak od samego początku miałem przed oczami obraz, który sprawiał iż czułem się jakbym oglądał dobrej klasy horror, dlatego ja czytając ciebie, nawet nie będę myślał o tym, że to o HP jest, jak dla mnie twoja opowieść jest w pełni autorska, od a do z przez ciebie wymyślona.
OdpowiedzUsuńZ prologu wynika, że chłopak morduje, a przynajmniej cieszy się z tego, że ktoś morduje czarodziejów mongolskiego pochodzenia, jakby był w jakieś sekcie, której przewodzi hasło "czysta krew", albo "precz z mieszańcami". Tak więc coś czuję, że będzie to opowiadanie o braku tolerancji.
Na koniec nie pozostaje mi chyba nic innego, jak tylko pogratulować ci iż prolog jest tak obszerny, oraz złożyć pokłon w imię opisów, które są jak dla mnie doskonałe.
Pozdrawiam i w wolnych chwilach, oraz gdybyś miała ochotę, zapraszam do siebie:
j-i-s.blogspot.com